Mówią o nim „Polak, który zatrzymał śmierć”. Jego wynalazek uratował życie tysięcy ludzi, a po kilkudziesięciu latach od zakończenia drugiej wojny światowej o mało nie wywołał… skandalu międzynarodowego. Wszystko przez pewnego amerykańskiego magnata medialnego.

Żołnierze z wykrywaczem min Kosackiego w Afryce Północnej, 1942 r.

W lutym 1999 r. tenże magnat – Ted Turner podczas jednej z konferencji w Waszyngtonie pozwolił sobie na żart: „Widzieliście kiedyś polski wykrywacz min?” – po czym zaczął tupać nogą, co wywołało salwy śmiechu wśród publiczności. Sprawa stała się na tyle głośna, że interweniowało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a Turner przeprosił za swoje zachowanie. Jednak ten pożałowania godny incydent obnażył dwie kwestie. Po pierwsze pokazał, że Ted Turner najwyraźniej nie słyszał o Józefie Kosackim. Po drugie – że wciąż zbyt mało dbamy o to, by o wielkich polskich wynalazcach dowiedział się cały świat.

Miny-pułapki

Na łamach naszego pisma przedstawiamy historie polskich wynalazców. Szczególny czas – po agresji Rosji na Ukrainę – sprawił, że dużo miejsca poświęcamy tym konstruktorom znad Wisły, którzy przyczynili się do skrócenia II wojny światowej. Wystarczy wspomnieć o prezentowanych tu Polakach, którzy złamali kod Enigmy i wynalazkach, jak np. peryskop Gundlacha czy krótkofalówki Magnuskiego.

Tym razem przyszedł czas na przypomnienie konstruktora jednego z najważniejszych urządzeń czasów II wojny światowej, które przyczyniło się nie tylko do przegranej Niemców, ale także do ocalenia od pewnej śmierci tysięcy istnień ludzkich. Mowa o polskim naukowcu, wynalazcy i żołnierzu w jednym – Józefie Stanisławie Kosackim i jego wykrywaczu min.

Pierwszych min lądowych użyli żołnierze Konfederacji (1862 r.) podczas wojny secesyjnej w USA. Ówczesna mina – wynalazek gen. brygady Gabriela J. Rainsa – była de facto zwykłym pociskiem artyleryjskim z zapalnikiem-pułapką, detonującym ładunek na skutek nacisku lub szarpnięcia linki naciągowej. Takie miny-pułapki „przyjęły się” i były powszechnie używane w czasie I wojny światowej, a apogeum ich wykorzystania przyniosła kolejna światowa wojna.

Z Polski do Szkocji

Józef Stanisław Kosacki urodził się w 1909 r. w Łapach. Już od szkolnych lat interesowały go nauki ścisłe, nic zatem dziwnego, że po maturze postanowił wstąpić w progi wyższej uczelni, aby rozwijać swoje zainteresowania. Renomowaną uczelnią była wówczas Politechnika Warszawska, gdzie Kosacki skończył (1933 r.) Wydział Elektryczny.

Czasy II Rzeczypospolitej to rzeczywistość sąsiadowania z dwoma śmiertelnymi wrogami: III Rzeszą i ZSRR, toteż młodzi ludzie odbywali służbę wojskową. Tak było i z Józefem Kosackim, który po przeszkoleniu w Szkole Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie trafił na praktyczne szkolenie do Batalionu Elektrotechnicznego w Nowym Dworze Mazowieckim. Zakończył je w styczniu 1936 r. w stopniu podporucznika w korpusie oficerów rezerwy inżynierii i saperów. Po czym prowadził spokojne, ustabilizowane życie w Warszawie, pracując na dobrej posadzie w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym na stanowisku kierownika Działu Wzmacniaków Telefonicznych.

Wybuch wojny zastał Kosackiego w Warszawie, gdzie 4 września zgłosił się do wojska. Z racji swoich umiejętności został przydzielony do Grupy Technicznej w Oddziale Specjalnym Łączności. Grupa Kosackiego podczas obrony stolicy wsławiła się uruchomieniem uszkodzonej przez Niemców radiostacji Rozgłośni Polskiego Radia Warszawa II. To dzięki niej prezydent Warszawy Stefan Starzyński mógł przemawiać do ostatnich chwil obrony miasta.

