Wygląda na to, że państwa poważne, nawet jak wkręcają jakiś lekkomyślny naród w maszynkę do mięsa, a potem mu „pomagają” aż do momentu, gdy zostanie zmielony, nie robią tego za darmo, tylko wspaniałomyślnie inkasują wynagrodzenie i to nawet z góry, bo w takich niepewnych czasach „dołu” może już nie być – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

„Korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny” – nawołują militaryści i – jak się okazuje – mają świętą rację. Inter arma silent Musae – powiadali starożytni Rzymianie, co się wykłada, że podczas wojny Muzy cichną. Okazuje się, że nie tylko Muzy, bo pierwszą ofiarą wojny jest prawda, a na jej trupie żeruje propaganda. Celem propagandy nie jest wyjaśnianie czegokolwiek, tylko takie emocjonalne rozhuśtanie ludzi, by utracili poczucie rzeczywistości – a wtedy można z nimi „wszystko zrobić i w każdą formę ulepić” – jak pisze w „Portretach imion” Kazimiera Iłłakowiczówna.

Właśnie 1 sierpnia minęła 78. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, z której to okazji pan prezydent Duda poinformował nas, że nie mamy z tego powodu „poczucia klęski”. Skoro nie mamy poczucia klęski, to co mamy? A contrario powinniśmy mieć poczucie zwycięstwa, chociaż Powstanie zostało rozjechane gąsienicami niemieckich czołgów, najlepsza młodzież została zmasakrowana, oczyszczając w ten sposób pole Stalinowi, który w Teheranie od naszych sojuszników dostał Europę Środkową w prezencie, 200 tys. cywilów zginęło, a stolica została obrócona w gruzy. Józef Goebbels pisze w swoich „Dziennikach”, jak to Amerykanie zrzucają winę za tę krwawą łaźnię na Anglików, Anglicy – na Amerykanów – ale najwięcej korzyści uzyskał Kreml, bo Stalin „najtańszym kosztem skatynizował polską arystokrację i obóz narodowo-polski. I taki był chyba cel tego przedsięwzięcia”.  Ale poczucia klęski nie mamy – o czym informuje nas właśnie pan prezydent Andrzej Duda. Najwyraźniej uważa, że powinniśmy być gotowi na kolejne „moralne zwycięstwa” – tym razem przy okazji wojny na Ukrainie, gdzie tym razem to na szczęście nie my, tylko Ukraińcy są właśnie wkręcani w maszynkę do mięsa.

Tymczasem w dniach ostatnich we włoskich mediach pojawiły się fałszywe pogłoski, jak to pod pretekstem wojny dopełnia się grabież Ukrainy i to nie tylko przez Rosjan, ale również, a może przede wszystkim – przez jej Największych Sojuszników, a konkretnie – przez ichniego i naszego Największego Sojusznika. Oto Chris Powell, działacz Gold Anti-Trust Action Commitee Inc. (GATA) – CPowell@GATA.org – w publikacji datowanej na 18 lipca br. pisze, że centralny bank Ukrainy, pod pretekstem wojny z Rosją, właśnie przekazał Stanom Zjednoczonym swoje rezerwy złota wartości 12 miliardów dolarów. GATA jest organizacją, która próbuje działać przeciwko zmowie banków centralnych świata, mającej na celu kontrolowanie przez nie cen i podaży złota. Otóż według GATA, w skarbcach banków centralnych jest tylko około 15 tys. ton złota, zamiast zaksięgowanych 30 tys. ton. Różnica została sprzedana albo „wypożyczona”. Włoski autor powołuje się na Powella, dodając od siebie również ciekawe, chociaż na pewno fałszywe wiadomości. Według niego bowiem już wcześniej Stany Zjednoczone, pod pretekstem pomocy, przejęły ukraińskie rezerwy w walutach obcych, zaś kijowskie złoto trafiło pod amerykańską kuratelę już w 2015 roku, a więc wkrótce po sławnym „Majdanie”, od którego wszystko się zaczęło.

