Fot. Pixabay

Branża Hair & Beauty sprzedała już 12 tys. klientom bony na przyszłe usługi, za 2 mln zł! Zaoferowała też stałe abonamenty za pośrednictwo w werbowaniu klientów.

Nie wszystko idzie jednak jak z płatka. Tu ważne jest, by zachować zdrowy balans pomiędzy oczekiwanym zyskiem tego rodzaju firmy pośredniczącej w pozyskiwaniu klientów, a opłacalnością korzystania z jej usług przez drobnych zakłady fryzjerskie i kosmetyczne. Tak byłoby najlepiej.

Booksy to największa platforma informatyczna, umożliwiająca umawianie wizyt przez specjalną aplikację u fryzjerów, czy kosmetyczek oraz w innych punktach usługowych. Ta polska firma wystartowała z przytupem, oferując swoje usługi także zagranicą, głównie w USA. Potencjał jej marki wyceniono na starcie na 1 mld dolarów. W Booksy zarejestrowało się w marcu br. ponad 300 tys. salonów fryzjerskich i kosmetycznych, większość w USA. Startup pozyskał niedawno 115 mln zł na rozwój. Ale przez koronowirusową panikę dużo klientów, salonów i zakładów kosmetycznych oraz fryzjerskich zrezygnowało lub poprosiło o zawieszenie abonamentów (subskrypcji).

Dziś firma może być warta o wiele mniej niż wspomniany miliard dolarów. Booksy zwolnił właśnie ok. 150 osób, w tym kilkadziesiąt w Polsce, czyli prawie połowę zespołu firmy. Szuka kapitału, przede wszystkim zagranicą, i nie idzie mu z tym łatwo. Trudno powiedzieć, co w tego rodzaju firmie, opartej przecież o zautomatyzowaną technologię i odpowiednią bazę danych, robiło aż 150 osób.

Fryzjerzy się skarżą

Booksy, próbując się ratować, podwyższył ceny swoich usług. – Jeśli umawiasz się przez tę aplikację, to fryzjer dostaje 50 proc., tego, co wpłacił mu klient – mówi nam, proszący o anonimowość, właściciel salonu fryzjerskiego. – Ich call center zaproponował mi płacenie abonamentu plus 49 proc. od klienta na rzecz Booksy. To grabież – dodaje.

Zapytani przez nas o tę sprawę menedżerowie Booksy odpierają zarzut. Twierdzą, że firma pobiera, oprócz stałego abonamentu, 40 proc. zapłaty, ale tylko od pierwszej wizyty klienta, który trafi do salonu za jej pośrednictwem. Kolejne rezerwacje są już bezpłatne. 40 procentowego, tzw. boosta marketingowego, włącza się przy tym tylko jako opcję w systemie, nie trzeba tego robić.

Potwierdza to inny, zadowolony z Booksy klient. – Pięć naszych salonów co jakiś czas włącza boosty i działają one świetnie. W naszej branży, która bazuje na powracających klientach, pieniądze, które nam zostawiają, liczymy w skali roku – mówi właściciel sieci salonów. – Czyli np. usługa „strzyżenie męskie” kosztuje 90 zł i jeśli przekonamy podczas pierwszej wizyty tą osobę, żeby do nas regularnie przychodziła, to zostawi w ciągu roku prawie 1100 zł. Booksy za znalezienie takiego nowego klienta bierze 40 proc., czyli około 40 zł, ale tylko za jego pierwszą wizytę i tylko na naszą wyraźną prośbę – dodaje. Płaci się więc Booksy tylko wtedy, gdy jest to nowy klient i gdy uruchamia się opcję promocji.

Booksy życzymy oczywiście wybrnięcia z kłopotów. Jest to oczywiście możliwe, bo podobnie, chociaż na mniejszą skalę, działająca konkurencja radzi sobie całkiem dobrze. Tego rodzaju młode firmy wygrywają na rynku prostotą pomysłu i elastycznością w działaniu.

Startupowe szanse

RBL_START #COVID-19. Ki diabeł? No, może jednak nie diabeł. PZU i Alior Bank ogłosiły właśnie nabór do wspólnej inicjatywy RBL_START #COVID-19. Zapraszają startupy, których rozwiązania mogą zmniejszyć negatywne skutki pandemii, a także w przyszłości pomóc w sprawniejszej reakcji na podobne sytuacje. Wybrane rozwiązania otrzymają wsparcie obydwu przedsiębiorstw. Na zgłoszenia jest czas do 26 kwietnia 2020 roku.

Wsparcie finansowe mogą dostać takie projekty jak prewencja, diagnostyka i leczenie koronawirusa, edukacja społeczna w tym zakresie, rozwiązania ułatwiające korzystanie z usług online, szczególnie przez seniorów. Nowe biznesy powinny też ułatwiać firmom przenoszenie usług do kanałów zdalnych a produkty i usługi „odpowiadać na potrzeby zdrowotne, finansowe i ubezpieczeniowe klientów”.

Co dalej z tymi startupami?

Przy projekcie RBL_START #COVID-19 nie zapomniano też o bankach. – Cenne będą też inicjatywy, które pomagają w doskonaleniu usług i oferty ubezpieczeniowej oraz bankowej, by lepiej odpowiadały na potrzeby klientów w okresie kryzysu wywołanego wirusem. Dotyczy to przykładowo rozwoju zdalnych procesów i ulepszaniu ich tak, by bez większego wysiłku mogli z nich korzystać wszyscy klienci, wśród nich osoby starsze – wyjaśnia Marcin Kurczab, dyrektor ds. innowacji w PZU.

W opinii Daniela Daszkiewicza, dyrektora Departamentu Innowacji i FinTech w Alior Banku, przy inicjatywie specjalnej RBL_START #COVID-19, istotnymi kryteriami wyboru projektów, oprócz ich realnego efektu społecznego, będą łatwość i szybkość wdrożenia na szeroką skalę. Tylko więc wybrane pomysły biznesowe mogą liczyć na wsparcie PZU i Alior Banku i jedynie przy przygotowaniu do ich wdrożenia. Partnerem technologicznym wspierającym ten projekt jest Microsoft.

Z firmami startującymi na rynku w okresie kryzysowych zawirowań jest kilka problemów. Przede wszystkim, oprócz dobrego pomysły i biznesplanu, powinny mieć odpowiednio wysoki kapitał startowy, stanowiący rodzaj poduszki amortyzującej niekorzystne, niespodziewane zdarzenia rynkowe. Nie wystarczą pomysł, świetne oprogramowanie, atrakcyjna aplikacja i dobre chęci. Po wtóre, dobrze jest posiadać fachowe wsparcie logistyczne. Warto też swoje kolejne kroki konsultować z instytucjami, które dostarczają płynności oraz z niezależnymi think tankami. Stąpać po rynku trzeba ostrożnie. Jeśli poślizgniesz się i solidnie wyłożysz, nikt nie poda ci ręki. Działałeś przecież na własne ryzyko.