Politycy Zjednoczonej Prawicy oficjalnie nie podają konkretnie nowej daty wyborów prezydenckich. Mówią o „drugiej połowie czerwca” albo „przełomie czerwca i lipca”. W grę wchodzą zatem 21 czerwca, 28 lub 5 lipca. Według naszych informacji, prezes PiS chciałby, aby wybory głowy państwa odbyły się w niedzielę 21 czerwca, czyli jak najszybciej. W przyszłym tygodniu odpowiednie ustawy maja trafić do Sejmu. Oczywiście po przegłosowaniu pakietu, ustawy trafią do Senatu. Ten ma 30 dni na prace oraz głosowanie.

– Senat wykorzysta te 30 dni. To jest jasne – mówi nam bliski współpracownik marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego.

Z tym PiS się liczy, jednak większa obawa do terminu dotyczy kwestii technicznych głosowania. Chodzi o to, aby były one jak najbardziej bezpieczne co do możliwości identyfikacji głosujących oraz możliwych nieprawidłowości w dostarczaniu kart do głosowania, a następnie ich liczeniu.

– Będziemy chcieli przywrócić rolę PKW do procesu przeprowadzenia wyborów, a także wzmocnić powszechność i tajność – zapowiedziała wicepremier, minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. – Chodzi o to, by pakiety wyborcze trafiły do wyborców, aby byli oni poprawnie zidentyfikowani w miejscu ich zamieszkania i mogli oddać głosy tam, gdzie znajdowały się obwodowe komisje wyborcze.

Te „technikalia”, jak mówią politycy PiS, to największe wyzwanie, jeśli chodzi o przeprowadzenie głosowania 21 czerwca tak, aby nie doszło do żadnych nieprawidłowości lub problemów, które mogłaby natychmiast wykorzystać opozycja.

Ale obecny czas to także wielkie napięcie w łonie koalicjantów. Zgoda Kaczyńskiego na pakiet z Gowinem podyktowana była przymusem: prezesowi PiS i jego ludziom nie udało się bowiem wyłuskać spośród „gowinowców” tylu posłów, ile wystarczyłoby do storpedowania planów blokady głosowania. Gowin postawił Kaczyńskiego w sytuacji szantażu. Tak trudno Kaczyński nie miał jeszcze od czasu początku obecnych rządów jego ugrupowania. Politycy PiS przyznają, że de facto znaleźli się w sytuacji braku większości, który przy każdym głosowaniu w Sejmie będzie rodził kryzys. Nie szczędzą gorzkich słów pod adresem Gowina. Mówią o „szantażyście”, z którym prezes PiS był zmuszony negocjować. A, jak dodają, „umowy z szantażystą obowiązują tylko na chwilę”. PiS musi teraz bardziej intensywnie niż do tej pory szukać posłów z innych ugrupowań, którzy poparliby ich w razie zagrożenia, by „mieć zapas” kilku głosów. Łatwe to nie będzie.

Dodatkowo jeszcze wypuszczane są plotki o zmianie kandydata, czyli Andrzeja Dudy na premiera Mateusza Morawieckiego, co też obozowi władzy nie służy do utrzymania jedności i dyscypliny. – Dobrze, że i po stronie opozycji też jest mowa o zmianie kandydatki i wycofaniu Kidawy-Błońskiej, która w tej kampanii dała kompletną plamę – dodaje inny polityk z PiS.

Co nas zatem czeka? Ano bój PiS o przeprowadzenie jak najszybszych wyborów i reelekcję Andrzeja Dudy. W innym wypadku Jarosław Kaczyński gotów jest na przyspieszone wybory parlamentarne.