Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe stwierdził, że orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE jest wadliwe. Dotyczy ono zakupu aktywów sektora publicznego na rynkach wtórnych, czyli jednego z programów Europejskiego Banku Centralnego, i że TSUE niewłaściwie zbadał tę sprawę, w związku z tym wydał błędny wyrok. Czy to oznacza, że Niemcy opuszczają Unię Europejską?

Nie, taki wniosek to byłaby oczywista bzdura. Taka byłaby logika polskiej totalnej opozycji. Ten wyrok ma dwa znaczenia.

No właśnie taki był mój cel, bo gdyby polski sąd konstytucyjny wydał w aktualnej sytuacji taki wyrok, to prawdopodobnie taką byśmy mieli narrację w Polsce, że opuszczamy Unię.

Nikt poważny tak by tego nie nazwał. Tylko ta niepoważna część spektrum polityczno-medialnego. Ale ona nie zasługuje na uwagę.

Czyli jak interpretować ten wyrok i jakie może on mieć konsekwencje?

Wyrok ma dwie warstwy. Jedna jest bardzo doniosła, ale nas praktycznie mało dotyczy. To jest meritum: w swym wyroku Federalny Trybunał Konstytucyjny zakwestionował dokup obligacji państw członkowskich przez EBC, twierdząc, że to przekroczenie tego, co może robić Europejski Bank Centralny, prowadząc politykę monetarną. Jego mandatem jest trzymanie w ryzach inflacji, natomiast nie jest nim polityka fiskalna podtrzymywania gospodarki. Nie ma po temu podstawy traktatowej i ma to duże konsekwencje, jeśli chodzi o działania minione i przyszłe EBC. Chociażby w tej chwili jest nowy program w związku z koronakryzysem, 750 miliardów euro, które ma trafić do gospodarki poprzez skup obligacji – krótko mówiąc państwa się zadłużają, sprzedając obligacje, te obligacje trafiają do banków, a od tych banków EBC je odkupuje. Czyli de facto refinansuje długi państw członkowskich, do czego nie ma podstawy prawnej. No, ale to jest ta sprawa ekonomiczna, Polski jednak w tym sensie nie dotyczy, bo my nie jesteśmy członkiem strefy euro. Teraz druga warstwa, która jest dla Polski dużo bardziej znacząca. To znaczenie konstytucyjno-ustrojowe tego wyroku. Otóż nie pierwszy raz, bo pierwszy raz miał miejsce w 2009 roku, FTK orzekł, że organ Unii, jakim jest TSUE, wykroczył poza przyznane mu kompetencje, czyli nie działa w granicach i na podstawie traktatu. Tak jak wspomniałem, wcześniej też mieliśmy do czynienia z podobnymi wyrokami. FTK rezerwował już sobie wcześniej prawo badania konstytucyjności czy zgodności z prawem niemieckim i unijnym aktów instytucji unijnych, w tym orzeczeń TSUE, sprawdzając również, czy nie wykraczają one poza traktaty. Potem był podobny werdykt idący w tym samym kierunku Sądu Najwyższego Hiszpanii. Tym razem jednak dotyczy to sprawy o wielkim ciężarze gatunkowym. Towarzyszą mu obawy ekspertów, prawników, mówiące, że w zasadzie w ten sposób wskazuje się drogę trybunałom konstytucyjnym Polski i Węgier, że też mogą tak działać. Jeśli uznają, że Unia, Komisja czy TSUE wykraczają poza kompetencje w Traktatach, ingerując na przykład w wymiar sprawiedliwości w Polsce, mają prawo tak samo jak Federalny Trybunał Konstytucyjny uchylić ten wyrok i stwierdzić, tak jak zrobił to FTK, że on na terytorium ich państw nie jest prawnie wiążący. Toczy się w tej chwili wielka debata dotycząca prymatu prawa unijnego nad prawem krajowym, robi się wiele zamieszania, a prawda jest taka, że konstytucje stoją wyżej niż prawo unijne.
Istota sporu to kto ma kompetencję do określania granic kompetencji instytucji UE. Tym kimś w sposób oczywisty są dawcy kompetencji, czyli kraje członkowskie, a w ich imieniu ich trybunały konstytucyjne. To kraje członkowskie tworzą Unię, delegowały traktatowo część swoich kompetencji, wynikających z mandatu demokratycznego, kompetencji do wykonywania w ich imieniu przez wspólne instytucje unijne.
Generalnej klauzuli prymatu unijnego prawa nad krajowym nie ma w traktatach, zatem nadrzędność prawa unijnego nad aktami niższego rzędu niż konstytucja w krajach członkowskich dotyczy tylko i wyłącznie tych działań, w których traktaty przyznają kompetencje Unii. Od dawna mamy problem tak zwanego wountaryzmu i aktywizmu sędziowskiego TSUE, wykraczania poza Traktaty, działania ultra wires.
Federalny Trybunał Konstytucyjny mówi wyraźnie, że to trybunały konstytucyjne państw członkowskich mają prawo do kontroli czy instytucje działają w granicach i na podstawie prawa i traktatów UE, Ponieważ konstytucje krajowe stoją ponad traktatami unijnymi, a państwa członkowskie są pierwotne względem Unii.

