Fot. Pixabay

Orzeczenie to w pierwszej kolejności uderza w dominującą, także w Polsce, narrację, że prawo Unii Europejskiej ma pierwszeństwo przed normami krajowymi. W razie kolizji należy zatem stosować regulacje unijne. Dotyczyć to ma także przepisów konstytucji. Co ważne, takiego zapisu nie ma w traktatach, na jakich oparty jest porządek prawny Wspólnoty, została ona wyprowadzona przez ówczesny Europejski Trybunał Sprawiedliwości (m.in. słynne orzeczenie Flamino Costa vs, ENEL).

Nihil novi

Wielokrotnie odnosił się do tej kwestii także polski Trybunał Konstytucyjny, wskazując m.in. że „Przekazanie kompetencji nie może naruszać postanowień Konstytucji, a w tym zasady nadrzędności Konstytucji w systemie źródeł prawa. Trybunał Konstytucyjny podtrzymuje pogląd wyrażony w uzasadnieniu wyroku o sygn. K 18/04, że Konstytucja pozostaje – z racji swej szczególnej mocy – >>prawem najwyższym Rzeczypospolitej Polskiej<< w stosunku do wszystkich wiążących Rzeczpospolitą Polską umów międzynarodowych. Dotyczy to także ratyfikowanych umów międzynarodowych o przekazaniu kompetencji >>w niektórych sprawach<<. Z racji wynikającej z art. 8 ust. 1 Konstytucji nadrzędności mocy prawnej korzysta ona na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej z pierwszeństwa obowiązywania i stosowania” (wyrok z 24 listopada 2010 syg. K 32/09).

Wspólnota funkcjonuje w oparciu o zasadę kompetencji powierzonych, chodzi w niej o to, że Unia ma tylko takie uprawnienia, jakie przekażą jej poprzez traktaty państwa członkowskie. Jeśli zatem instytucje unijne poza te kompetencje wykraczają, łamią prawo i krajowe sądy konstytucyjne powinny mieć możliwość o tym orzekać.

Tymczasem w polskich realiach część środowisk prawniczych próbuje narzucić pogląd, jakoby prawo UE miało bezwzględny prymat nad prawem krajowym, nawet o randze konstytucyjnej. To zaś jest oczywistym absurdem – przejawem ignorancji albo złej woli. I nie zmieniają tego te czy inne orzeczenia TSUE, którego zresztą zasada kompetencji powierzonych także dotyczy. W przeciwnym wypadku mógłby on np. orzekać o ważności wyborów w państwach członkowskich, co mówiąc bez cienia ironii, wydaje się coraz bardziej prawdopodobne.

Polityczne tsunami

W tym kontekście orzeczenie FTK nie ma jakiegoś przełomowego charakteru, przynajmniej jeśli rozpatrywać je na gruncie prawnym. Ma ono jednak kolosalne skutki polityczne. Niemcy są najsilniejszym państwem UE i będzie niezwykle trudno unijnym dygnitarzom atakować tamtejszy trybunał z taką samą ostrością, z jaką uderzają w niektóre organy np. w Polsce. Jak bowiem wytłumaczyć europejskiej opinii publicznej, że Niemcy mają do czegoś prawo, a reszta już takiego prawa nie ma? Dlaczego niemiecki TK może odrzucać orzeczenia TSUE i zarzucać im wady, a polski czy węgierski nie? Desperackie oświadczenie unijnego trybunału, że prawo unijne ma pierwszeństwo przed krajowym, to jedynie zasłona dymna. Polskę za rzekome niestosowanie się do unijnych orzeczeń straszy się karami finansowymi. Pytanie, czy takie same groźby zostaną skierowane wobec naszych zachodnich sąsiadów?

Konsekwencją wyroku FTK może być także otwarte postawienie pytania, jakie są granice władzy organów unijnych. Chodzi tu nie tylko o Komisję Europejską, ale także o coraz wyraźniejszy aktywizm sędziowski TSUE. Na jakiej podstawie trybunał w Luksemburgu ocenia, czy jakiś sąd w Polsce działa legalnie czy nielegalnie, kto mu przyznał taką kompetencję, gdzie dokładnie jest ona zapisana? Można odwoływać się do pojemnych artykułów traktatów nawiązujących do kwestii aksjologicznych. Tyle że to ślepa uliczka. Zasada kompetencji powierzonych ma sens o tyle, o ile odnosi się do jasnego katalogu zdefiniowanych uprawnień, na jakie zgodziły się państwa członkowskie. Nie zaś do tych wyinterpretowanych czy dorozumianych, w ten bowiem sposób organy UE mogą poszerzać swoją władzę w nieskończoność! To zaś prowadzi do zupełnego absurdu. Oby taka dyskusja w Unii się rozpoczęła.

Co dalej z programami EBC?

Jest jeszcze jeden, bardzo istotny aspekt orzeczenia FTK, o którym należy pamiętać. Chodzi o jego treść. Trybunał w Karlsruhe uznał, że nie jest zgodny z niemieckim prawem oraz prawem UE skup aktywów publicznych na rynków wtórnym przez EBC. Dokładnie chodzi o decyzję Europejskiego Banku Centralnego z 2015 roku, na podstawie której banki centralne krajów członkowskich strefy euro mogły skupować (nie bezpośrednio od emitentów) obligacje skarbowe tych państw oraz inne dłużne papiery wyemitowane przez podmioty publiczne. Celem było przede wszystkim umożliwienie im taniego finansowania na rynkach finansowych, program ten odnosił się zatem nie tyle do polityki pieniężnej ile do szerszej w swoim zakresie polityki gospodarczej. A tylko w ramach polityki pieniężnej EBC ma swój mandat. Nie może on także finansować zadłużenia członków strefy euro (art. 123 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej).

Tymczasem właśnie to robił, chociaż nie bezpośrednio. To zaś od lat wywołuje potężne protesty ze strony Niemiec. Działania instytucji mieszczącej się we Frankfurcie nad Menem stanowiły jeden z głównych elementów wspierania pogrążonych w kryzysie gospodarek państw strefy euro. Dla Berlina było to zaś zwykłym monetyzowaniem długu, czyli czegoś, co nie mieści się Niemcom w głowach. Dla krajów południa Europy zaś działania EBC miały bardzo duże pozytywne znaczenie. Dzięki nim mogły one taniej finansować swoje potrzeby pożyczkowe na rynku finansowym. Ów program był jednym z filarów tzw. luzowania ilościowego czyli monetarnego stymulowania gospodarek państw należących do strefy euro.

Na podobnej zasadzie ma zresztą funkcjonować kolejny program skupu aktywów przez bank z Frankfurtu (Pandemic Emergency Purchase Programme – PEPP), którego celem jest pomoc państwom strefy euro w walce ze skutkami koronawirusa. Trudno powiedzieć, co z nim będzie w tych okolicznościach. Podobnie jak trudno sobie wyobrazić jego kontynuowanie bez udziału Niemiec.