Józefowi Kosackiemu udało się, po kapitulacji, przedostać na Węgry, gdzie został internowany. Nie uśmiechała mu się jednak perspektywa bezczynności. Już w grudniu 1939 r. uciekł z obozu internowania i z fałszywym paszportem (jako Józef Lewandowski) przedostał się przez Włochy do Francji. Zapewne nie byłoby to możliwe, gdyby nie przychylność Węgrów, którzy patrzyli przez palce na ucieczki polskich żołnierzy i gdyby nie wciąż czynny konsulat RP w Budapeszcie, który wystawił mu fałszywy paszport. W Paryżu Kosacki zgłosił się do polskiego wojska i walczył na francuskiej ziemi. Na szczęście po kapitulacji armii francuskiej udało mu się, wraz z tysiącami polskich żołnierzy, przedostać do Anglii. Ostatecznie przydzielony został do Centrum Wyszkolenia Łączności w Dundee w Szkocji.

Konkurs na wykrywacz min

W 1941 r. Józef Kosacki bardzo przeżył tragiczny wypadek polskich żołnierzy, do którego doszło na szkockiej plaży, gdy podczas patrolu Polacy przypadkowo weszli na pole minowe. Ofiarami byli rotmistrz Stanisław Górski i kapral Stanisław Stasiak z 14 pułku ułanów. Ich śmierć stała się dla Kosackiego impulsem do zwiększenia wysiłku nad skonstruowaniem urządzenia, które mogłoby uchronić ludzi przed tego typu wypadkami. Postanowił wrócić do badań nad stworzeniem wykrywacza min, który dzięki falom radiowym będzie „widział” zakopane w ziemi metalowe przedmioty. Polski inżynier rozpoczął pracę nad takim urządzeniem już w drugiej połowie 1940 r., po przybyciu na brytyjską ziemię. W pracach pomagał mu plutonowy Andrzej Garboś z Centrum Wyszkolenia Łączności.

W II Rzeczypospolitej nad elektrycznym wykrywaczem min pracował m.in. kapitan inżynier Tadeusz Lisicki z Biura Badań Technicznych Wojsk Łączności, który skonstruował nawet prototyp. Niestety, Lisickiemu nie udało się przedostać na Zachód i ze swoją wiedzą (i prototypem) pozostał w Polsce. Ale od czego są koledzy.

Kosacki z Garbosiem postanowili odtworzyć konstrukcję Lisickiego i wprowadzić niezbędne udoskonalenia. Co ciekawe, początkowo swoje prace prowadzili w tajemnicy przed Anglikami. Niebawem jednak Anglicy ogłosili konkurs na wykrywacz min, do którego Kosacki postanowił zgłosić swój prototyp. Polskie urządzenie nie zawierało żadnych nowatorskich rozwiązań technicznych, niemniej Kosacki i Garboś zrobili to, co nie udało się wcześniej nikomu: zbudowali prosty, lekki wykrywacz nadający się do wykorzystania przez żołnierzy na polu bitwy.

Produkcja seryjna

Polska konstrukcja była jedną z siedmiu zgłoszonych do konkursu (pozostałe były brytyjskie). Jednym z zadań mających pokazać skuteczność wykrywaczy było znalezienie rozsypanych na trawniku jednopensówek. Jak się okazało polski wykrywacz był bezkonkurencyjny – za jego pomocą w najkrótszym czasie udało się zebrać wszystkie monety. Anglicy szybko podjęli decyzję o skierowaniu polskiego urządzenia – pod nazwą Mine Detector Polish Mark I – do produkcji seryjnej.

Zasada działania wykrywacza oparta była na wykorzystaniu mostka elektrycznego, którego równowagę zakłócały metalowe przedmioty. W talerzowatej skrzynce wykrywającej znajdowały się dwie cewki: jedna połączona ze słuchawkami, druga z generatorem fal o słyszalnej częstotliwości. Gdy „talerz” na bambusowym kiju (z kablem w środku) zbliżano do metalowego przedmiotu, następowało zakłócenie równowagi pola magnetycznego cewek i w słuchawkach pojawiał się sygnał akustyczny. Ot i cała tajemnica działania wykrywacza min, na którą wpadli Polacy. Wykrywacz nie został opatentowany – Józef Kosacki podjął decyzję, aby nieodpłatnie przekazać go aliantom.

