Rząd miota się w kwestii tak zwanej Piątki dla zwierząt. Hodowcy drobiu, bydła czy zwierząt futerkowych jednego dnia dowiadują się, że niemal natychmiast zwinąć muszą przynoszące krociowe zyski interesy, a kolejnego dostają informację, że nieszczęsna ustawa trafi do sejmowej zamrażarki. Późniejsze wypowiedzi sprawiają jednak, że nie wiadomo już nic, a rolnicy bezustannie siedzą na gorących krzesłach.

Fot. Pixabay

Biznes wymaga stabilności prawa i spokoju w planowaniu – to warunki sine qua non, aby polskie rolnictwo mogło się rozwijać. Znaczącą jego częścią jest natomiast produkcja mięsa pochodzącego z tak zwanego uboju rytualnego, czyli jednego z głównych sektorów atakowanych za pomocą nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt.

Ubój rytualny a polski sektor drobiarski

Paradoksalnie, mimo obiegowej opinii, to wcale nie hodowcy bydła, a właśnie drobiarze są największymi dostarczycielami mięsa w systemach halal i koszer na polskim rynku. Nie zmienią tego wypowiedzi obecnego ministra rolnictwa Grzegorza Pudy, który – jeszcze przed objęciem urzędu – ramię w ramię z organizacjami antyhodowlanymi próbował przekonać społeczeństwo, że ubój rytualny to w Polsce – z ekonomicznego punktu widzenia – absolutny margines. Nie zmienią tego także słowa unijnego komisarza ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego, którego w wiedzę o uboju na potrzeby wspólnot religijnych wyposażyć musieli w twitterowych potyczkach sami rolnicy. Wreszcie – nic nie dadzą próby kolejnych manipulacji ze strony organizacji pseudoekologicznych. Ubój rytualny jest dla polskiego rolnictwa ważny – żeby nie powiedzieć kluczowy.

Szczególnego znaczenia nabiera on właśnie w kontekście sektora drobiarskiego. Polska jest najważniejszym unijnym producentem tego gatunku mięsa i jednym z jego czołowych eksporterów. Z 1452,8 tys. ton mięsa drobiowego wyeksportowanego z naszego kraju, aż 855,7 tys. ton pochodziło właśnie z uboju rytualnego. 824,9 tys. ton tego mięsa trafiło na rynki unijne, a 30,8 tys. poza granice wspólnoty. Omawiany wolumen to 58 proc. eksportu mięsa drobiowego z Polski. Cały jego eksport wart był w 2019 roku 11,1 mld zł – eksport mięsa drobiowego halal i koszer przyniósł nam 6,9 mld zł.

Co stałoby się, gdyby ta gałąź produkcji rolnej zniknęła z Polski? Na pewno nie doprowadziłoby to do zmniejszenia popytu na światowych rynkach. Byłoby to myślenie naiwne w kontekście ciągłego zwiększania się populacji ludności wyznania muzułmańskiego w krajach arabskich, ale także w Unii Europejskiej. Nie bez znaczenia pozostaje także stabilny popyt ze strony środowisk żydowskich.

Co zatem by się stało? To samo, co działo się po bezprawnej – jak okazało się po decyzji Trybunału Konstytucyjnego – likwidacji tego sektora w roku 2014. Wówczas to eksport, zagospodarowywany dotychczas przez Polskę, przejęły inne europejskie państwa. Rynek nie zna próżni – ta zasada pozostaje niezmienna.

Wprowadzenie zakazu uboju rytualnego musiałoby się także wiązać z rezygnacją przez zakłady zajmujące się tym typem uboju ze znacznej części swojej działalności. Pozbawienie rolników kolejnych kontraktów byłoby fatalną decyzją w kontekście trudności, jakie przyniosła druga fala pandemii – zamknięcie rynku HoReCa sprawia, że zakłady drobiarskie balansują na granicy rentowności.

Problemy wynikające z Piątki dla zwierząt, za które winą wprost obarczyć należy obecnego ministra rolnictwa, rykoszetem uderzyłyby także w sektor bankowy. Pod znakiem zapytania należałoby bowiem postawić spłatę kredytów zaciągniętych na modernizację już istniejących i budowę nowych ferm. Niższe zapotrzebowanie ze strony zakładów ubojowych to także cios w producentów żywca drobiowego oraz producentów jaj wylęgowych, zakładów wylęgu drobiu, producentów pasz i innych branż bezpośrednio kooperujących z fermami drobiarskimi.

Sami producenci drobiu zauważają, że w systemach halal i koszer ubijane jest około 2/5 ptactwa w Polsce. Potencjalny zakaz mógłby doprowadzić zatem do utraty przez nasz kraj pozycji lidera na unijnym rynku drobiarskim. Ma to szczególne znaczenie zważywszy na fakt, że zakaz uboju rytualnego nie obowiązuje w żadnym państwie będącym dla polskich rolników bezpośrednią znaczącą konkurencją rynkową.

Zakaz uboju rytualnego uderzy w sektor produkcji wołowiny

W 2019 roku z naszego kraju wyeksportowano 377,8 tys. ton wołowiny. Aż 114,7 tys. ton stanowiło tu mięso pozyskane na potrzeby wspólnot religijnych; 89,7 tys. ton trafiło na rynki unijne, a 25 tys. ton znalazło swoich odbiorców w krajach trzecich. Eksport wołowiny z Polski wart jest dziś ponad 4,5 mld zł w skali roku, co stanowi odpowiednio niemal 5 proc. wartości polskiego eksportu produktów rolno-spożywczych z roku 2019. Ubój rytualny odpowiada za 1/3 tej wartości.

Likwidacja tej intratnej gałęzi produkcji rolnej to cios wymierzony przede wszystkim w małe i średnie gospodarstwa rolne, które w Polsce podlegają szczególnej ochronie konstytucyjnej (jest ich kilkaset tysięcy!). To właśnie te gospodarstwa – co podnoszą sami hodowcy – wyspecjalizowały się w hodowli bydła z przeznaczeniem na ubój rytualny. Zakazanie uboju na potrzeby wspólnot religijnych przynieść może rolnikom hodującym bydło stratę rzędu 20-30 proc. dochodów.

Ideologiczna hucpa

Przeciwnicy uboju rytualnego podnoszą kwestię rzekomego nadmiernego cierpienia zwierząt. Podobne hasła wynikają – rzecz jasna – wyłącznie z niekompetencji. Badania naukowe jednoznacznie wskazują, że ubój na potrzeby wspólnot religijnych, wykonany przez specjalistę, znacznie zmniejsza poziom stresu odczuwanego przez zwierzęta.

Te i inne argumenty wskazują na jednoznacznie ideologiczne próby zawłaszczenia narracji dotyczącej polskiego rolnictwa przez grupy skupione wokół organizacji antyhodowlanych i ich popleczników. Pozostaje mieć nadzieję, że rządzący w swoich decyzjach dotyczących wsi wreszcie zaczną kierować się rozsądkiem, a nie zmanipulowanym osądem zielonych gospodarczych sabotażystów.