Tarcza antyinflacyjna nie jest – jak to się często przedstawia – żadnym „kosztem dla budżetu”. A to dlatego, że budżet nie jest samoistnym bytem. Nie jest firmą, która ponosi koszty. Nie jest też, a przynajmniej nie powinien być fetyszem, jakimś potwornym lewiatanem, którego brzuch trzeba napełniać, odbierając pieniądze obywatelom – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

W momencie, gdy piszę ten tekst, nie jest jeszcze dostępna nowa projekcja inflacji i wzrostu (a może raczej spadku) PKB, ale znamy już jej najważniejsze punkty, ponieważ znalazły się w komunikacie z posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, na którym zapadła decyzja o niepodnoszeniu (kolejny raz) stóp procentowych. Powodów do optymizmu nie ma, mówiąc najdelikatniej. Potwierdziła to zresztą konferencja prezesa NBP, tradycyjnie następująca po decyzji RPP.

Z komunikatu Rady wynika, że oba główne czynniki – poziom inflacji i wzrost PKB – NBP zweryfikował odpowiednio w górę i w dół w porównaniu z poprzednią projekcją. W najbardziej prawdopodobnym 50-procentowym przedziale prognozy inflacja w przyszłym roku ma wynieść od 11,1 do 15,3 proc. zamiast wcześniej przewidywanego od 9,8 do 15,1 proc., natomiast poziom PKB ma wynosić od -0,3 do 1,6 proc. wobec wcześniej przewidywanego 0,2 do 2,3 proc. Oznacza to, że w przyszłym roku Polska może odnotować formalną recesję w ujęciu rocznym. To oznacza, że w niektórych okresach PKB może spadać bardziej, niż wynikałoby to ze średniej.

W czasie swojej konferencji Adam Glapiński informował, że NBP w prognozie uwzględnił już ograniczenie tarczy antyinflacyjnej. Przy tym trzeba się na moment zatrzymać, bo te zapowiedzi są nie tylko fatalne, ale też pełne hipokryzji. Tarcza antyinflacyjna nie jest – jak to się często przedstawia – żadnym „kosztem dla budżetu”. A to dlatego, że budżet nie jest samoistnym bytem. Nie jest firmą, która ponosi koszty. Nie jest też, a przynajmniej nie powinien być fetyszem, jakimś potwornym lewiatanem, którego brzuch trzeba napełniać, odbierając pieniądze obywatelom. Tarcza antyinflacyjna była dobrym rozwiązaniem, ponieważ pozostawiała pieniądze w kieszeniach obywateli – a to zawsze jest lepsze niż napychanie nimi budżetu. Jeśli zatem pan premier zapowiada likwidację tarczy, oznacza to nie tylko, że w ten sposób zostanie wysłany kolejny impuls inflacyjny – wystarczy sobie wyobrazić, jak to wpłynie na i tak horrendalnie wysokie ceny paliw po przywróceniu pełnej stawki 23 proc. VAT zamiast obecnych 8 proc. – ale przede wszystkim, że państwo wróci do odbierania obywatelom większej części ich ciężko zarobionych pieniędzy. Nie mam wątpliwości, że tarcza antyinflacyjna powinna pozostać – najlepiej na stałe, co oczywiście trzeba by połączyć z cięciem wydatków.

Hipokryzja natomiast polega na tym, że ta decyzja rządu jest uzasadniana żądaniami Komisji Europejskiej. Tyle że już w momencie wprowadzania tarczy szef rządu mówił, że robi to bez zgody UE, ale sytuacja polskich obywateli jest ważniejsza. Co takiego zmieniło się przez te kilka miesięcy, że w tej chwili Warszawa nagle zdecydowała się położyć uszy po sobie i tarczę zlikwidować? Oczywiście – kompletnie nic. Jedynym uzasadnieniem jest, że rząd jest przerażony sytuacją polskich finansów, która z kolei wynika z upartego trzymania się koszmarnie kosztownych programów socjalnych napędzających inflację.

Wypłata 13. i 14. emerytury to w tym roku wydatek 22 mld zł. „Koszty” tarczy antyinflacyjnej to około 30 mld. Przy czym znów trzeba podkreślić: to są „koszty” właśnie w cudzysłowie, bo tak naprawdę to ponad 30 mld zł, które pozostaną ludziom w kieszeniach. Mówiąc brutalnie – rząd postanowił te pieniądze ludziom ponownie od nowego roku zabrać po to, żeby móc wypłacić dodatkowe świadczenia grupie, którą uznaje za swoich podstawowych wyborców. A żeby się z tego wytłumaczyć, sięgnął po wygodny pretekst nacisków z Brukseli. Które zresztą na razie – inaczej niż to jest w przypadku kamieni milowych – nie łączą się z żadnymi konkretnymi ostrzeżeniami.

