Znany z ciętego języka Hawley pokazał swoją przemową, że jest skłonny odrzucić przestarzałe ortodoksje nękające gospodarkę i podważające bezpieczeństwo.

W swojej przemowie Hawley wskazał na główny problem: Komunistyczna Partia Chin wykorzystuje wady obecnego systemu gospodarczego, których ucieleśnieniem jest Światowa Organizacja Handlu (WTO), aglomeracja „globalkratów”, którzy nie zostali wybrani na swoje stanowiska. Jak ujął to Hawley, „musimy pogodzić się z tym, że system gospodarczy zaprojektowany przez zachodnich polityków pod koniec zimnej wojny nie spełnia swoich zadań w obecnych czasach”. Dodał też, że „czas przyznać, iż wiele jego założeń było błędnych”.

Owe założenia, kontynuował Hawley, sięgają do utopijnych marzeń o ratowaniu świata prezydenta, Woodrowa Wilsona. Przystąpiwszy do I wojny światowej w 1917 r., Wilson miał dość dziwne pomysły, jak choćby to, że będzie to „wojna, która położy kres wszelkim wojnom” oraz że należy dążyć do „pokoju bez zwycięstwa”. Te raczej mało realistyczne idee brzmią jak bajania gabinetowego profesora, który nie widział świata na własne oczy. I rzeczywiście, Wilson był profesorem; zanim wygrał wybory, piastował urząd rektora Uniwersytetu Princeton. To może tłumaczyć, skąd brał te swoje bezsensowne slogany.

Nie ma cienia wątpliwości, że Wilson był świetnym mówcą. Bez wysiłku plótł sieci słów i teorii, które oczarowały wielu polityków i zrobiły z nich domorosłych wilsonistów.

Ale był też na taki przykład George W. Bush, który twierdził, że usłyszał „wołanie spoza gwiazd” wzywające Amerykę na wojny, które sama wybrała, mające na celu „położenie kres tyranii na świecie”. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Jak powiedział Hawley, „Przez ostatnich dwadzieścia lat, gdy toczyliśmy wojnę za wojną na Bliskim Wschodzie, rząd chiński systematycznie budował swoją armię na plecach naszej klasy średniej”. Dokładnie. Kiedy wyzwalaliśmy Faludżę po raz trzeci lub czwarty, Chiny drenowały naszą gospodarkę. Oczywiście Bush nie był naszym jedynym prowojennym prezydentem ostatnich dwóch dekad. Mieliśmy też Billa Clintona i Baracka Obamę, którzy obaj zapoczątkowali międzynarodowe interwencje, jednocześnie szeroko otwierając drzwi dla chińskich produktów i wpływów w USA.

Na marginesie, można się zastanawiać, co o tym wszystkim myśli wiceprezydent z czasów Obamy, Joe Biden. Czy Irak i inne incydenty nauczyły go czegoś? Czy przemyślał kwestię handlu z Chinami? Są to z pewnością dobre pytania, które warto zadać podczas sezonu wyborczego 2020.

Wróćmy jednak do Hawleya. Zadawszy poważne pytania o bieżący stan rzeczy, zaproponował trzy bardzo konkretne odpowiedzi:
Pierwsza: USA powinny wystąpić ze Światowej Organizacji Handlu. Jak ujął to Hawley, WTO została zbudowana na fałszywej obietnicy, na idei, że narody świata zbliżą się do siebie za sprawą uczciwego, wolnego od manipulacji systemu gospodarczego. Jego własnymi słowami: „pragnęli, by jeden liberalny rynek stał się fundamentem jednego liberalnego międzynarodowego porządku, który doprowadzi do pokoju w naszych czasach. Jednak podczas dziesięcioleci istnienia WTO narody świata nie zjednoczyły się w niczym, może z wyjątkiem wspólnych wysiłków, by wykiwać durnego Wuja Sama.

Warto zatrzymać się na moment, by zwrócić uwagę na złośliwą ironię, z jaką Hawley używa zwrotu „pokój w naszych czasach”. Jest to aluzja do katastroficznego błędu, jakim było oświadczenie brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina, który w 1938 r. poszedł na haniebny układ z Adolfem Hitlerem, twierdząc, że doprowadzi do zachowania „pokoju w naszych czasach”. Błąd!

Tak, Hawley mówi nam, że obecne stawki mogą być tak wysokie. Nie możemy pozostać członkiem organizacji, która „nie była miła dla Ameryki”. Dodał, że „proces rozstrzygania sporów WTO systematycznie działa na niekorzyść Stanów Zjednoczonych”, a zawsze na korzyść Chin.

Druga: Hawley twierdzi, że po opuszczeniu WTO USA powinny wynegocjować nowe umowy handlowe, dwustronne i oparte na wzajemności. Innymi słowy, Stany powinny zawrzeć umowę z, dajmy na to, Wielką Brytanią, a potem zająć się kolejną umową z kolejnym potencjalnym partnerem. Jak wyjaśnia Hawley, „powinniśmy zastąpić imperium prawników konfederacją prawdziwie wzajemnego handlu”.

Argumentuje on, że skupienie się na korzystnych dla obu stron umowach handlowych – zawartych dobrowolnie przez dwa kraje, które rzeczywiście ze sobą handlują, w odróżnieniu od ponadnarodowego WTO-kratyzmu – które otworzyłyby przed USA nowe możliwości zawarcia lepszych przymierzy opartych na wzajemnych korzyściach gospodarczych i strategicznych stosunkach.

