Znacznie szybciej, niż się można było spodziewać, dopadają nas fatalne skutki realizacji unijnego wariactwa energetyczno-klimatycznego, które w przypadku Polski polega na odchodzeniu od źródeł energii, które się ma, na rzecz źródeł energii, których się nie ma.

Tomasz Cukiernik

W Suszczu koło Pszczyny kosztem 1 mld zł właśnie zasypano szyby kopalni „Krupiński”, a naziemne obiekty zniszczono, mimo że w złożu jest 700 mln ton węgla kamiennego. Polskie władze od lat bez protestów i zastanowienia się realizują wymuszoną przez Brukselę, a narzuconą przez Berlin niekorzystną dla nas politykę, która polega na rezygnacji z bezpieczeństwa energetycznego opartego o węgiel na rzecz gazu ziemnego, którego nie mamy, i odnawialnych źródeł energii w postaci wiatru i słońca, które z istoty rzeczy same nie są pewnym ani stabilnym źródłem energii i potrzebują wspomagania energią konwencjonalną. Rezygnujemy z węgla kamiennego i brunatnego, których polskie zasoby starczyłyby nam na kilkaset lat na rzecz gazu, najpierw importowanego z Rosji, a teraz z innych kierunków. Do tego dochodzi kosztowna dla koncernów energetycznych zabawa w OZE i europodatki nałożone na węgiel, co wraz z wojną na Ukrainie winduje ceny energii elektrycznej o kilkaset (!) procent.

PiS jest partią, która zrobi wszystko, by zadowolić i udobruchać wyborców, kosztem wyższej inflacji czy dalszego zadłużenia przyszłych pokoleń Polaków. Dlatego by ratować portfele Polaków (a przede wszystkim zabezpieczyć głosy własnych wyborców), rząd PiS proponuje różne formy wsparcia odnośnie ogrzewania przed nadchodzącą zimą. Najpierw uchwalono dofinansowania na zakup węgla dla gospodarstw domowych w wysokości 3000 zł. Od 500 zł do 3000 zł mają też dostać gospodarstwa domowe spalające m.in. pelet drzewny, brykiet, olej opałowy, ziarna zbóż czy skroplony gaz LPG. Z kolei podwyżki opłat za ogrzewanie sieciowe nie będą mogły być wyższe niż 40 proc.

W przypadku dopłat do węgla nie będzie to wielka ulga dla gospodarstw domowych. Przy aktualnej detalicznej cenie tego surowca na poziomie około 3,5 tys. zł gospodarstwo domowe w mieście, które zużywa około 4 ton węgla na rok, będzie musiało wydać na węgiel około 14 tys. zł, z czego 3 tys. zł pokryje państwo, a 11 tys. zł ludzie będą musieli zapłacić sami. Jeszcze gorsza jest sytuacja na wsi, bo przeciętne gospodarstwo rolne potrzebuje na rok około 6 ton węgla, czyli będzie to wydatek ok. 21 tys. zł, z czego 18 tys. zł rolnicy będą musieli zapłacić sami.

Nie wiadomo jeszcze, jak zostanie rozwiązana sprawa najtrudniejsza i najbardziej kosztowna, czyli kwestia ogrzewania mieszkań gazem ziemnym. Jego światowa cena notuje kolejne rekordy i gaz na giełdzie jest ponad cztery razy droższy niż wynosi taryfa dla gospodarstw domowych. Przy aktualnych cenach tego surowca koszt ogrzewania domu wzrośnie pięciokrotnie (!) z około 5 do 25 tys. zł. Niewiele gospodarstw domowych byłoby stać na to, by sfinansować takie podwyżki. To oznacza znacznie większy poziom dopłat, jeśli ma nie dojść do buntu społecznego. Gdyby nie wkroczyło w to państwo swoim szkodliwym interwencjonizmem i przynajmniej częściowo i tymczasowo nie przejęło tego obciążenia, to z pewnością ludzie ze swoich zimnych domów wyszliby na jeszcze zimniejsze ulice. O ile wszystkie dotychczasowe dodatki (bez gazu) łącznie będą kosztowały finanse publiczne w przyszłym roku około 20 mld zł, to już koszt zamrożenia cen gazu dla 2 mln gospodarstw domowych (oraz odbiorców takich jak szpitale, placówki edukacyjne czy ośrodki kultury) szacuje się na 46 mld zł.

