Świat odszedł od standardu złota, a w obiegu pojawił się pieniądz fiducjarny, który ma wartość dlatego, że ludzie myślą, że ją ma. Ta sytuacja sprzyja niekontrolowanej produkcji pieniądza przez banki emisyjne, co jest przyczyną inflacji i kryzysów finansowych. Uncja złota nie kosztuje już 35 dolarów, tylko 1800 – co pokazuje skalę inflacji – ale kolejnym problemem jest zadłużanie swoich krajów przez rządy – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Mało rzeczy na świecie jest tak kosztownych jak wojna. Gorszy może chyba być tylko hazard, bo nie ma fortuny, której przy hazardzie nie można by stracić w jednej chwili. Ale wojna, która też jest przecież rodzajem hazardu – bo można ją wygrać, albo przegrać, tak samo jak w ruletkę – jest druga w kolejce. Toteż wojny, jeśli już wybuchają, to z reguły z jakichś ważnych powodów – chociaż do końca zracjonalizować ich też nie można, bo jakże tu zracjonalizować pragnienie jakiegoś mocarstwa, by zdobyć hegemonię w skali światowej? Tutaj racjonalne argumenty nie mają już zastosowania, podobnie jak w ekonomii, gdzie jedna i ta sama cena może być dla jednego sprzedawcy opłacalna, podczas gdy dla drugiego – już nie. W tym momencie musimy odwoływać się do psychologii, co do której są wątpliwości, czy w ogóle jest nauką, chociaż psychologowie, podobnie zresztą jak filozofowie, doktoryzują się, habilitują i kierują katedrami.

Wróćmy jednak do wojny jako przedsięwzięcia kosztownego. Zanim jeszcze przystępuje się do wojny, dobrze jest się zastanowić, kto te wszystkie koszty pokryje. Odpowiedź z reguły jest taka, że koszty pokryje ten, kto wojnę przegra, bo w ten sposób sprawiedliwości staje się zadość. Ale tu mogą pojawić się niespodzianki – jak to było w przypadku I wojny światowej, która wtedy jeszcze nazywała się Wielką Wojną, bo nikt nie wiedział, że będzie druga. Otóż przed wybuchem tej wojny wszystkie potencjalne strony wojujące miały rozwinięty przemysł oraz rozbudowane, uzbrojone i wyćwiczone armie. W związku z tym każda ze stron wojujących uważała, że wojna nie potrwa dłużej jak sześć miesięcy i na tyle była finansowo przygotowana – a potem wszystko miał pokryć łup wojenny. Ponieważ jednak wszystkie strony wojujące były do siebie podobne, to po sześciu miesiącach wojna wcale nie chciała się skończyć i, jak gdyby nigdy nic, trwała nadal. Skończyły się tylko pieniądze. I co się wtedy stało?

Państwa wojujące, nie mogąc złupić państwa nieprzyjacielskiego, złupiły własnych obywateli w ten sposób, że zawiesiły wymienialność swoich walut na złoto oraz wprowadziły przymusowy kurs. Wielka Wojna zakończyła się wreszcie w 1918 roku, ale w obliczu potwornych kosztów państwa zwycięskie nie chciały słuchać, by one też miały w nich partycypować i reparacjami obarczyły Niemcy. Spłacanie tych długów miało zakończyć się w roku 1955, ale w roku 1932 dług niemiecki praktycznie został zlikwidowany i do spłaty zostały tylko odsetki. Ich spłacanie zakończyło się w październiku 2010 roku, kiedy to Niemcy zapłaciły Wielkiej Brytanii i Francji 70 mln euro tytułem ostatniej raty. Nawiasem mówiąc, z powodu obciążenia Niemiec pełnymi kosztami reparacji konkietę w tym kraju zrobił wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler, który wykombinował sobie, że taniej i prościej będzie pozabijać wierzycieli Niemiec. To był rdzeń programu NSDAP – bo cała reszta to były wskazówki, jak to zrobić.

