Aktualny projekt dotyczący sędziów pokoju daleki jest od perfekcji, ale ośmieszanie samej idei udziału czynnika niefachowego w wymiarze sprawiedliwości to przejaw nadętego elitaryzmu – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

W 1975 roku kontrowersyjny filozof nauki, Paul Karl Feyerabend, opublikował słynny felieton pod nazwą „How to Defend Society Against Science”. Na stronie internetowej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie prof. Wojciech Sady opublikował polskie tłumaczenie tego tekstu, autorstwa Marka Hetmańskiego, pod rodzimym tytułem „Jak obronić społeczeństwo przed nauką”. Tytuł mojego skromnego eseju oczywiście do tego nawiązuje.

Feyerabend wkłada najpierw w usta innych tezę, zgodnie z którą „(…) nauka, oczywiście, musi zostać zreformowana i stać się mniej autorytarną”, ale jednocześnie wskazuje, że jego osobista „krytyka współczesnej nauki opiera się na przekonaniu, że zakazuje ona wolności myśli”. Z Feyerabendem nie zgodził się najwyraźniej prof. Bogdana de Barbaro, który zresztą nie jest filozofem nauki, skoro w czasie znanego wykładu na Uniwersytecie Jagiellońskim („Spojrzenie psychoterapeuty na współczesne pandemie”) stwierdził autorytatywnie, że społeczeństwo musi odrzucić zasadę „wszystko ujdzie” (profesor przeinaczył zresztą chyba brzmienie tej zasady z anything goes na everything goes). Chodzi o podstawową, relatywistyczną regułę metodologii feyerabendowskiej. Tym samym krakowski profesor potwierdził zresztą wcześniej wspomniane tezy Feyerabenda o autorytarnych skłonnościach intelektualistów. Dlaczego mielibyśmy bowiem uwierzyć profesorowi de Barbaro na słowo, że społeczeństwo demokratyczne ma kategoryczny obowiązek odrzucenia akurat takiej metody i przyjęcia innej? Profesor de Barbaro zaprzeczył zresztą też samemu sobie, ponieważ wygłosił autorytatywny wykład dotyczący dziedzin, którymi się zawodowo nie zajmuje (filozofii nauki i polityki). Jeśli mamy pozostawić sprawy ekspertom, to wydawałoby się, że Feyerabend jest większym znawcą metodologii nauk niż profesor de Barbaro.

W tym miejscu należy tylko zasygnalizować, że metoda „społeczna” jest inna niż metoda „naukowa”. Społeczeństwo rządzi się bowiem zwyczajami i prawami, opisanymi przede wszystkimi w Konstytucji oraz pewną tradycją, na przykład parlamentarną. Metoda naukowa może natomiast królować w murach uniwersytetów, ale już nie poza nimi. Zresztą, jak widać, pomiędzy naukowcami istnieje spór co do tego, czy naukę i jej metodę w ogóle da się zdefiniować w kategoriach absolutnych, a jeśli można, to jaką treścią należy tę definicję wypełnić.

Ostatnio w polskim internecie zrobiło się głośno wokół podobnej tematyki. Głównie za sprawą recenzji książki opublikowanej przez popularyzatora nauki, Łukasza Sakowskiego, na portalu „To tylko teoria” (Postmodernizm niszczy naukę, a „Cyniczne teorie” wyjaśniają jak i dlaczego). Autor tego wpisu słusznie krytykuje takie nurty myśli krytycznej, jak „teoria queer negująca płeć biologiczną, teoria postkolonialna negująca fakty historyczne, teoria otyłościowa negująca otyłość jako chorobę, czy teoria neuroróżnorodności (…)”. Z drugiej strony barykady politycznej można by zresztą do tego dorzucić przykładowo radykalny antysemityzm albo zaprzeczanie niektórym zbrodniom ludobójstwa. Niemniej, w mojej ocenie, Łukasz Sakowski nazbyt zawierza innemu systemowi porządkowania naszej wiedzy oraz działań, jakim jest scjentyzm, a więc radykalny empiryzm i pozytywizm (tzw. światopogląd naukowy). Wyznawcy tej „ideologii” wierzą bowiem, że jest ona jedyną neutralną, właściwie domyślną, a każdy, kto ją krytykuje lub ją odrzuca w pewnych kontekstach, ten jest po prostu obskurancki i niegodny uwagi.

