Branża hodowli zwierząt futerkowych daje dziś zatrudnienie kilkudziesięciu tysiącom osób – około 10 tysięcy pracuje bezpośrednio przy hodowli, a kilkanaście tysięcy zatrudnionych jest w przedsiębiorstwach powiązanych.

Fot: archiwum Związku Polski Przemysł Futrzarski

Hodowla zwierząt futerkowych w Polsce liczy sobie przeszło sto lat. W tym czasie krajowi hodowcy stali się najważniejszymi graczami na światowym rynku skór norek amerykańskich i ważnymi dostawcami skór lisów. Branża, skazana przez aktywistów antyhodowlanych na likwidację, jest dziś na fali wznoszącej, a Polacy dostarczają na rynek największą ilość skór na świecie.

Topór w rękach kata

Przyszłość sektora w ostatnich latach wisiała jednak na włosku. Wszystko przez zakusy organizacji antyhodowlanych, które próbowały zrealizować inicjatywę ustawodawczą mającą na celu likwidację tego dochodowego biznesu. Dochodziło tu do absurdów takich jak ulokowanie zakamuflowanego zakazu w jednej z ustaw regulujących ramy systemu finansowego, zaproponowanie rolnikom kilkutygodniowego okresu vacatio legis na „zwinięcie hodowli”, czy wreszcie zaproponowanie odszkodowań na wielokrotnie niższym poziomie niż w krajach, w których zakaz hodowli zwierząt futerkowych wprowadzono.

Kulminacją walki o być albo nie być branży była tak zwana Piątka dla zwierząt, która – poza hodowlą norek amerykańskich – zniszczyć miała choćby sektor produkcji mięsa na potrzeby wspólnot religijnych. Protesty rolników obnażyły jednak brak merytorycznych podstaw zwolenników nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt i szkodliwy projekt udało się zatrzymać. Dziś leży on na samym dnie sejmowej zamrażarki i – z uwagi na zbliżające się wybory – nie należy spodziewać się, by szybko został odkopany. Ale po wyborach…

Nikt tam nie pracuje?

Aktywiści antyhodowlani wielokrotnie wskazywali, że standardem w hodowli zwierząt futerkowych jest ich bestialskie traktowanie, a sama działalność – z uwagi na niezwykle niskie ceny – weszła w naturalny okres schyłkowy. Próbowano także wmówić opinii publicznej, że skoro niemal sto procent produktów krajowej hodowli przeznaczonych jest na eksport, to jest ona dla budżetu… nieopłacalna. Absurdy argumentacji aktywistów można zilustrować bataliami o zatrudnienie przy hodowli norek amerykańskich.

Co ciekawe, według aktywistów na około 810 fermach funkcjonujących w naszym kraju pracuje… 900 osób. Tymczasem dane Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, na których bazują aktywiści, nie obejmują pracowników podmiotów, które nie zgłosiły hodowli zwierząt na futra jako działalności dominującej wg. kodu PKD (01.49.Z). Dane KRUS nie uwzględniają z kolei osób spowinowaconych z właścicielem hodowli, podczas gdy większość ferm to rodzinne gospodarstwa rolne. Dane nie obejmują także agencji pracy oraz outsourcingu. Innym problemem utrudniającym oszacowanie zatrudnienia jest brak w rejestrach informacji od spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, które mogą do Krajowego Rejestru Sądowego zgłosić zaledwie do 10 kodów PKD. Ponadto publiczne rejestry nie obejmują umów cywilnoprawnych.

Faktyczne średnie zatrudnienie na fermach zwierząt futerkowych wynosi około 13 pracowników. Przy czym ferma, w której hodowanych jest np. 10 000 samic, jest potencjalnym źródłem zatrudnienia dla około 15 pracowników stałych i dodatkowych 10 w sezonie. Ferma utrzymująca powyżej 25 tys. samic to z kolei zatrudnienie dla 45 stałych i 25 sezonowych pracowników.
Branża pozwala dziś zatem na zatrudnienie kilkudziesięciu tysięcy osób (łącznie z kooperantami) z czego około 10 tys. osób pracuje bezpośrednio przy hodowli, a kilkanaście tysięcy zatrudnionych jest w przedsiębiorstwach produkujących wyposażenie ferm, mieszanki paszowe czy produkty lecznicze, a także w powiązanych zakładach przetwórstwa rybnego i mięsnego.