Jak w tym kontekście pana zdaniem powinni zachować się ci, którzy twierdzą, że kwestionowanie wyroków unijnego trybunału świadczy o chęci opuszczenia Wspólnoty?

Jeszcze wrócę do jednego wątku, zanim przejdę do odpowiedzi na to pytanie. Samo meritum tego rozstrzygnięcia dotyczy krajów strefy euro i działań EBC wobec tych krajów i ich długów, natomiast bardzo pośrednio, ale jednak, dotyczy także Polski. Jeżeli EBC z braku instrumentów traktatowych naciąga prawo, ale ratuje te gospodarki, i te gospodarki będą w lepszej formie, to Polska, będąca z tymi gospodarkami bardzo związana, też na tym skorzysta.
Natomiast pańskie pytanie brzmi, co powinni zrobić ci, którzy straszą Polexitem. Powinni się ugryźć w język, zamilczeć, bo to jest sprzeczne z samym duchem demokratycznej debaty UE. Jeżeli każda krytyka Unii ma oznaczać, że kwestionuje się samą istotę UE i oznacza, że się z niej wychodzi, to w zasadzie jest to śmierć unijnej demokracji. Bo istotą demokracji jest przeciwstawienie, spór. Mamy w tym przypadku do czynienia z przejawami intelektualnego infantylizmu i ignorancji. Dlatego mówię, że trzeba to zbyć wzruszeniem ramion. To są ci nowo nawróceni Europejczycy, którzy nie przeczytali traktatów i nie rozumieją mechanizmów integracji europejskiej. Bycie pełnoprawnym członkiem Wspólnoty oznacza uczestnictwo w podejmowaniu decyzji i prawo do kontestowania, tak samo jak w ramach demokracji krajowej, bo na tej zasadzie powinno by się zdelegalizować również opozycje w krajach członkowskich, które kontestują politykę rządu.

W związku z reakcją na pandemię pod adresem, szczególnie Komisji Europejskiej, było wiele zarzutów z krajów południa Europy, głównie z najbardziej dotkniętych koronawirusem Włoch. Czy pańskim zdaniem reakcja UE na ten kryzys była wystarczająca?

Jeśli chodzi o reakcję Unii, można to ująć tak: too late, too little, czyli zbyt późno i za mało. Trzeba powiedzieć, że UE zareagowała późno, generalnie nie doceniła zagrożenia, co jest paradoksem, zważywszy że na czele KE stoi lekarka, czyli pani Ursula von der Leyen. Ale jej działania były o krok za krajami członkowskimi. Jeśli chodzi o podniesienie alarmu, to europejska agencja ds. chorób z siedzibą w Sztokholmie i budżetem 60 milionów euro szła linią WHO, a WHO szło linią chińską. Krótko mówiąc, raczej usypiała niż ostrzegała. Ale przyznajmy, że Unia nie ma kompetencji w obszarze zdrowia i tak powinno pozostać, bo nie ma tu „czucia”, jest zbyt daleko od ludzi. Nie ma zatem odpowiednich kompetencji, natomiast ma kompetencje, żeby udzielać pomocy humanitarnej – mamy komisarza od tego i ta pomoc humanitarna była spóźniona, za co potem przewodnicząca KE przepraszała Włochy.
Unia ma też kompetencje ekonomiczne i uruchomiła te kompetencje z dużym oporem i opóźnieniem. Dane o pomocy podawane są na wyrost. To jest dodawanie jabłek do pomarańczy, czyli rzeczy nieporównywalnych. W literaturze, która zajmuje się pomocą zagraniczną, mówi się, że jeżeli mamy do czynienia z pożyczkami, to pomocą jest tylko różnica między rynkową a nierynkową stopą procentową. A tutaj kwoty pożyczek, gwarancji, gotówki i grantów się sumuje. To jest, łagodnie określając, kreatywna księgowość, którą znajdzie pan na stronach Komisji Europejskiej. Teraz się mówi o 3,1 miliarda euro wygospodarowanego z budżetu, 37 miliardów przekierowanych w ramach poprzedniej perspektywy budżetowej i to jest 800 milionów euro Solidarity Fund. Umówmy się, w skali UE to jest nic.
Do tego dochodzi skup obligacji na kwotę 750 miliardów przez EBC, o którym mówimy. Ale to dotyczy tylko krajów członkowskich strefy euro. No i teraz mamy w przygotowaniu jeszcze 540 miliardów pożyczek, w tym 100 mld z programu SURE (Support to mitigate Unemployment Risks in an Emergency – red.), 240 mld z Europejskiego Mechanizmu Stabilności, tylko dla strefy euro i 200 mld euro do uruchomienia przez Europejski Bank Inwestycyjny, także w formie pożyczek. Nie ma tu zatem środków bezzwrotnych, są głównie te, które trzeba będzie oddać.