Będziemy mieli do czynienia ze zrujnowaniem finansów publicznych, gospodarstw domowych, ale i firm. Gospodarka już cierpi z powodu znacznego wzrostu cen gazu. Piekarnie i inne małe zakłady podnoszą ceny swoich produktów. Rekordowe ceny gazu spowodowały, że Cerrad, polski producent płytek ceramicznych ze Starachowic, zdecydował o wstrzymaniu trzech z siedmiu linii produkcyjnych i pracę ma stracić 350 osób. Z tego też powodu produkcję nawozów sztucznych wstrzymują zakłady azotowe. Efektem będą nie tylko mniejsze dochody z eksportu nawozów, ale i widmo głodu, bo zabraknie ich na polskich polach (Bruksela utrudnia import nawozów spoza Unii). To wywołuje efekt domina: jak poinformowała „Rzeczpospolita”, w szoku jest branża spożywcza, zwłaszcza branża mleczarska, mięsna i browary, które potrzebują dwutlenku węgla z zakładów azotowych do własnej produkcji. Niektóre browary już ogłosiły wstrzymanie produkcji piwa. Z dwutlenku węgla wytwarza się też tzw. suchy lód (zestalony dwutlenek węgla) wykorzystywany przez handel do przechowywania i transportowania w chłodniach niektórych produktów spożywczych. To wszystko oznacza jedno: podwyżki cen.

Największą ofiarą własnej polityki gazowej będą Niemcy, które już teraz wdrażają plan mający na celu ograniczyć zużycie surowca przez instytucje publiczne i osoby prywatne. Budynki użyteczności publicznej będą ogrzewane do 19 stopni Celsjusza i zostanie zakręcona w nich ciepła woda. Jednak na pewno nie powinniśmy się cieszyć z faktu, że gospodarka niemiecka, znacznie bardziej uzależniona od importowanego gazu ziemnego z Rosji, jest w jeszcze większych tarapatach niż gospodarka polska. A to dlatego, że to nasz główny partner handlowy i załamanie się jego gospodarki uderzy również w naszą. Tak więc na zbliżające się wielkie załamanie gospodarcze w Polsce pracują nie tylko wysokie ceny surowców i energii elektrycznej, ale i potencjalne problemy gospodarek współpracujących.

Kto jest winny tej sytuacji? Na pewno nie jest winny zimny ruski czekista Putin. Przecież gdybyśmy korzystali z własnych surowców, to nie byłoby zagrożenia wstrzymaniem importu tych surowców. Zresztą sankcje na Rosję Unia Europejska wprowadziła sama. Są to de facto sankcje na nią samą. Tymczasem już nawet eurokraci otwarcie przyznają, że winnymi kryzysu surowcowo-energetycznego na skalę europejską są właśnie Niemcy i ich wariactwo klimatyczne narzucone całej Unii Europejskiej, które w podskokach realizują wszystkie kolejne polskie rządy, w tym przede wszystkim ten aktualny. „Ludzie borykający się z niebotycznymi rachunkami za energię powinni pamiętać, że są one wynikiem niemieckiej ideologii zwanej Energiewende, której celem jest zniszczenie energii jądrowej i paliw kopalnych. Strategia ta jest realizowana w całości lub częściowo również przez inne rządy europejskie. Kryzys na Ukrainie tylko zaostrzył ten problem, ale to nie Władimir Putin wymyślił kryzys, w którym pogrążyły nas Niemcy. Ceny energii zaczęły rosnąć już we wrześniu 2021 roku, pięć miesięcy przed wybuchem wojny. Jesteśmy ofiarami niemieckiej polityki Energiewende i związanego z nią uzależnienia od importu rosyjskiego gazu” – bez owijania w bawełnę napisał w artykule opublikowanym na portalu informacyjnym Brussels Report Samuele Furfari, urzędnik Komisji Europejskiej w latach 1982–2018 zajmujący się kwestiami energii i emerytowany profesor Wolnego Uniwersytetu Brukselskiego.

Najgorsze jest to, że Bruksela już nawet nie uczy się na swoich błędach. Nadal chce wdrażać walkę z globalnym ociepleniem, nie wiadomo w zasadzie jak wielkim kosztem gospodarczym i społecznym. W ramach planu REPowerEU UE gaz chce zastąpić… OZE. Raport WEI zauważa, że „plan Komisji nie zawiera propozycji, w jaki sposób unijna energetyka ma poradzić sobie z tzw. duck curve (krzywą kaczki), czyli dużą generacją w ciągu dnia, mniejszą rano i wieczorem oraz zerową w nocy”. Nie wiadomo też, jakimi źródłami energii – po wyeliminowaniu gazu i węgla oraz blokowaniu atomu – wiatraki i fotowoltaika będzie wspomagana. Krótkookresowo Bruksela zamierza zachęcać ludzi do zmniejszenia zapotrzebowania na ciepło i energię m.in. poprzez… obniżenie prędkości na autostradach. To są pomysły z kosmosu. Widać wyraźnie, że jesteśmy w rękach wariatów. A zima coraz bliżej…

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułKonieczna demonopolizacja energetyki
Następny artykułPolskie firmy radzą sobie lepiej niż w roku ubiegłym