fbpx
środa, 10 lipca, 2024
Strona głównaFelietonImplozja „Titana”, czyli o ryzyku w biznesie

Implozja „Titana”, czyli o ryzyku w biznesie

Nazwisko właściciela firmy Ocean Gate, który zginął we własnym pojeździe podwodnym (uwaga: „Titan” nie był łodzią podwodną, czyli submarine, ale pojazdem podwodnym, który ma znacznie mniejsze możliwości autonomicznego działania, czyli submersible), znaczy „pędzić, spieszyć się”. W pewnym sensie, jak się okazało, było to nazwisko – by użyć literackiego terminu – mówiące. Rush był bowiem, jak się dziś dowiadujemy, mistrzem w chodzeniu na skróty. Obszernie opisał to w bardzo ciekawym tekście kilka dni temu Ben Taub w magazynie „The New Yorker”.

Jako osobę interesującą się technologiami  zaciekawiło mnie oczywiście, co na „Titanie” poszło nie tak. Wydaje się, że można tu już przyjąć dość prawdopodobne założenia, choć oczywiście pełnię wiedzy będziemy mieli dopiero, gdy powstaną profesjonalne raporty. Jednak opowieści o przedsięwzięciu Rusha oraz przeciek w postaci najpewniej autentycznego logu komunikacji tekstowej między „Titanem” a jego statkiem bazą „Polar Prince” (tylko taką posługiwano się w czasie wypraw do wraku „Titanika”) pozwalają z dużym prawdopodobieństwem odtworzyć, co się wydarzyło.

W największym skrócie: wszystko wskazuje na to, że przyczyną katastrofy był materiał wykorzystany do budowy kadłuba „Titana”: włókno węglowe. Powtarzając to, co w jego sprawie mówią eksperci – włókno węglowe zachowuje się w warunkach ogromnego ciśnienia w sposób nieprzewidywalny. Kolejne zanurzenia je osłabiają, a nie wzmacniają, jak to jest choćby w przypadku tytanu, który poprzez poddawanie wielkiemu ciśnieniu jest podobno niejako hartowany. Jak rozumiem, wpływa to na jego strukturę molekularną, która staje się mocniejsza. Inaczej niż w przypadku włókna węglowego.

Rush o ryzyku i potencjalnych problemach wiedział. Dlatego zainstalował w „Titanie” system RTM – real time monitoring. W uproszczeniu mówiąc – był to system czujników dosłownie nasłuchujących odgłosów ze struktury kadłuba, mających wskazywać na jego osłabienie. Rush twierdził, że po pierwszych ostrzeżeniach RTM „Titan” będzie miał spokojnie dość czasu, żeby się wynurzyć. Jeśli jednak zapis komunikacji tekstowej z „Polar Prince” jest prawdziwy, od pierwszego sygnału z RTM do katastrofy, czyli implozji kadłuba, minęło ledwo około 20 minut, a czasie których „Titan” pokonał w górę nawet nie 100 m z powodu jakichś problemów z wynurzaniem, których natury na razie nie znamy.

Techniczny i ludzki wymiar tej tragedii są same w sobie ciekawe, ale też szokujące. 20 minut rosnącej paniki na głębokości około 3,5 km – tego nikt nie chciałby doświadczyć. Jest jednak w tej sprawie pomijany, a bardzo interesujący wymiar biznesowy.

Organizowanie głębokich zanurzeń w celach naukowych czy komercyjnych to biznes – i to niewielki, bo na całym świecie pracuje nad tym zapewne zaledwie kilka tysięcy osób. Bardzo kosztowny, hermetyczny i ogromnie podatny na szkody wizerunkowe. Po tragedii „Titana” pojawiły się informacje – obszernie przytoczone także we wspomnianym artykule w The New Yorker – że wielu związanych z tym biznesem ludzi starało się zwrócić uwagę Rusha na zagrożenia wynikające ich zdaniem ze sposobu realizacji projektu. Biznesmen był krytykowany za to, że nie poddał swojego pojazdu procedurze certyfikacji przez którąś z kilku organizacji takie certyfikaty wystawiających. Wiedział oczywiście, że certyfikatu by nie dostał.

