Propaganda jest niebezpieczna, ale także dla tego, kto sam ją rozprowadza. Może on uwierzyć we własny przekaz. To stało się w Rosji, dając okazję do przemyślenia tego, co my na Zachodzie mówimy sami o sobie – i czy na pewno jest to zgodne z prawdą.

Laibach  to coś więcej niż świetna muzyka. To komentarz na tematy trudne w formie, która zmusza do opowiedzenia się. Za nią lub przeciwko. Płyta Volk to przykład zdolności komentatorskich grupy wyrażonych w remiksach hymnów narodowych różnych państw. Jest wśród nich Anglia, której zmieniony hymn zaczyna się tak:

So you still believe you’re ruling the World,
Using all your tricks to keep the picture blurred.
Scatter your enemies, confound their politics,
So you still believe you’re ruling the world…

Jak dla mnie tak mógłby się zaczynać remiks innego hymnu. Hymnu Rosji. Też zresztą obecnej na płycie.

Jasne, w historii narracja nie raz brała górę nad faktami, propaganda nie jest wynalazkiem dwudziestowiecznym, a budowanie wizerunku władcy i jego domeny, nieodmiennie niezwyciężonego i niezdobytej, było znane także tym władcom i w tych ich domenach, które dziś zasilają szeregi zaginionych królestw, tak przynajmniej określiłby je Norman Davies. Rzadszym, choć wciąż częstym, zjawiskiem była i jest wiara we własną propagandę. Nie wiemy, czy Ludwik XIV, obiekt swoistej fabrykacji opisywanej przez Petera Burke’a, naprawdę uważał się za Króla Słońce, czy tylko udawał. Nie wiemy też, czy trochę bardziej nam bliski August II Mocny naprawdę widział w sobie Herkulesa, który zdoła unieść wszystkie bolączki Rzeczypospolitej. Możliwe, że ci władcy mieli jakiś krytycyzm. Historia zna jednak też i takich, którym go zabrakło. Putin wydający wojnę Ukrainie może być zaliczony do tych, którzy naprawdę uwierzyli w słaby Zachód, silną Rosję i w Ukrainę, która nie odrobiła lekcji z Krymu i Donbasu i da się zająć w 48 godzin. Jednak jeszcze rzadszymi przypadkami są propagandowe projekcje. Sny zbiorowej podświadomości narodu transmitowane przez nowoczesne środki przekazu i rzutowane na przeciwników jego politycznego przywództwa.

I to właśnie ta sytuacja dzieje się w Rosji, gdzie propaganda jest czymś głębszym niż tylko narzędziem mobilizacji i kierunkowania opinii. Rosja używa wszystkich sztuczek, aby rozmazać obraz, ale też aby swoje lęki i problemy przypisać innym. Na tym zresztą polega projekcja – na przypisywaniu innym swoich cech, uczuć, przekonań, najczęściej oczywiście negatywnych. To nie znaczy, że dosłownie każdy Rosjanin uczestniczy w tym zbiorowym oglądaniu marzeń o silnej Rosji i zdegenerowanym świecie zachodnim. Znaczy to jednak tyle, że rosyjskie kierownictwo polityczne rozpoznało pewne cechy powtarzające się wśród większości Rosjan i potrafi na nich grać suflując odpowiedni przekaz. Taki, który ma deprecjonować przeciwników i jednocześnie taki, który pozwala przypisać im własne słabości i lęki.

Widać to doskonale w wojennej propagandzie. To w niej Wołodymyr Zełeński jest narkomanem, choć to Rosja ma gigantyczny problem z narkomanią. To w niej Ukraina jest państwem faszystowskim, choć to w Rosji neonazizm ma się świetnie. Zachód z kolei ma problem z Islamem, ale to w Rosji wyznawców Islamu jest kilkanaście procent, nierzadko zresztą świetnie ustosunkowanych i zamożnych, radzących sobie z konkurencją Słowian muzułmanów. Groteskowe historie o rzekomym upadku Europy są niestety atrakcyjne także i dla naszych prawicowców, niejednokrotnie bezrefleksyjnie powtarzających moskiewskie tezy. Oczywiście, nigdzie nie jest idealnie i należy dbać o Europę, bo i u nas wiele rzeczy jest poukładanych źle. Musimy mądrymi działaniami przeciwdziałać inercji, ale też kierunkowaniu naszych społeczeństw na lewicowe bagna. Cały czas jest o co zabiegać i po co się starać, jednak nie po to, aby upodabniać się do Rosji, kraju opartego o przemoc, ale po to, aby na nowo odkrywać najpiękniejsze europejskie dziedzictwo. Inne niż moskiewskie.

W rosyjskiej współczesnej propagandzie uderzająca jest jednak nie tylko skuteczność ani nawet to, że w Moskwie naprawdę dostosowywano politykę do przekazu, a nie na odwrót, naprawdę działano tak, jak gdyby Rosja nie była Rosją, a jej propagandowym wizerunkiem. Takie „Fake it till you make it”, ale na skalę kontynentalną. Poznawczo ciekawa była też próba przerzucenia swoich słabości, lęków na innych, w tym przypadku na Zachód, pisany wielką literą obszar nie tyle geograficzny, co cywilizacyjny. Ukraina dążąc do niego także stała się oczywistym adresatem tych przesyłek utkanych ze strachu. Rosjanie sami boją się tego, że wymrą, pokazują więc nas jako wymierających, jako słabych, Zachód jako bezsilny i niemęski. Rzeczywistość ma jednak to do siebie, że co jakiś czas mówi „sprawdzam” i wojna jest właśnie takim odsłonięciem kart. Okazało się, że super muskularne VDV nie radzi sobie z precyzyjną bronią dostarczaną przez Zachód, a pewnie niejednokrotnie obsługiwaną przez zniewieściałego geja. Kto wie, może nawet liberała.

Czy z tego wynika jakaś nauka? My też lubimy się karmić eksportowanym wizerunkiem zamiast prawdą. I też żyjemy w rzeczywistości. Europa i Zachód, jeśli chcą być silne, muszą się stale poprawiać, każdego dnia szukać korzeni swojego sukcesu, codziennie odkrywać liberalizm, bo tak naprawdę to on stoi za naszą przewagą, sam przez się jest jedną z nich. Alternatywą będzie wiara we własną propagandę, przekonanie, że jesteśmy liberalni dlatego, że za takich się podajemy. A przecież prawda i opowieść o niej to dwie różne rzeczy. Bądźmy liberalni nie tylko w antyrosyjskich memach, bądźmy tacy w rzeczywistości.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułKomisja Europejska grilluje Węgry
Następny artykułBranża jest w zapaści – co może uratować przemysł drzewny?