Mało tego – polska tarcza antyinflacyjna jest niczym w zestawieniu z planowanym przez Niemcy wlaniem do tamtejszej gospodarki 200 mld euro. Ten plan wywołał już sprzeciw znacznej części krajów UE, w tym Francji, oraz konsternację w Komisji Europejskiej, gdzie zresztą głosy na jego temat są mocno podzielone. Jeśli jednak Berlin prze naprzód ze swoim pomysłem, to wycofywanie się polskiego rządu z mizernej ulgi dla obywateli, wartej ponad 31 razy mniej niż niemiecki pakiet, pod pretekstem sprzeciwu z Brukseli jest kpiną. Dla ścisłości dodajmy: kpiną z polskiego podatnika i klienta.

Kilka dni temu brałem udział w panelu gospodarczym w ramach Tygodnia Życia i Wolności, wraz z dr. Cezarym Mechem, Andrzejem Sadowskim i Pawłem Młynarkiem. Andrzej Sadowski, odnosząc się do decyzji RPP, powiedział, że podnoszenie stóp procentowych nie ma w tej chwili sensu. Początkowo chciałem się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, ale po zastanowieniu musiałem przyznać rację.

Nie jest oczywiście tak, że podnoszenie stóp procentowych w czasie szalejącej inflacji nie ma sensu w ogóle. Ma jak najbardziej. Tyle że trzeba się wtedy pogodzić z kosztem, jakie z sobą niesie. Ten koszt dotyczy przede wszystkim kredytobiorców, i to nawet nie tych mających hipoteki – choć ich kłopoty są najczęściej opisywane i dostrzegane. Przede wszystkim chodzi o tych, którzy na kredycie funkcjonują na co dzień, a więc przedsiębiorców. Natomiast brak zainteresowania kredytami hipotecznymi, który dzisiaj już w Polsce bardzo wyraźnie widać, oznacza dodatkowo potężne uderzenie w branżę budowalną.

Jeśli jednak państwo ma już bardzo wysoką inflację, musi się na coś zdecydować. Jeżeli decyduje się na to, że inflacja jest najważniejszym problemem – a tak jest w tej chwili w Polsce – to powinno przekierować wszystkie swoje wysiłki właśnie na jej zwalczanie, jednocześnie godząc się z tym, że będzie to z sobą niosło skutki uboczne. Ponieważ jednak inflacja ma przede wszystkim źródła wewnętrzne – wbrew temu, co twierdzi władza – to rządzący muszą za te skutki uboczne wziąć na siebie odpowiedzialność.

W pewnych sprawach ekonomia bywa naprawdę jednoznaczna jak matematyka. Niektórych zadań czy priorytetów połączyć się po prostu nie da. Nie da się jednocześnie walczyć z inflacją za pomocą podwyższania stóp procentowych i rozdawać na potęgę transferów socjalnych, co próbuje robić rząd. I w tym sensie Andrzej Sadowski ma rację. Jaki ma sens podwyższanie oprocentowania, jeśli jednocześnie cały osiągany w ten sposób efekt jest niweczony przez transfery, a skutek jest taki, że stopy procentowe mimo podwyżek są realnie wciąż mocno na minusie, a więc i tak niespecjalnie zachęcają do oszczędzania zamiast wydawania tracących błyskawicznie wartość pieniędzy? Takie postępowanie może wręcz prowadzić do najgorszego możliwego zjawiska – którego być może i tak doświadczymy – czyli stagflacji. Z jednej strony podwyższone stopy procentowe będą dusić gospodarkę i usuwać z rynku kolejne podmioty; z drugiej niezahamowane transfery będą napędzały inflację.

Tu ważna uwaga: „trzynastka” i „czternastka” to właśnie transfery socjalne, bo taka jest przecież natura systemu emerytalnego w Polsce – nie są to pieniądze odłożone i inwestowane, które następnie wracają do swoich właścicieli; tarcza antyinflacyjna zaś transferem socjalnym nie jest.

O tym, że jesteśmy na krawędzi prawdopodobnie największego tąpnięcia gospodarczego w historii III RP, piszę od dawna. Zacząłem o tym wspominać, kiedy całkowicie bezzasadnie zamknięto dużą część gospodarki podczas epidemii covid. Co jakiś czas pojawia się ktoś, kto kpi sobie z tych przewidywań i pyta, rechocząc, gdzie ten kryzys. Cóż, o „spowolnieniu”, nawet recesji mówią już całkowicie otwarcie nawet przedstawiciele rządu, bo dłużej propagandy sukcesu wobec twardych wskaźników gospodarczych uprawiać się nie da. Natomiast podczas wspomnianej wcześniej debaty Paweł Młynarek przypomniał, że gospodarka zawsze reaguje z opóźnieniem co najmniej kilkumiesięcznym, a często sięgającym paru kwartałów. Konsekwencje wrzucenia na rynek 200 mld zł tarcz antykryzysowych, faktycznie pustych pieniędzy, widzimy w pełni dopiero od paru miesięcy – to one uruchomiły w Polsce galopującą inflację (można już spokojnie używać tego właśnie określenia, które ma swoją konotację ekonomiczną). Konsekwencje beztroskiej polityki monetarnej obserwować będziemy także w pełni dopiero za parę miesięcy.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułTechnologiczny gigant nie opuści Ukrainy
Następny artykułKurs euro wpływa na limity podatkowe