Było zupełnie oczywiste, że prędzej czy później policja i służby nadużyją swoich uprawnień i wykorzystają system inwigilacji do celów innych niż ściśle epidemiologiczne. Co więcej, jest bardzo prawdopodobne, że takie rozwiązania otwierają dla rządów furtkę na przyszłość – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Prasa krajowa i zagraniczna donosi, że niemiecka policja została oskarżona o nadużycie polegające na wykorzystaniu danych z aplikacji przeznaczonej do śledzenia kontaktów epidemiologicznych, ale w celu poszukiwania osób związanych ze zwykłymi postępowaniami o charakterze kryminalnym. O podobnych przypadkach mówiło się już wcześniej, między innymi w regionie Azji Wschodniej, Australii i Oceanii.

„Contact tracing” nie jest z pewnością nadzwyczajnym pojęciem dla epidemiologów. Polega to po prostu na tym, że osoby podejrzane o zarażenie lub zachorowanie oraz ich bliższe lub dalsze kontakty są odszukiwane, a następnie poddawane izolacji, kwarantannie, nadzorowi czy też leczeniu. Niemniej nawet jeśli procedura ta jest wykonywana bez użycia narzędzi cyfrowych, to wraz z późniejszym przymusowym izolowaniem ludzi zawsze jawiła się jako rozwiązanie budzące kontrowersje.

Pomyślmy sobie chociażby o użyciu jej do wykrywania chorób wenerycznych i kwestii prywatności pacjentów. Czy jesteśmy skłonni być zmuszeni przez prawo do podzielenia się z urzędnikiem sanitarnym informacjami o tym, z kim utrzymujemy intymne kontakty? Poza tym akie śledzenie odbywa się na podstawie środków administracyjnych i często kończy de facto arbitralnym pozbawieniem wolności bez wyroku sądowego. Zależnie od okoliczności nie zawsze zachowane są też odpowiednie warunki bytowe czy higieniczne odbywania kwarantanny.

Dziwi mnie mimo wszystko to, że na początku aktualnej pandemii obywatele niektórych krajów Europy zgodzili się na przymusowe wykorzystanie masowych instrumentów cyfrowych, aby w ten sposób śledzić kontakty międzyludzkie. Po pierwsze, było zupełnie oczywiste, że prędzej czy później policja i służby nadużyją swoich uprawnień i wykorzystają ten system do celów innych niż ściśle epidemiologiczne. Po drugie, jest bardzo prawdopodobne, że takie rozwiązania otwierają dla rządów furtkę na przyszłość. Szeroko rozumiana władza będzie zawsze próbowała inwigilować ludzi „dla ich własnego bezpieczeństwa”, a w innych sprawach powoła się po prostu na wcześniej ustanowiony precedens. To nie są teorie spiskowe tylko smutna konstatacja z pogranicza prawa, filozofii polityki i historii, a uzasadniona chociażby doświadczeniami ze zwalczaniem terroryzmu i prania pieniędzy.

Na marginesie można zauważyć ciekawą zależność. Mianowicie kiedy aplikacje typu „track and trace” są udostępniane zupełnie dobrowolnie, wówczas zainteresowanie nimi może okazać się niewielkie. Według Sylwii Czubkowskiej z portalu spidersweb.pl w połowie 2021 roku „Z polskiej aplikacji do walki z COVID-19 skorzystało tylko 7 tys. osób. Kosztowała miliony, teraz jest w powolnej agonii”. Czy to oznacza, że jeśli pozwolimy ludziom zagłosować za lub przeciw danemu rozwiązaniu poprzez ich własne czyny, to wybiorą raczej wolność i prywatność ponad bezpieczeństwo i skuteczność? Może warto się zastanowić, dlaczego mielibyśmy nie zaakceptować takiego demokratycznego wyboru.

Generalnie uważam, że stałe nadzorowanie sytuacji człowieka, który nie jest podejrzany o popełnienie lub planowanie ciężkiego przestępstwa, względnie pozbawiony wolności w trybie systemu dozoru elektronicznego jest niedopuszczalne z przyczyn etycznych. Poszanowanie podstawowego zakresu prywatności to nie jest jakiś wymysł postępowych liberałów i natrętnych watchdogów, tylko cecha odróżniającą człowieka żyjącego w państwie demokratycznym od poddanego lub obywatela państwa autorytarnego.

Na uwadze zresztą należy mieć nie tylko wyżej opisane kontrowersje związane z cyfrowym nadzorem epidemiologicznym i ostatnimi doniesieniami o rzekomym inwigilowaniu polityków polskiej opozycji. Wcześniej prasa opisywała przecież duże wycieki danych z instytucji rządowych, takich jak Krajowa Szkoła Sądownictwa i prokuratury, a obecnie gorącym tematem stała się kwestia wycieku olbrzymiej bazy danych z Wojska Polskiego.

Jeśli Państwo nie umie zabezpieczyć poufności danych i bezpieczeństwa swoich sędziów i prokuratorów oraz operacji wojskowych, to dlaczego zwykły obywatel miałby uchodzić za „foliarza”, gdy wyraża wątpliwości co do masowego wykorzystywania automatycznie zbieranych danych o sytuacji obywateli? Skoro sanepid miałby prawo nas stale i bez zgody sądu nadzorować, to właściwie dlaczego nie policja i służby, które walczą z przestępczością?

Być może warto rozważyć pewną poprawkę do naszej Konstytucji. A można ją zaczerpnąć ze szwedzkiego „Aktu o formie Rządu” z 1974 roku, który w § 6 przewiduje, że „(…) każdy obywatel w stosunkach z instytucjami publicznymi jest chroniony przed naruszeniem jego prywatności poprzez monitorowanie lub badanie jego sytuacji osobistej, o ile nie wyraził na to zgody” (tłumaczenie: Krzysztof Dembiński, Marian Grzybowski).

Poprzedni artykułPolska może kontynuować wsparcie dla firm
Następny artykułKobiety i mężczyźni mają podobne problemy w biznesie