Skorzystamy na tym, jeśli kraje podzielają nasz negatywny stosunek do chińskiego imperializmu – kraje takie jak Japonia, Wietnam, Australia i Tajwan – nie będą gospodarczo zależne od Chin i będą mogły stanąć u naszego boku. Powinniśmy więc aktywnie poszukiwać nowych form wzajemnego handlu z kluczowymi partnerami azjatyckimi i europejskimi, jak sieć gospodarczego dobrobytu wspomniana przez senatora Pompeo – powiedział.

Zatrzymajmy się na chwilę na jednym z krajów wymienionych przez Hawleya, na Tajwanie. Jego oficjalna nazwa to Republika Chińska i jest położony na wyspie. Jego stolicą jest Tajpej. Innymi słowy, Republika Chińska jest bytem odrębnym i zasadniczo różnym od Chińskiej Republiki Ludowej, której stolicą jest oczywiście Pekin. Dwa kraje oddzieliły się od siebie w 1949 r., kiedy wspierani przez sowietów komuniści Mao Tse-tunga zajęli część kontynentalną. W kolejnych dziesięcioleciach Republika Chińska, której obecna populacja stanowi 23 miliony, stała się wolnym i dostatnim krajem, podczas gdy Chińska Republika Ludowa jest zaledwie… dostatnia (i oczywiście niebezpieczna).

Jest więc godne uwagi, że Hawley został zdeklarowanym sprzymierzeńcem Tajwanu, który jest nie tylko bastionem oporu przeciwko ChRL, ale też dowodem, że Chińczycy, jeśli tylko dostaną wybór, wybiorą wolność.

Trzecia: Hawley chce ukrócić możliwość „gry w klasy na skalę światową” międzynarodowego kapitału, w tym Wall Street, oraz wynikającego z niego deptania ludziom całego świata po głowach. Hawley wyjaśnia panowanie WTO: Nie bez powodu Wall Street uwielbia ten stan rzeczy. Nie bez powodu będę się sprzeciwiać wystąpieniu z WTO i poważnym reformom światowego systemu gospodarki. To dlatego, że obecnie mogą do woli napełniać kieszenie za sprawą przepływu kapitału zagranicznego.

W rzeczy samej, pod całą złożonością międzynarodowej bankowości kryje się prosta zasada; Wall Street i globalny kapitał w ogóle, czerpią zyski z międzynarodowego arbitrażu. Ten międzynarodowy system pozwala wykorzystywać system podatkowy, prawny, wysokość wynagrodzeń, ceny itp. jednego kraju względem drugiego i czerpać korzyści z obu stron równania.

W ostatnich dekadach dużym przedsiębiorstwom finansowym bardzo łatwo było grać w tę grę. W efekcie wystosowały następujące ultimatum wobec amerykańskich firm przemysłowych: „Musicie podzlecać lub przenieść się do Chin, ponieważ podatki/prawo/wynagrodzenia są tam bardziej korzystne. Jeśli tak zrobicie, nagrodzimy was wzrostem na giełdzie tu, w USA. Jeśli jednak tego nie zrobicie, możemy was wykupić, wymienić zarząd i wtedy przenieść się do Chin. Możemy też wykupić waszą konkurencję, przenieść ją za granicę, gdzie będzie mogła skorzystać z niższych kosztów, wyprze was z rynku i doprowadzi do bankructwa”.

Ultimatum to, powtarzane tysiące razy, przywodzi na myśl słynną kwestię Marlona Brando z Ojca Chrzestnego: „Złożę mu propozycję nie do odrzucenia”. Miliony utraconych miejsc pracy później Ameryka dowiedziała się, jak kilka firm było w stanie odrzucić tego rodzaju „propozycję”.

Howley wyraża się jasno: Jako naród wykopaliśmy pod sobą głęboki dół. W tym samym czasie ChRL nie śpi: 21 maja „South China Morning Post”, hongkoński dziennik będący pod silnym wpływem rządu z Pekinu, doniósł, że ChRL planuje zainwestować kolejne 1,4 tryliona dolarów na rozwój technologiczny.

Na szczęście realistyczne zrozumienie zagrożenia to nie to samo, co pokorne zginanie przed nim karku. Trzeba tylko wykorzystać naszą wiedzę o sytuacji, a potem przedzierzgnąć to zrozumienie w czyn.

Hawley jest tylko jednym z wielu senatorów, do tego stojącym dość nisko w hierarchii starszeństwa. Jednak jego sposób myślenia charakteryzuje szeroka perspektywa historyczna, która może – i powinna – zmienić kurs amerykańskiej polityki. Jak sam powiedział: „Możemy zbudować przyszłość, która sięga wzrokiem poza pandemię, ku dobrobytowi – dobrobytowi będącemu udziałem wszystkich Amerykanów, od małych miasteczek z rolniczych terenów po wielkomiejskie centrum. Możemy zbudować przyszłość, która widzi dalej niż nieudany consensus i wychodzi naprzeciw potrzebom bezpieczeństwa narodowego obecnego stulecia”.

Tak, jeśli damy radę zbudować dla siebie tą przyszłość – jednocząc się na nowo wokół poszanowania wspólnego dobra, jak również czujności wobec wspólnego zagrożenia – wtedy będziemy mieli szansę. A jeśli Ameryka będzie w stanie stworzyć przymierze innych podobnie myślących narodów, obawiających się Czerwonego Smoka, wtedy wszyscy mamy dużą szansę na odniesienie sukcesu. Ponieważ bardzo niewielu ludzi gdziekolwiek na świecie pragnie żyć w tyranii. A Komunistyczna Partia Chin jest tyranem.

Źródło: James B. Pinkerton/Breitbart