O patologiach prywatyzacji takich spółek jak Ciech, Kopalnia Węgla Brunatnego Adamów, spółka Meble Emilia oraz Zakłady Górniczo-Hutniczych Bolesław wiele można mówić i pisać. Podsumowała je w swoim raporcie za lata 2012–2014 Najwyższa Izba Kontroli. Nie problem znaleźć właściwy raport.

Akcje tych mocnych niegdyś marek sprzedano po cenach, które nie oddawały ich faktycznej wartości. Mówiąc wprost: po śmiesznych cenach. Była to zresztą praktyka często stosowana w historii gospodarczej III RP. Na prywatyzacji samego Adamowa Skarb Państwa, czyli my wszyscy, straciliśmy co najmniej 88,9 mln zł. Według oceny ówczesnego Ministerstwa Skarbu Państwa, wartość księgowa kopalni Adamów na koniec 2011 r. wynosiła 144,6 mln zł. Spółka posiadała wolne środki obrotowe w wysokości 65,2 mln zł i nie była zadłużona. PAP przekazała, że początkowo akcje wyceniono na 156,32 mln zł. Po ich “aktualizacji” cena pod nabywcę została ustalona na zaledwie 67,32 mln zł. Warto przy tym wspomnieć, że w latach 2009–2011 KWB Adamów przynosiła zyski oscylujące wokół 10–12 mln zł rocznie.

Przy zbywaniu znanej spółki meblowej Emilia w dużym stopniu chodziło o tanie wysprzedanie atrakcyjnych nieruchomości, przede wszystkim w centrum stolicy. Był to podobny nota bene przypadek, jak prywatyzacji Browarów Warszawskich S.A, sukcesorki dawnych browarów Haberbusch&Schiele, założonych jeszcze w 1846 r. Przetrwały zabory, przetrwały okupację niemiecką, potem PRL, ale prywatyzatorów – już nie. Potem przechodziły z rąk do rąk. Sprywatyzowano je tak dokładnie, że została po nich tylko atrakcyjna parcela w samym centrum stolicy o powierzchni 4,4 ha. Ostateczny nabywca, znany deweloper, postawił na niej ekskluzywne osiedle.

Wracając do Mebli Emilia – umowa sprzedaży 85 proc. udziałów Meble Emilia Sp. z o.o. została zawarta we wrześniu 2012 r. Kupiła je firma Martlet Sp. z o.o. Straty na tym dealu to 82,22 mln zł, bo pierwotnie wartość zbywanych udziałów szacowano na 197,36 mln zł, a sprzedane zostały za 115,14 mln złotych. W memorandum informacyjnym dla inwestorów kwestię nieruchomości w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach w stolicy wykazano marginesowo. Nie zrobiono nawet szacunkowej wyceny. Za to wyeksponowano ujemne wyniki finansowe związane ze sprzedażą jednej, nierentownej linii mebli. Prywatyzatorów nie obchodziło, że spółka zmieniła strategię, stopniowo odchodząc od sprzedaży mebli, za to wchodząc na szybko wówczas rozwijający się rynek nieruchomości.

Polska ścieżka prywatyzacji tzw. kapitałowej to nieporozumienie, wykwit szaleństwa i emanacja korupcyjnych układów. Najpierw w 1990 r., skomercjalizowano 5992 państwowe przedsiębiorstwa. W ten sposób państwo zostało właścicielem około 8,5 tys. zakładów dających zatrudnienie wielu milionom ludzi. Wiele z nich było rentownych; dysponowało ogromnym majątkiem własnym, wymagało tylko mądrej modernizacji. Zamiast tego wdrożono medialną kampanię dezawuującą wszystko co polskie i „rodem z PRL”. Propaganda ówczesna żerowała na kompleksach części Polaków oraz fascynacji wszystkim, co zachodnie.

Pierwsza fala prywatyzacji planowo uwłaszczyła postkomunistyczną nomenklaturę. Hasłem przewodnim wówczas była liberalizacja rynku. Szczegóły działań, zarysowane przy Okrągłym Stole, dopracowała ekipa Leszka Balcerowicza. Zoperacjonalizowano przywieziony w teczce plan J. Sachsa i kierującego nim multimiliardera G. Sorosa. W efekcie w latach 1988–1989 r. państwu „wyjęto” ok. 12 tys. spółek, które poprowadzili PZPR-owscy byli dyrektorzy zakładów i ich rodziny.

