Albo mamy ambicje, by zarabiać więcej, albo chcemy pracować mniej. Cudów nie ma.

czterodniowy tydzień pracy w islandii - grafika wpisu

Islandia przetestowała czterodniowy tydzień pracy. Wyniki są spektakularne! – takie nagłówki obiegły niedawno media. Renomowane portale ekonomiczne donosiły, że „analiza wyników eksperymentu wykazała brak znacznego spadku produktywności, przy jednoczesnym wzroście poziomu zadowolenia uczestników badania”.

Każdemu, kto ma choć drobne rozeznanie w prawach zarządzania i ekonomii, od razu zapali się czerwona lampka. Coś musi być tu nie tak… Zgadza się! Wszystko jest nie tak!

Po pierwsze, w islandzkim badaniu nie testowano czterodniowego tygodnia pracy, ale wymiar etatu zmniejszono o 4-5 godzin. Po drugie, badanie przeprowadzono wśród 2,5 tysiąca pracowników… sektora publicznego. W tym miejscu sam pokusiłbym się o stwierdzenie, że skrócenie czasu pracy większości urzędników – nawet o 1/3 etatu – nie zmniejszyłoby ich efektywności. Po prostu, mamy tam przynajmniej 30-proc. przerosty zatrudnienia. Po trzecie, można badać efektywność pracy w przełożeniu na roboczogodzinę, tydzień, czy rok. Możliwości są nieskończone. Zależy, co chcemy udowodnić. Jeśli barman polewa na roboczogodzinę 30 piw, to jego efektywność w ośmiogodzinnym dniu pracy wynosi 240 polanych napojów. Efektywność tygodniowa jest już inna. Jeśli pracuje on cztery dni w tygodniu zamiast pięciu, to jego efektywność jest naturalnie niższa o 240 napełnionych szklanek. Po piąte, badacze efektywności pracy wpadają w tę samą pułapkę od stu lat! Mowa o efekcie Hawthorne. W skrócie: jeśli pracownicy wiedzą, że są obserwowani – pracują szybciej i lepiej.

Oczywiście są zawody, w których praca na akord ma mniejsze znaczenie. Większość pracowników, nawet tych efektywnych i prywatnych korporacji, zrealizowałoby swoje zadania, jeśli kazano by im je zrobić w krótszym czasie. Każdy z nas traci roboczogodziny na plotki w miejscu pracy, przedłużającą się poranną kawę czy papierosa lub po prostu przeglądając memy ze śmiesznymi kotami. Tak jest na całym świecie.

Pytanie, czy chcemy ustawowego zmniejszenia podstawowego czasu pracy. Bo oczywiście ustawa przyjmie wszystko. Cudów jednak nie ma. Albo mamy ambicje, by zarabiać więcej, albo chcemy pracować mniej. Teraz zapewne ktoś przytoczy dane, które mówią, że Polacy są w czołówce krajów pracujących najdłużej. Oczywiście tak. Ale nie jest to efekt nadgodzin, ale niepopularności pracy w niepełnym wymiarze godzin. Czyli… niskiej elastyczności zatrudnienia. I teraz absurd! To właśnie z elastycznością zatrudnienia, w tej lub innej formie, do upadłego walczą związki zawodowe. W tym przypadku związki fundują nam, jako pochodną swojej aktywności, dłuższy czas pracy. Przy okazji pielęgnując kult harówy!

Jeśli w dalszym ciągu ktoś czytający ten felieton dalej marzy o czterodniowym tygodniu pracy, to przypominam, że ta forma zatrudnienia w Polsce funkcjonuje. Wystarczy dogadać się z pracodawcą na 4/5 etatu. Może zarabiać będziemy o 1/5 mniej, ale za to spełnimy swój postulat.

A jeśli ktoś dalej wierzy, że można systemowo zmniejszyć wysokość podstawowego etatu bez zmniejszania poziomu wynagrodzenia w krótszym lub dłuższym okresie, to cóż… powinniśmy zacząć od zwiększenia w szkołach liczby godzin nauki historii na temat utopii komunizmu i podstaw ekonomii.