Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przeszło w ostatnich tygodniach prawdziwe trzęsienie ziemi. Ze stanowiska ustąpić musiał dotychczasowy szef resortu – Grzegorz Puda. Zmiany nastąpiły także na kluczowych dla właściwego funkcjonowania instytucji strategicznych pozycjach, czyli w gronie sekretarzy i podsekretarzy stanu. Po co to wszystko, skoro PiS twierdziło, że w rolnictwie wszystko idzie zgodnie z planem? Ano, bo nie szło.

hfossmark/Pixabay

Rolnicy przez ostatni rok powtarzali chórem, że Grzegorz Puda był – owszem – ministrem rolnictwa, ale nie rolników. Za takiego uważają oni cały czas Jana Krzysztofa Ardanowskiego odwołanego ze stanowiska 6 października 2020 roku. Między panami iskrzyło od dawna, bo dymisja Ardanowskiego wprost spowodowana była ożywioną aktywnością właśnie Grzegorza Pudy. PiS – świadomie lub nie – wpakowało się w niemałe kłopoty, ponieważ szefem resortu – w zamian za „ministra rolników” został człowiek, którego sami gospodarze obarczali winą za całe zło, jakie dotknęło sektor w ostatnim czasie.

Wybory zawsze były ważne

Grzegorz Puda – jak mówią po cichu sami politycy partii rządzącej – mianowany został ministrem w nagrodę za niezłomną walkę o wprowadzenie nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt. Nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie fakt, że ustawa ta (przygotowywana ramię w ramię z organizacjami antyhodowlanymi podczas posiedzeń Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt i w sejmowych kuluarach) wprowadzić miała zakaz hodowli zwierząt na futra, zakaz uboju rytualnego, zakaz trzymania psów na uwięzi oraz znacząco rozszerzała zakres kompetencji aktywistów, którzy mieli zyskać prawo do  bezprawnego wchodzenia na prywatne posesje gospodarzy.

To rolników rozsierdziło i znalazło odzwierciedlenie w słupkach poparcia. Okazało się, że na wsi zyskiwały ugrupowania, które zaczęły Prawu i Sprawiedliwości zagrażać. Mowa tu przede wszystkim o Konfederacji i Polskim Stronnictwie Ludowym – partiach aktywnie wspierających rolników podczas protestów, które przetoczyły się przez ulice Warszawy. Swoje wsparcie okazywali oni także podczas blokad dróg, które dały się we znaki kierowcom w całym kraju.

Iskrzyło między rolnikami a PiS do czasu, aż ktoś zorientował się, że przecież jesienią 2023 roku czeka Polaków kolejna tura wyborów parlamentarnych.

Fakty są takie, że gdyby nie wieś i rolnicy PiS nie uzyskałoby większości ani podczas pierwszych wygranych wyborów z 2015 roku, ani podczas kolejnej kampanii. Być może to właśnie głosy wsi zaważyły na zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. Rolnicy z całą pewnością pomogli PiS-owi w kampanii do europarlamentu oraz pozwolili rozpocząć powolny proces odbijania struktur samorządowych. Powiedzmy sobie jasno – z Grzegorzem Pudą u sterów resortu powtórzenie tych wyników byłoby w zasadzie niemożliwe.

Zegar tyka

Jesień 2023 to nie tak odległy termin, gdy weźmiemy pod uwagę wyrwę, jaką w zaufaniu rolników do PiS stworzył Grzegorz Puda. Nowy minister rolnictwa, Henryk Kowalczyk, będzie miał pełne ręce roboty, bo czasu na odbudowanie kredytu zaufania pozostało niewiele – tym bardziej, że wieś jest materią w „obróbce” szczególnie niewdzięczną i relatywnie pamiętliwą. PiS dało jednak gospodarzom jasny sygnał. Jaki?

Henryk Kowalczyk, poza objęciem sterów resortu, został także mianowany wicepremierem. Sytuacja, w której minister rolnictwa był zarazem wiceszefem rządu miała ostatnio miejsce w latach 2006-2007 kiedy funkcje te sprawował Andrzej Lepper. To niezwykle wymowna i symboliczna analogia historyczna. To jednak nie koniec.

Henryk Kowalczyk dał się poznać także jako swoisty „obrońca” polskiej wsi. W głosowaniu nad Piątką dla zwierząt był przeciw, co doprowadziło do jego czasowego zawieszenia w prawach członka partii. Trafił wówczas do doborowego grona, bo jednym z tych, którzy ustawie powiedzieli stanowcze „nie” był także Jan Krzysztof Ardanowski. Jednym z głównych zastępców Kowalczyka został – w randze sekretarza stanu – Norbert Kowalczyk z Solidarnej Polski, który z kolei Piątkę krytykował od lat – jeszcze w czasie, gdy nie uzyskała ona swojej obiegowej nazwy. Mało? Kolejnym zawieszonym za sprawę nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt posłem jest Lech Kołakowski, który kilka dni temu objął stanowisko… wiceministra rolnictwa.

Prawo i Sprawiedliwość absolutnie odwróciło zatem kierunki polityki prowadzonej wobec wsi. Zaraz za mianowaniem Kowalczyka poszły konkretne obietnice, jak szybki start Narodowego Holdingu Spożywczego (pomysł Jana Krzysztofa Ardanowskiego) czy działania, takie jak nowa ustawa o wyrobach winiarskich, zwiększony zwrot za paliwo rolnicze, zapowiedzi jednoznacznego odcięcia się od Piątki dla zwierząt i tak dalej, i tak dalej.

Obietnice nie wystarczą

Rolnicy nie są głupi i potrafią czytać ruchy partii rządzącej. Potrafią, bo musieli się tego nauczyć po tym, jak PiS obiecywał im złote góry w kolejnych kampaniach wyborczych. Wierzyli oni wówczas w zapowiedzi dozgonnej wdzięczności, zrównania dopłat względem Europy Zachodniej, objęcia całego rolnictwa parasolem ochronnym… Dziś już nie wierzą, dlatego patrzą Prawu i Sprawiedliwości na ręce. Trudno powiedzieć jednak, żeby ruch kierownictwa partii nie połechtał ego gospodarzy. Widzą go i doceniają. Przed Henrykiem Kowalczykiem i jego rekordowo liczną świtą zastępców stoi jednak karkołomnie trudne zadanie, którego z całą pewnością nie ułatwia mu unijny komisarz Janusz Wojciechowski. Same obietnice już nie wystarczą, bo rolnicy dobrze wiedzą, co jest wybrukowane dobrymi chęciami.