Z takim rozumieniem roli nauki jest jednak w najlepszym razie, jak z demokracją w słowach Winstona Churchilla. Każdy z nas zna bowiem cytat, zgodnie z którym: „(…) demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu”. Innymi słowy, tak jak demokracja jest powszechnie uważana za dobry system urządzenia stosunków społecznych, ale jednocześnie niepozbawiony wypaczeń i wad oraz trudny do zdefiniowania, tak samo jest z zinstytucjonalizowaną i autorytarną nauką, która w swej istocie jest zresztą antydemokratyczna. To prowadzi do oczywistych napięć pomiędzy „elitaryzmem” a „populizmem”, przy czym ekstremalne przechylenie się w jedną ze stron najprawdopodobniej okazałoby się błędem.

Podobną rzecz zauważyć można w innych środowiskach, na przykład sędziowskim. Znany rysownik, poruszający się wokół tematyki prawniczej, a występujący pod szyldem „Ślepym Okiem Temidy”, opublikował ostatnio rysunek, na którym jeden z bohaterów zadaje pytanie „… no i gdzie w Polsce powinniśmy umieścić sędziów pokoju…?”, na co druga postać wskazuje róg pomieszczenia i odpowiada „W kącie…”. W Polsce zgłoszono bowiem inicjatywę wprowadzenia do porządku prawnego sędziów niezawodowych albo pochodzących z wyboru. Aktualny projekt jest daleki od perfekcji, ale ośmieszanie samej idei udziału czynnika niefachowego w wymiarze sprawiedliwości uważam za przejaw nadętego elitaryzmu. Podobnego do wyżej opisanego przekonania akademików, że mają wyłączne prawo do zarządzania sprawami ludzkimi. Najstarsze bowiem demokracje liberalne, o znacznie lepiej ugruntowanym i stabilnym porządku prawnym niż Polska, zapewniają szeroki udział czynnika społecznego w systemie wymiaru sprawiedliwości. Mowa tu właśnie albo o sędziach pokoju, ławach przysięgłych, a także o lokalnym wyborze niektórych urzędników, w przeciwieństwie do mianowania (np. prokuratorów rejonowych w USA, niekiedy też sędziów).

To bardzo ciekawe, że ci, którzy często paradują w koszulkach z napisem „Konstytucja” i krzyczą dużo o demokracji, tak naprawdę prezentują jej specyficzne, elitarystyczne rozumienie. W Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej jak byk bowiem stoi, że „udział obywateli w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości określa ustawa” (art. 182). Obecnie przejawia się to – poza biernym udziałem publiczności – właściwie wyłącznie pod postacią nieco zaniedbanej i fasadowej instytucji ławników. Dodatkowo jeszcze ograniczonej przez odchodzenie od kolegialności składów sędziowskich na skutek pandemii.

Należy przy tym powiedzieć jasno. Konstytucja nie wyklucza szerokiego udziału nieprawników w wymiarze sprawiedliwości, w tym przy decydowaniu o prawdziwości faktów (jak w systemie common law) lub pod postacią niefachowych orzeczników (sędziów pokoju). Wręcz przeciwnie, przepis artykułu 182 Konstytucji zdaje się sprzyjać takim formom udziału obywateli w wymierzaniu sprawiedliwości. Nie widzę żadnego powodu, dla którego w dwóch pozostałych władzach miałyby istnieć silne mechanizmy demokratyczne (wybór wójtów, posłów, referenda itd.), natomiast ta trzecia miałaby się opierać wyłącznie na komponencie fachowym i elitarystycznym. Nie ma ku temu z pewnością żadnego argumentu prawnego, ponieważ z punktu widzenia konstytucyjnego w Polsce sędzią nie jest „prawnik”, lecz osoba wyposażona w inne przymioty osobiste. Chodzi o niezawisłość i podległość tylko Konstytucji oraz ustawom, a także bieżącą apolityczność (art. 178 Konstytucji). Nieusuwalności natomiast z artykułu 180 Konstytucji nie można rozumieć w sposób bezwzględny, ponieważ nielegalna byłaby także instytucja „sędziów na próbę”, czyli asesorów, a także właśnie kadencyjni ławnicy, którzy jednak w polskim systemie występują.

Ostatecznie wypadałoby odpowiedzieć na pytanie: „Jak ochronić społeczeństwo przed elitami?”. Najwyraźniej nie deprymować się i polemizować z nimi, wykorzystując do tego mechanizmy demokracji liberalnej, które coraz większej liczbie środowisk zaczynają przeszkadzać. Posłannictwem elit nie jest bowiem odsyłanie ludu do kąta, decydowanie za nas, co jest słuszne, a co nie, ani nadęty, nieznoszący sprzeciwu dydaktyzm. Tego rodzaju retoryka może tylko wzmocnić antagonizmy.

Michał Góra

Poprzedni artykułDodatek za pracę zdalną?
Następny artykułNiemiecki rząd opłaci obywatelom rachunki za energię