Tego aktywiści nie powiedzą

W ubiegłym roku Dania zdecydowała o czasowej likwidacji hodowli zwierząt futerkowych w kraju. Była ona skutkiem pochopnej decyzji podjętej przez tamtejszy rząd, a wynikającej z rzekomego zagrożenia jakie dla zdrowia publicznego – w związku z pandemią koronawirusa – stanowić miały fermy norek amerykańskich. Duński resort rolnictwa przypłacił ten ruch wymuszonymi zmianami kadrowymi, a budżet państwa zmuszony był do wypłaty wielomilionowych odszkodowań. Swoją pozycję „zwolnił” zatem dotychczas największy światowy producent skór zwierząt futerkowych. Jego miejsce zajęła Polska.

Zbiegło się to z prawdziwym boomem cenowym w branży, której dziś wieszczy się sukcesy także w rozpoczynającym się roku. Badanie opublikowane w ubiegłym roku przez „Puls Biznesu” wykazało, że samo tylko wyprawianie i barwienie skór futerkowych osiągnęło w minionym roku wzrost wartości o 672,7 procent. Sytuuje to tę gałąź gospodarki w doborowym towarzystwie – prężniej rozwijały się tylko produkcja motocykli i wyrobów jubilerskich.

Znaczące wzrosty cen odnotowały także największe aukcje skór. Zarówno duńska Kopenhagen Fur jak i fińska Saga podają, że w ubiegłym roku średnia zapłata za lot (skóry selekcjonowane) była o ponad 100 procent wyższa niż roku poprzedzającym. Eksperci twierdzą także, że to nie koniec hossy, która przełożyć ma się także na podwyżki cen żywych zwierząt.

Trudno się zatem dziwić, że zauważalne ruchy celem „rozhuśtania” krajowego sektora hodowli zwierząt futerkowych czynią obecnie Rosja i Białoruś, które rychło planują dołączyć do światowej czołówki. Tamtejsze media wyśmiewają krótkowzroczność i pochopność duńskich rządzących, wskazując na jednoznaczną szansę na zagarnięcie dla siebie kawałka tortu stanowiącego duńską schedę. Rosyjskie ministerstwo rolnictwa wskazywało także na niestabilną sytuację polityczną w Polsce, w której – przez zakusy lewicowych polityków i niektórych przedstawicieli rządu – niebawem dojść może do wprowadzenia zakazu hodowli futrzarskiej.

Polska centrum handlu skórami?

W opozycji do części polityków pozostają polscy hodowcy, który prowadzą zaawansowane prace nad utworzeniem w Polsce największego centrum handlu skórami zwierząt futerkowych na świecie. Inwestycja zrealizowana ma zostać dzięki współpracy polskiego i chińskiego kapitału. Skóry zwierząt futerkowych już dziś stanowią jeden z istotnych towarów wysyłanych do Państwa Środka, przyczyniając się do odwrócenia stereotypu Polski jako wielkiego rynku zbytu dla chińskich towarów.

Sukcesy branży nie byłyby jednak możliwe do osiągnięcia, gdyby nie najwyższe warunki dobrostanu zwierząt utrzymywanych w polskich hodowlach. Branża to bowiem specyficzna, w której jakość ma szczególny wpływ na uzyskiwane przez przedsiębiorców ceny, a na te krajowi hodowcy ostatnio narzekać nie mogą.

Warto zastanowić się, czy w dobie pandemii i konieczności podjęcia działań mających na celu odbudowę krajowej gospodarki, bardziej opłacalnym jest stawianie na rozwój perspektywicznej branży, czy może na wypłatę odszkodowań, które w przypadku wprowadzenia zakazu – według szacunków – wynieść miałyby niemal cztery miliardy złotych.

 

Poprzedni artykułBruksela otwiera kolejny front przeciwko Polsce
Następny artykułTeleskop Webba wykonał pierwsze zdjęcia w ramach swej misji