Czym kierowali się krytycy jego działań? Czy tylko obawą o potencjalnych pasażerów, którzy zresztą ze względów formalnych, aby uniknąć odpowiedzialności za ich ewentualną śmierć, figurowali w papierach jako „specjaliści” i załoganci, a nie właśnie pasażerowie? Ten aspekt grał pewnie jakąś rolę, ale nie mniej, a może bardziej ważna była świadomość, że jeśli Rush doprowadzi do katastrofy, odbije się to dramatycznie na wizerunku całej niedużej branży. Katastrofa się zdarzyła – zobaczymy, czy mieli rację. W każdym razie próby wpłynięcia na właściciela Ocean Gate były motywowane własnym dobrze pojętym interesem innych członków elitarnego grona.

Można powiedzieć, że Rush był aroganckim ryzykantem, ale w jego odpowiedziach na zarzuty też była pewna racja. Twierdził mianowicie, że spotykająca go krytyka jest wyrazem obawy środowiska przed innowacyjnymi rozwiązaniami, które pozwalają mu zbudować pojazd lżejszy i obszerniejszy w środku niż inne porównywalne. (Rushowi od początku zależało, żeby wewnątrz mieściły się przynajmniej cztery, a nie standardowo dwie osoby.) I przyznać trzeba, że taki mechanizm może faktycznie w różnych branżach występować: faktycznie innowacyjne rozwiązania mogą być zwalczane między innymi pod pretekstem bezpieczeństwa przez już istniejących graczy. W tym jednak wypadku rozwiązanie innowacyjne okazało się zarazem dramatycznie wadliwe.

Rush swoje przedsięwzięcie zorganizował w taki sposób, że pozwalało mu to uniknąć niektórych formalności, zgód czy zablokowania go przez regulatorów. Przy czym wspomniana wyżej certyfikacja nie jest tak czy owak obowiązkowa. Zatem zasadnicze pytanie brzmi: czy miał prawo narażać swoich klientów na utratę życia? Lecz przecież nikt nikogo nie zmuszał do opłacania swojego uczestnictwa w nurkowaniu do wraku „Titanika” sumą ponad 200 tys. dolarów i wsiadania na pokład „Titana”. Ludzie za własne pieniądze mogą robić legalnie mnóstwo rzeczy, które narażają ich na śmierć zapewne bardziej lub przynajmniej tak samo niż taka wyprawa na 3800 metrów: ścigać się w Formule 1, skakać ze spadochronem czy wchodzić zimą na najwyższe szczyty Himalajów. Nikt im tego nie zabrania. Kluczem wydaje się, aby osoba podejmująca takie działania – szczególnie jeśli jest czyimś klientem i jej przeżycie zależy od rzetelności tego, kto oferuje usługę – w pełni rozumiała, z jakim ryzykiem się to wiąże. Gdyby decydowała się na nie, znając każdy jego aspekt i w pełni świadomie – powinna to być tylko jej sprawa.

I tu przedsięwzięcie Stocktona Rusha trudno ocenić jednoznacznie. Z jednej strony pasażerowie „Titana” podpisywali oświadczenia, które gwarantowały Ocean Gate wyłączenie z wszelkich roszczeń w razie śmierci klientów. Treści takiego oświadczenia nie udało mi się znaleźć – zapewne nie jest publicznie dostępna. Z drugiej jednak strony można odnieść wrażenie, że Rush nie przedstawiał sytuacji uczciwie. Można znaleźć w sieci reklamy jego wypraw, w których opisuje system RTM jako supernowoczesne zabezpieczenie, praktycznie gwarantujące bezpieczny powrót na powierzchnię. Zabezpieczenie, którego nikt inny nie miał. Problem w tym – jak tłumaczyli już po implozji „Titana” specjaliści z branży – że nikt inny nie miał systemu RTM, bo nikt inny go nie potrzebował, jako że inne podobne pojazdy podwodne mają kadłuby zbudowane z hartowanej stali lub tytanu, czyli materiałów, które nie stwarzały takiego ryzyka jak włókno węglowe. Inaczej mówiąc – Rush próbował przedstawić wadę swojego projektu jako zaletę.