Chrzest bojowy

Prawdziwym testem polskiej konstrukcji stała się II bitwa pod El Alamein, która rozpoczęła się 23 października 1942 r. Feldmarszałek Erwin Rommel – spodziewając się ataku aliantów – rozkazał ułożyć rozległe pola minowe zawierające, jak obliczali Niemcy, 445 tys. min, w tym 14 tys. przeciwpiechotnych. Niemiecki „lis pustyni” nie wiedział jednak, że jego przeciwnik – gen. Bernard Law Montgomery ma asa w rękawie. Dzięki użyciu 500 dopiero co wyprodukowanych polskich wykrywaczy min wojska brytyjskie błyskawicznie wykonały przejścia w polach minowych i obeszły pozycje przeciwnika. Saper z polskim wykrywaczem mógł usunąć w godzinę aż 200 min, podczas gdy wyposażony w bagnet jedynie 100.

Brytyjscy żołnierze we Włoszech – „pokojówki z odkurzaczami”, 1943 r.

Niebawem widok „pokojówek z odkurzaczami”, jak przezywano saperów wyposażonych w ten sprzęt, zagościł na stałe wśród walczących wojsk brytyjskich i amerykańskich. Wykrywacz trafił też do Armii Czerwonej. Mine Detector Polish Mark I uchronił przed śmiercią tysiące alianckich żołnierzy, niewątpliwie przyczyniając się tym samym do zwycięstwa nad Niemcami.

Angielska wdzięczność

Po zakończeniu wojny Anglicy szybko zapomnieli o tym, co zawdzięczają Józefowi Kosackiemu, tak jak zapomnieli o wszystkich polskich żołnierzach na Wyspach Brytyjskich. W 1945 r. w Paradzie Zwycięstwa w Londynie zabrakło tylko Polaków.

Józef Kosecki znalazł pracę w Londynie w Stacji Badawczej Poczty Brytyjskiej, projektując zaawansowane systemy telekomunikacyjne. Nie doczekał się żadnej nagrody – choćby za El Alamein. Gdyby udzielił Anglikom darmowego patentu wyłącznie na czas wojny, opływałby w luksusy, gdyż jego udoskonalony wykrywacz min używany był w brytyjskiej armii aż do lat 90.

Kosacki zdecydował się na powrót do Polski w 1947 r. dzięki bliskiemu koledze – prof. Januszowi Groszkowskiemu, który za punkt honoru postawił sobie ściągnięcie do kraju tak wybitnego wynalazcy. Na szczęście w życiorysie Kosackiego po powrocie do kraju nie znajdujemy nic o szykanach ze strony komunistów. Powrócił do przedwojennego miejsca pracy w Warszawie, na to samo stanowisko, a po reorganizacji pracował w Przemysłowym Instytucie Telekomunikacyjnym jako kierownik Zakładu Transmisji Przewodowej. Od 1956 r. w Instytucie Badań Jądrowych kierował bardzo nowatorskimi pracami, m.in. nad wielokanałowymi analizatorami amplitudy i czasu. Równolegle był też kierownikiem Katedry Urządzeń Łączności Przewodowej WAT.

Profesor Józef Stanisław Kosacki zmarł w 1990 r. w Warszawie. Został pochowany na Cmentarzu Bródnowskim. W 2005 r. Wojskowy Instytut Techniki Inżynieryjnej we Wrocławiu przyjął jego imię. Tam też można zobaczyć jedyny prototyp polskiego wykrywacza min oraz oryginalny mundur Józefa Kosackiego. To godne upamiętnienie, choć wydaje się, że równie dobrze pod El Alamein mógłby stanąć jego pomnik. Jeśli kiedykolwiek tak się stanie, to jednego możemy być pewni – Anglicy nie dołożą do niego ani pensa.


Wszystkie fotografie – domena publiczna (Wikipedia)
Poprzedni artykułCzy ryneczki „prosto od rolnika” podbiją nasz kraj?
Następny artykułPrzedsiębiorcy dociskani i dobijani ze wszystkich stron, potrzebują szybkiej i skutecznej pomocy