Ówczesny minister przekształceń własnościowych Waldemar Kuczyński wraz ze nieżyjącym już ówczesnym premierem Tadeuszem Mazowieckim zainicjowali najczarniejszy etap koniecznej ich zdaniem prywatyzacji. Wdrożył ją Janusz Lewandowski (KLD, potem UW, potem eurodeputowany KO–PO), minister w rządzie J. K. Bieleckiego (1991) i Hanny Suchockiej (1992–1993). „Liberałom-aferałom”, jak ich nazywano, zarzucano łamanie ówczesnego prawa przy tzw. przekształceniach własnościowych – zarzuty padały z każdej strony sceny politycznej. Mechanizm tych prywatyzacji sprowadzał się bowiem zasadniczo do jednego: do zaniżania wartości sprzedawanych zakładów. Spolegliwe wobec „układu” sądy umorzyły prywatyzacje dwóch krakowskich spółek – Techmy i KrakChemii. Skandalem była i pozostanie wysprzedaż najlepszych polskich cementowni za zaledwie kilka milionów dolarów. Nie trzeba chyba specjalnie dowodzić, że w kraju na dorobku, o oczywistych i doskonałych perspektywach dla rozwoju budownictwa, był to ułamek ich rzeczywistej wartości.

Wysprzedawano strategiczne gałęzie gospodarki. Samo wynagrodzenie zagranicznych firm doradczych przy prywatyzacjach sięgnęło w 1994 r. prawie 7 proc. wpływów z prywatyzacji. Zakłady Papiernicze w Kostrzynie nad Odrą sprzedano za… 80 zł, za co państwo jeszcze zapłaciło zagranicznemu doradcy ponad 80 tys. dolarów. Jednocześnie społeczeństwu wmawiano , że „firma zawsze jest warta tyle, ile inwestor jest gotów za nią zapłacić”. Płacił zazwyczaj ułamek jej rzeczywistej ceny. Nowoczesne zakłady celulozowe w Kwidzynie, które były potentatem nie tylko na polskim rynku, wyceniono na 120 mln dolarów. Były to niewielkie pieniądze wówczas, a zupełnie śmieszne dziś. Elektrownia Połaniec, o mocy 1800 MW, została sprzedana przez ministra Emila Wąsacza z AWS Belgom z Electrabela za ok. 250 mln dolarów. Tymczasem każdy 1 MW mocy generowanej przez elektrownię był warty wówczas 1 mln dolarów. Wartość rynkowa Elektrowni Połaniec wynosiła więc co najmniej 1,8 mld dolarów.

Linię tej pseudo prywatyzacji kontynuowało potem SLD. Przykładem patologii była konsolidacja hut stali w Polski Holding Stali (PHS), by oddać nad nim kontrolę za zaledwie 430 mln zł hinduskiemu Mittal Steel Holdings. Co prawda przy wykupie przez inwestora hutom umorzono część długów PHS, ale odbyło się to z równoważną pomocą publiczną. Przypomnijmy jeszcze: jeden ze strategicznych zakładów energetycznych STOEN „poszedł” w obce ręce za zaledwie 1,5 mld zł. Kilkakrotnie niżej od wyceny niezależnych ekspertów. Natomiast samo przyjrzenie się meandrom prywatyzacji polskiego przemysłu farmaceutycznego wymagałoby osobnego opracowania. Jeszcze inną kwestią jest prywatyzacja, poniżej faktycznej wartości rynkowej, z tak trudem odbudowanego po 1989 r. polskiego sektora bankowego. Dopiero w ostatnich latach został on zrepolonizowany, dzięki czemu udział polskiego kapitału i aktywów w kapitale i aktywach sektora bankowego został wreszcie zrównoważony.

Środowiska, które dziś krzyczą „łapać złodzieja”, powinny same przejrzeć swoje kieszenie. Totalna krytyka ze strony opozycji wszystkiego, co nowe, co innowacyjne, nie poparta uderzeniem się w piersi oraz własną i spójną wizją zmian, jest niczym „cymbał grzmiący i miedź brzęcząca”. Może sycić jak śmieciowe jedzenie, ale nic ponadto.