Zmarł Jerzy Urban i nie jest to, jak często się ogłasza wtedy, kiedy umiera ktoś znany, koniec jakiejś epoki. Za życia radził sobie bowiem doskonale zarówno w PRL-u, jak i we wczesnej III RP, ale także współcześnie, jeszcze niedawno po mistrzowsku wykorzystując media społecznościowe i budując swój nowy wizerunek. Nie można więc sukcesów Urbana przypisać do którejś konkretnej dziejowej okoliczności, bo te się zmieniały. Ale podsumować go już jak najbardziej można.

Urban w odsłonie PRL-owskiej był kłamcą po mistrzowsku wykorzystującym sowiecki model propagandy. Czyli taki, w którym propagandysta świadomie kłamie i doskonale wie, że wszyscy o tym wiedzą, wie, że nikt mu nie wierzy. Dlaczego więc kłamie? Aby upodlić swoich odbiorców, zmusić ich do słuchania bzdur, na które mogą się tylko wściekać, ale z którymi nic nie mogą zrobić. Bo są słabi, a propagandysta jest silny – bagnetami, które stoją za nim i rzekomo niewzruszonym sojuszem. Tym właśnie były kuriozalne brednie, takie jak opowieści kryzysie w USA i o wysyłaniu przez PRL śpiworów dla nowojorskich bezdomnych. To była forma upodlenia ludzi trzymanych w kraju niczym w klatce, bo przecież socjalizm to tak świetny ustrój, że aż jego poddanych, dla niepoznaki nazywanych pięknym mianem obywateli, trzeba więzić i chować przed nimi ich własne paszporty. O ile je w ogóle mają. Jeszcze większym obrzydzeniem napawa mnie narracja Urbana w sprawie zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, z którym jako agnostyk na pewno nie zgodziłbym się co do wielu spraw, ale który oddał swoje życie za wolność, co czyni mnie, libertarianina, jego admiratorem. W tym przypadku Polacy słuchali podobnych, piramidalnych kalumnii, które wygłaszał Urban – tyle że te były wyjątkowo bolesne.

Dlaczego za swoją działalność w PRL-u Urban nie poszedł siedzieć – to wszyscy wiemy. Minusem takiego, a nie innego zakończenia poprzedniego systemu był złoty spadochron, na który i on się załapał. Wolność Urbana to był koszt, a nie korzyść. Ale wolny rynek ma to do siebie, że nawet z ludzi takich jak Urban może zrobić coś niekoniecznie dobrego, ale potrzebnego. Świetnie ustosunkowany i obdarzony wielkim talentem Urban doskonale pomnożył wyniesiony z Polski Ludowej kapitał. Bo Urban był też kapitalistą, bardzo skutecznie zdobywającym zyski i poklask. Co istotne, w systemie, w którym panuje wolność słowa, było miejsce dla Urbana i będzie miejsce dla jego następców. Póki służył on zbrodniczej władzy – był jej częścią, a więc człowiekiem, który tylko historycznym fartem nie skończył w więzieniu. Skoro jednak już go uniknął, bo wybraliśmy taki a nie inny model przemian – tak naprawdę wcale dobry, choć chodzenie Urbana i innych podobnych mu sług Kremla po wolności to, powtarzam, oczywisty moralny koszt – to kapitalizm zrobił z niego pożytek. Urban jest dla mnie symbolem tego, że każdy system obiegu informacji potrzebuje swojej przepompowni ścieków, ale to kapitalizm i wolność słowa potrafią znaleźć dla niej miejsce.

Porównajmy zresztą efekty. W PRL-u Urban promował podłość. W III RP był już tylko błaznem, jednym z wielu zresztą, co na tle wiecznie napiętej prawicy dodatkowo dawało do myślenia. Błazen jest przecież potrzebny. Jerzy Urban umiał nim być i była to jakaś jego funkcja. Mógł go zresztą słuchać i oglądać tylko ten, kto naprawdę tego chciał. Wizerunek Urbana nie wylewał się już z mediów tak jak w czasach, kiedy były one tubą jednej i niepodzielnej władzy.

Rozwój platform społecznościowych, czyli lata nam tak naprawdę najbliższe, to znowu jakaś metamorfoza Jerzego Urbana. Komediowy wizerunek i takie też monologi, wielki dystans do siebie i mistrzowska komunikacja z najmłodszym pokoleniem, które starszego uszatego pana już nawet nie postrzegało jako propagandysty czy jako błazna, bardziej jako komika, kabareciarza – to jednak też sukces. W czasach, w których emeryci dają się naciągać „na wnuczka” i w reklamówkach wyrzucają po kilkadziesiąt tysięcy złotych przez balkon, bo tak im powiedział „policjant”, Urban pokazał, że nowoczesne technologie są jak najbardziej dostępne też dla ludzi starych. O ile są oni inteligentni. Urban chciał zostać memem i to mu się udało, dał też przyczynek do rozważań nad społeczeństwem, w którym wizerunek jest wszystkim i gdzie rechot brzmi donośnie, coraz donośniej, bo rechot, wrzask, krzyki oburzenia, westchnienia podziwu, wyrażane oczywiście emotikonami, bo po co się męczyć z literami, coraz lepiej zastępują teksty. Zmarły, tego już się nie dowiemy, pewnie świetnie poradziłby sobie też w czasach przewidywanych przez Jacka Dukaja, w erze po piśmie.

Plastyczność Urbana wynikała z cynizmu, to on dawał mu gigantyczną przewagę, swoje dokładała też oczywiście nietuzinkowa elokwencja i taka też inteligencja. Umarł więc żywy przykład na to, że bycie zdolnym do poznania prawdy nie zabezpiecza przed byciem złym. Jednocześnie życie Urbana było przykładem na to, że nawet taka jednostka jak on staje się mniej szkodliwa, jakoś nawet przydatna, kiedy musi działać na wolnym rynku.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułPrezydent Przemyśla: Ukraińcy drenują nasze kieszenie
Następny artykułCzy polska gospodarka wzrośnie w 2023 roku?