Przypadek śmierci pięciu osób na pokładzie „Titana” będzie zapewne analizowany przez długi czas przez specjalistów od głębokich nurkowań. Jak jednak widać, powinien być także obiektem analizy etyków biznesu.

Łukasz Warzecha

Każdy felietonista FPG24.PL prezentuje własne poglądy i opinie

Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha
Jeden z najpopularniejszych komentatorów sceny politycznej w Polsce. Konserwatysta i liberał gospodarczy. Publicysta „Do Rzeczy", „Forum Polskiej Gospodarki”, Onet.pl, „Rzeczpospolitej", Salon24 i kilku innych tytułów. Jak o sobie pisze na kanale YT: „Niewygodny dla każdej władzy”.

INNE Z TEJ KATEGORII

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal

Z pewnością zgodzimy się wszyscy, że najbardziej nieakceptowalną i wywołującą oburzenie formą działania każdej władzy, niezależnie od ustroju, jest działanie w tajemnicy przed własnym obywatelem. Nawet jeżeli nosi cechy legalności. A jednak decydentom i tak udaje się ukryć przed społeczeństwem zdecydowaną większość trudnych i nieakceptowanych działań, dzięki wypracowanemu przez wieki mechanizmowi.
5 MIN CZYTANIA

Legia jest dobra na wszystko!

No to mamy chyba „początek początku”. Dotychczas tylko się mówiło o wysłaniu wojsk NATO na Ukrainę, ale teraz Francja uderzyła – jak mówi poeta – „w czynów stal”, to znaczy wysłała do Doniecka 100 żołnierzy Legii Cudzoziemskiej. Muszę się pochwalić, że najwyraźniej prezydent Macron jakimści sposobem słucha moich życzliwych rad, bo nie dalej, jak kilka miesięcy temu, w nagraniu dla portalu „Niezależny Lublin”, dokładnie to mu doradzałem – żeby mianowicie, skoro nie może już wytrzymać, wysłał na Ukrainę kontyngent Legii Cudzoziemskiej.
5 MIN CZYTANIA

Rozzłościć się na śmierć

Nie spędziłem majówki przed komputerem i w Internecie. Ale po powrocie do codzienności tym bardziej widzę, że Internet stał się miejscem, gdzie po prostu nie można odpocząć.
6 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Genius loci

Poprzednio byłem w Budapeszcie w marcu 2020 r. Już nadciągały czarne pandemiczne chmury, ale wciąż jeszcze wydawało się, że to będzie kolejna burza w szklance wody. Jak się stało – wiadomo. Wcześniej w drugiej stolicy Cesarstwa Austro-Węgierskiego bywałem wielokrotnie. Wyrobiłem sobie zatem jakiś jej własny obraz, a nawet coś więcej: trudne do dokładnego opisania i sprecyzowania wrażenie, które mamy, gdy trochę lepiej zapoznamy się z jakimś obcym miejscem.
5 MIN CZYTANIA

Znów nas okradną

Jeżeli za jakiś czas wszyscy pracujący na umowach cywilnoprawnych dostaną do ręki wynagrodzenia niższe o ponad 25 proc., to będą mogli podziękować w takim samym stopniu poprzedniej i obecnej władzy.
5 MIN CZYTANIA

Policja dla Polaków

Jednym z największych problemów polskiej policji – choć niejedynym, bo ta formacja ma ich multum – jest ogromny poziom wakatów: ponad 9,7 proc. Okazuje się, że jednym ze sposobów na ich zapełnienie ma być – na razie pozostające w sferze analiz – zatrudnianie w policji obcokrajowców. Czyli osób nieposiadających polskiego obywatelstwa. W tym kontekście mowa jest przede wszystkim o Ukraińcach, Białorusinach i Gruzinach.
3 MIN CZYTANIA