Jak wiadomo, doprowadziło to do II wojny światowej, która zrujnowała międzynarodowy ład finansowy. Dlatego też pod koniec wojny, w roku 1944, w Bretton Woods ustanowiono nowy, powojenny ład finansowy. Jego podstawą stał się dolar amerykański, który detalicznie od 1933 roku nie był już wymienialny na złoto, ale zachował standard złota w wielkich transakcjach międzynarodowych. Dolar w związku z tym to była inna nazwa 1/35 uncji złota, a inne waluty dostosowywały swoją wartość do dolara. Ale w związku z Planem Marschalla oraz w następstwie gwałtownego rozwoju motoryzacji i komunikacji lotniczej coraz więcej dolarów znajdowało się poza granicami USA. W Europie były to tzw. eurodolary, a w krajach naftowych – petrodolary. I jedne, i drugie stwarzały pewien problem dla USA, bo gwoli podtrzymania kursu dolara, Ameryka musiała co pewien czas rzucać na rynek pewne ilości swoich rezerw złota, co budziło krytykę, że cały świat korzysta ze stabilnego ładu finansowego, ale tylko USA ponoszą koszty jego podtrzymywania. Ci krytycy zapominali jednak, że z faktu, iż dolar jest walutą światową, USA ciągną grubą rentę. Toteż kiedy w roku 1971 Francja zagroziła, że zażąda wymiany wszystkich swoich eurodolarów na złoto, prezydent Nixon uznał, że zabawa posunęła się za daleko i 15 sierpnia wycofał Stany Zjednoczone z porozumienia w Bretton Woods. Ta decyzja miała ogromne znaczenie dla świata, bo od tamtej pory świat odszedł od standardu złota, a w obiegu pojawił się pieniądz fiducjarny, który ma wartość dlatego, że ludzie myślą, że ją ma.

Ta sytuacja sprzyja niekontrolowanej produkcji pieniądza przez banki emisyjne, co jest przyczyną inflacji i kryzysów finansowych. Uncja złota nie kosztuje już 35 dolarów, tylko 1800 – co pokazuje skalę inflacji – ale kolejnym problemem jest zadłużanie swoich krajów przez rządy. W 2008 roku w USA wybuchł kryzys finansowy i przy okazji okazało się, że zegar długu publicznego na Times Square w Nowym Jorku się zepsuł, bo jego konstruktor nie przewidział tak wysokiego długu publicznego i w rezultacie zabrakło okienek na kolejne zera. W ten sposób jednak rząd amerykański może swobodnie finansować wszystkie swoje wydatki – ale pod warunkiem, że dolar pozostaje walutą światową – czego pilnuje potężna armia amerykańska i czego ofiarą padli Saddam Husajn i Muammar Kadafi, którzy chcieli odejść od dolara w transakcjach eksportu ropy.

No a przed kilkoma dniami chiński prezydent Xi Jinping wezwał kraje Zatoki Perskiej, by w rozliczeniach transakcji eksportu ropy odeszły od dolara i rozliczały się w chińskich juanach, które mają być oparte o standard złota. Gdyby tak się stało, mogłoby to oznaczać początek końca dolara jako waluty światowej, a – co za tym idzie – początek końca grubej renty, jaką USA z tego tytułu ciągną i czego pilnuje amerykańska armia.

Nawiasem mówiąc, to nie jest pierwszy krok ze strony Chin, bo już od roku 2011 są one uczestnikiem porozumienia BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA), którego nieukrywanym celem jest detronizacja dolara z funkcji waluty światowej. Jeśli teraz Arabia Saudyjska i inne kraje eksportujące ropę posłuchałyby chińskiego prezydenta (a Chiny są największym importerem saudyjskiej ropy), to USA miałyby o czym myśleć.

Najwyraźniej Chiny przygotowują się do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi nie tylko na gruncie militarnym, ale również finansowym – co może w perspektywie doprowadzić do osłabienia Ameryki, chociaż innymi metodami, niż amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin chciałby osłabić Rosję za pośrednictwem Ukraińców. Tak czy owak, wygląda na to, że pierwszy krok w kierunku III wojny światowej został już zrobiony.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułUE jako pierwsza na świecie wprowadza nowy haracz
Następny artykułDuże firmy będą składać sprawozdanie o podatku dochodowym