Tymczasem kiedy tylko jakieś złoto przekroczy Atlantyk, zaraz zaczyna dziać się z nim coś dziwnego. Taki właśnie casus przydarzył się Niemcom, które zdeponowały 300 ton swojego złota w USA i przez wiele lat nie mogły się doprosić, żeby wyznaczeni inspektorzy przynajmniej je obejrzeli i w ten sposób przekonali się o jego istnieniu. Podobno Niemcom udało się odzyskać zaledwie 5 ton, a reszta – jak się okazało – nie jest „fizycznie dostępna”, gdyż FED miała podobno  sprzedać prawo własności do niego „stronie trzeciej”. Te fałszywe pogłoski zgadzałyby się z ustaleniami GATA, według którego aż 15 tys. ton złota zostało sprzedanych lub „wypożyczonych” – cokolwiek by to miało znaczyć.

Powiadają, że nie ma dymu bez ognia, więc nawet fałszywe pogłoski muszą się z czegoś brać. Pamiętam, jak w roku 2008, kiedy w USA trwał akurat kryzys finansowy, podczas kolacji w Kalifornii wdałem się w rozmowę ze współbiesiadnikami i w pewnym momencie wspomniałem o złocie w forcie Knox. Moi amerykańscy rozmówcy zrobili wielkie oczy: – Jakie złoto w forcie Knox? – Jak to jakie? – ja na to – Przecież zawsze tam było. – Ale teraz nie ma – usłyszałem w odpowiedzi. – Nie ma? To gdzie się podziało? – W Wielkiej Brytanii. – A dlaczego tam? – zapytałem zaskoczony. – Bo leży na wyspie i ma broń jądrową – usłyszałem w odpowiedzi i to było ostatnie i jedyne wyjaśnienie. Potem pojawiły się kolejne fałszywe pogłoski, że Chinom Stany Zjednoczone sprzedały w charakterze złota pozłacane sztabki wolframu, który ma podobny do złota ciężar właściwy – a Chińczycy udali, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Włoski autor publikacji bynajmniej nie poprzestaje na wspomnianych fałszywych pogłoskach, ale wyraża też obawę, że gdyby Włochy wystąpiły do Stanów Zjednoczonych o zwrot 1000 ton złota przechowywanego w forcie Knox, to czy aby na pewno dostałyby je z powrotem? Czy przypadkiem nie zostało sprzedane albo „wypożyczone”? Takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza między sojusznikami. Clive Prince  i Lynn Picket w książce „Od własnej kuli” wspominają ze złością, jakby to było wczoraj, jak to Amerykanie w Dakarze zwyczajnie „przejęli” złoto brytyjskie. Całe szczęście, że wtedy nie było tam już złota Banku Polskiego, które zostało przewiezione na teren kontrolowany przez Vichy, dzięki czemu się uchowało, chociaż oczywiście nie całe, bo 11 ton przejęli nasi sojusznicy, czyli Anglicy, jako rekompensatę za to, że Polacy podczas II wojny światowej walczyli u ich boku.

Gdyby w tych wszystkich fałszywych pogłoskach było choć ziarenko prawdy, to by znaczyło, że państwa poważne, nawet jak wkręcają jakiś lekkomyślny naród w maszynkę do mięsa, a potem mu „pomagają” aż do momentu, gdy zostanie zmielony, nie robią tego za darmo, tylko wspaniałomyślnie inkasują wynagrodzenie i to nawet z góry, bo w takich niepewnych czasach „dołu” może już nie być, więc trzeba się uwijać i kuć żelazo póki gorące, to znaczy – dopóki głowy nie ostygną. Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj szczyci się tym, że Ukrainie pomaga za darmo i że dotychczas wydał na to około 1 procenta PKB, czyli ponad 26 lub nawet 27 mld złotych, a przecież na tym nie koniec, bo kiedy już nastanie ostateczne zwycięstwo i pokój, to dostaniemy radosny przywilej sfinansowania odbudowy ze zniszczeń wojennych Donbasu. I to będzie nasze kolejne moralne zwycięstwo – chyba żeby Donbas odbudowywali Rosjanie, którzy w ten sposób by nam je wydarli.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułNie ma chętnych na termy za połowę ceny
Następny artykułBędzie łatwiej przekształcać biurowce w mieszkania