Rzeczywistość to kantor, w którym wymieniamy różne rodzaje kapitału. Mundial pokazał, że petrodolary katarskich szejków chodzą po dużo niższym kursie, niż mogło się to wydawać.

O tym, ile pieniędzy mały ale zamożny w złoża Katar włożył w organizację finałów mistrzostw świata w piłce nożnej wiemy już chyba wszyscy i pewnie mało komu ta kwota w ogóle mieści się w głowie, choć niektórzy dziennikarze śledczy zapewniają, że znają takich, którym jej duże kawałki zmieściły się w kieszeniach. Oczywiście władzom Kataru nie zależy na tym, aby w swoim kraju promować futbol tylko dla sportu, może co najwyżej przy okazji, choć pamiętajmy, że Katarczycy w 2019 r. zdobyli Puchar Azji w piłce nożnej. Tak jak wiele konferencji robi się dla networkingu w kuluarach, bo tak naprawdę to jest ciekawe dla ich uczestników i organizatorów, tak samo zawody sportowe, w dodatku tej rangi, mają wiele swoich celów i nie warto dać się zwieść zapewnieniom, że liczy się tylko piłka. No chyba, że jako pretekst.

Popatrzmy na sytuację Kataru jako aktywnego międzynarodowego gracza. Takiego, który już lata temu zadbał o to, aby głos stacji Al-Dżazira był słyszalny globalnie i który prowadzi swoje własne regionalne rozgrywki – polityczne, nie tylko sportowe. Przypomina on inne azjatyckie państwo, jakże odległe geograficznie i kulturowo, ale jednak mające pewną zbieżną cechę. Jest nią wymuszona przez okoliczności umiejętność manewrowania między większymi od siebie. To odległe państwo to Korea Południowa nazywaną krewetką wśród wielorybów, bo kiedy ma się za najbliższe otoczenie Chiny, Rosję, Japonię i militarnie obecne w regionie USA, to trzeba się nieźle nagłowić, aby przetrwać a potem się rozwijać. Podobnie ma Katar. Zatoka Perska to region, w którym dzieje się sporo, bliskość Arabii Saudyjskiej i Iranu,  oddziaływanie Turcji a także graczy globalnego, a nie regionalnego formatu wymusza przemyślne strategie i operacyjną przebiegłość. I w tym kontekście trzeba widzieć zabiegi o organizację mundialu. Jest to element polityki zagranicznej i robienie jej za pośrednictwem piłki.

Katarczycy patrzą bowiem dalej niż do końca zawodów i zdają sobie sprawę z tego, że popyt na złoża naturalne może być różny, zielona rewolucja w gospodarce może zaszkodzić ich wpływom i że trzeba budować różne kapitały, bo finansowy to nie wszystko. Są to zresztą ważne postulaty i w kraju, który cierpi na brak dalekosiężnej wizji, mówię tu o mojej Polsce, moglibyśmy nauczyć się tego, że istnieje horyzont czasowy dalszy niż ten wyznaczony na rozdanie piętnastej emerytury. Mundial ma poniekąd kupić zainteresowanie, pozwolić się ograć widowni zawodów z krajem, wejść na mapę nie tylko geograficzną, ale też wyobraźni, bo póki co władze Kataru mogą być autorytetem tylko w części swojego regionu. To już bardzo dużo, ale przecież lepiej, kiedy ma się więcej.

To więcej, którego brakuje Katarowi, to kapitał uznania, dobra marka i brand. Można by wysiłki w jego pozyskiwaniu porównać do naszych jednostkowych i ludzkich zmagań, mniej lub bardziej świadomych, nad budowaniem kapitału kulturowego. Przyznanie organizacji tak dużej imprezy można porównać do uzyskania potwierdzenia tego, że dany kraj zna pewne formy zachowań, że może rządzą tam ludzie ubrani inaczej niż my i wyznający inny system wartości – ale jednak z nami jakoś kompatybilni.

To wrażenie jednak łatwo się rozpada i prowadzi do konkluzji zaznaczonej we wstępie. Pieniądze mogą dużo, ale nie aż tyle. Łatwo je zarobić, kiedy siedzi się na złożach, trudniej wydać w taki sposób, aby faktycznie pokazać, że jest się „swój”. Katarscy szejkowie przypominają mi bardziej bohaterów filmu Woodego Allena „Drobne cwaniaczki”, w którym to tytułowa grupa organizuje przykrywkę pod swój plan włamania do banku. Aby nie dać się złapać, urządzają oni w budynku, z którego prowadzą podkop, ciastkarnię. Okazuje się, że pomysł skoku na bank był pomyłką, interes z ciastkami idzie za to świetnie i powoduje awans finansowy niedoszłych rabusiów. Nie potrafią oni jednak wkupić się w towarzystwo, bo tak naprawdę nie znają pewnych form zachowania. Mają pieniądze, ale problemem staje się ich zgodna z ustalonym kodem konsumpcja. Posiadanie strategii, używanie różnych narzędzi w celu budowy swojej powagi – to jest ważne, ale chodzi jeszcze o wykonanie.

Katarczyków można zobaczyć więc jako bogaczy, którzy pieniędzmi usiłują przykryć nieznajomość pewnych reguł. Emblematyczne dla tych mistrzostw będą więc śmieszne w swej groteskowości kłótnie o picie piwa albo noszenie takich lub innych opasek przez kapitanów zespołów. Piłka nożna ma jednak kibiców nie tylko w Europie, czy jakby nie patrzeć, dzielącej z nami wiele wspólnego Ameryce, nawet jeśli przede wszystkim tej na południe od Rio Grande. To, że dla nas „kurs walutowy” tak wygląda, jak wygląda, nie znaczy, że Katar nie zyska wizerunku gdzie indziej. Własny region to oczywisty teren ekspansji robionej urokiem, ale jest jeszcze przecież wielu muzułmanów poza Zatoką, dochodzi też Afryka. Spekulacje z tego akapitu rozjaśni przyszłość. A Europejczycy? Zapamiętają Katarczyków jako ludzi nawet jeśli bogatych, to jednak obcych, emanujących regułami, jakie nie są nasze. Z drugiej strony, czy poznanie się w niekonfrontacyjny sposób i lepsze zrozumienie, że nie ma między nami głębszych relacji i wspólnoty wartości, nie jest jedyną zaletą zrobienia mundialu w Katarze? Może on wyglądać atrakcyjnie na zdjęciach dodanych na Instagram, ale wyobrażenie o „fajnym kraju” było i będzie krótkotrwałe. Magia Kataru nie zadziałała na Zachodzie. Ale to dobrze. Okazuje się, że mamy jeszcze jakieś zasady.

Nie to co FIFA.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułKto jest największym beneficjentem wspólnego rynku?
Następny artykułFundacja rodzinna coraz bliżej. Co to takiego?