W kontekście budżetu UE Ursula von der Leyen mówi o drugim planie Marshalla, ten budżet ma być takim swego rodzaju drugim planem Marshalla. No ale właśnie – kto by miał za ten plan zapłacić?

Sami beneficjenci, w końcowym efekcie. Po pierwsze, plan Marshalla dały Stany Zjednoczone, po drugie plan Marshalla wynosił 2,6 proc. PKB krajów biorców. To zatem inny rząd wielkości. Po trzecie, 90 proc. tego to były granty, a tylko 10 proc. pożyczki. I po czwarte wreszcie, był on uwarunkowany tym, że kraje wychodzące z wojny mają się przestać kłócić i zacząć współpracować. A w tej chwili wszyscy kłócą się ze wszystkimi i nie współpracują, więc dla mnie to dośćnieszczęśliwa analogia zrobiona NA wyrost. Rzeczywiście, zachodnia Europa ma dobre skojarzenia z planem Marshalla, my mamy złe. Dla nas plan Marshalla to jest coś, co nam zabrano, czy czego nie mogliśmy wziąć na skutek tragicznego werdyktu jałtańskiego. To tyle na temat terminu, zresztą jeszcze do niedawna mówiono o Recovery Fund czyli funduszu odbudowy, teraz już się mówi o przemianowaniu na Recovery Initiative, a teraz jest to chyba jeszcze skromniej nazwane Recovery Instrument. Tak więc te ambicje powoli uchodzą z tego nadmuchanego balona. Miało być, jak głosił plan hiszpański, zresztą podobne myślenie było Paryża, DO 2,5 biliona euro! Te 540 mld euro, o których mówiłem, to było pierwsze podejście, które też trwało za długo, zanim trafiło pod głosowanie do Parlamentu Europejskiego. Mijały tygodnie, a wiemy, że w tym kryzysie liczą się dni. A więc za późno i za mało. Na dodatek wciąż nie wiadomo, jaki będzie finał. Nie wiadomo, kiedy ta wielka bazooka czy wielka armata finansowa faktycznie wypali. Nie wiemy, kiedy te pożyczkowe trzy instrumenty zostaną uruchomione, bo unijne koła młyńskie działają bardzo powoli. Zatem uzasadnione jest poczucie, że nawet w obszarze, gdzie Unia ma kompetencje, działa powoli i to też kontrastuje z wielkością pomocy, jaką kraje członkowskie wysupłały ze swoich kies. Trzeba przyznać, że bardzo słusznie Unia zdjęła rygory, jeśli chodzi o deficyty budżetowe związane z Paktem Stabilności i Wzrostu i poluzowała zasady pomocy państwa i również poluzowała zasady pozwalające na przenoszenie funduszy strukturalnych z różnych działek do innych, tych bardziej potrzebnych. Unia Europejska zezwoliła, żeby państwa członkowskie pomogły swoim przedsiębiorstwom na kwotę 1,9 biliona euro. Wiemy, że te polskie tarcze też przechodzą przez ten proces, że są wysyłane do Brukseli i Komisja mówi OK. Trzeba mieć na uwadze, że z tych pieniędzy aż 52 proc. to Niemcy. Symetryczny szok, jakim jest kryzys zdrowotny związany z koronawirusem spowoduje powstanie asymetrycznego kryzysu gospodarczego. Ci, których stać na pomoc, wyjdą z tego wzmocnieni, a ci, których na to nie stać, wyjdą bardzo osłabieni. To może podważać fundamenty jednolitego rynku, zasadę równych szans dla przedsiębiorstw. Uderza w zasady równej konkurencji oraz w strefę euro i ją dzieli.
To zagrożenie strukturalne na dłuższą metę i nikt w tej chwili nie wie, co z tym zrobić. Unia przeżyje bez strefy euro, chociaż to byłby wielki wstrząs. Ale bez jednolitego rynku nie przeżyje.

Istnieje szansa, aby wobec trwającego kryzysu, zrezygnować z projektu jakim jest tzw. zielony ład?

Ta materia była debetowana w parlamencie, nasza frakcja (EKR) proponowała zrewidowanie zielonego ładu, co najmniej odłożenie w czasie tych wysokich, żeby nie powiedzieć zawyżonych, ambicji. Przegraliśmy w głosowaniu. Większość w Parlamencie Europejskim, jak również w Radzie, czyli większość państw członkowskich, jest za tym, żeby cele zielonego ładu utrzymać. Ciężary koronakryzysu są zbyt ogromne, żeby dodawać do nich jeszcze realizację tego nad ambitnego projektu. Zielony ład i koronakryzys uderzą w gospodarkę w dwójnasób, natomiast na dziś takie jest stanowisko i zostało ono deklaratywnie potwierdzone. Natomiast samo życie już teraz to weryfikuje. Po prostu okazuje się, że pewne rzeczy są niewykonalne. Trochę wygląda to tak, że cele zielonego ładu będą podtrzymane, ale realne działania coraz bardziej będą faktycznie ograniczane.

Rozmawiał Kamil Goral