Jeśli potrzebujemy więcej pieniędzy na zbrojenia – a potrzebujemy – to tnijmy gdzie indziej. Przede wszystkim w socjalu. Co będzie miało i tę zaletę, że przełoży się na niższą inflację: im mniej pieniędzy w obiegu, tym mniejszy impuls inflacyjny – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Od dwóch osób usłyszałem niedawno słowo „krach” w kontekście polskiej sytuacji finansowej i gospodarczej. Z kontekstu wynikało, że przez krach rozumieją sytuację, gdy inflacja wymyka się całkowicie spod kontroli i sięga poziomu tureckiego (w marcu rok do roku ponad 61 proc.), a złotówka w relacji do głównych walut ma status śmieciowy, co w sumie oznacza, że ludzie tracą oszczędności, jeśli jakiekolwiek jeszcze mieli, państwo nie jest w stanie obsługiwać swojego długu denominowanego w twardej walucie ani też go rolować, bo nikt nie kupi obligacji bankruta. Za tym idzie oczywista stagnacja gospodarcza, ucieczka inwestorów – słowem cały gospodarczy Armagedon, który od czasu do czasu zdarza się tu czy tam. Zawsze jednak ma źródła wewnętrzne, niemal nigdy nie zewnętrzne.

Jeden z moich rozmówców to ekspert finansowy, który wciąż twierdził, że taki scenariusz nie jest najbardziej prawdopodobny. Drugi to prawnik, który mówił o nim niemal jak o pewniku. Oczywiste jest, że żaden głównonurtowy ekonomista, mający choć trochę poczucia odpowiedzialności, nie powie głośno o takim scenariuszu jako realnym, bo tworzyłby samospełniającą się przepowiednię. Tego typu oceny natychmiast zaczynają rezonować na rynkach spekulacyjnych i mogą zaowocować przede wszystkim odwrotem od złotówki, a więc jej kolejną znaczącą deprecjacją, co musiałoby się przyczynić do inflacji z powodu kosztów zakupu surowców. Szczególnie po ewentualnej szybkiej rezygnacji z zakupu tychże w Rosji.

Nie muszę chyba dodawać, że entuzjaści pomagania Ukrainie „za wszelką cenę” zwykle nie mają kompletnie oglądu dramatyzmu sytuacji polskich finansów lub udają, że nic się nie dzieje. Tymczasem są to naczynia połączone. Za najnowszą oficjalną ocenę kosztów przyjmowania uchodźców ze wszystkimi korzyściami socjalnymi tylko w 2022 r. można uznać sumę 11 mld euro, wymienioną przez premier Morawieckiego w liście do Ursuli von der Leyen. Mowa więc o minimum 50 mld zł, czyli sumie równej całości rocznych wydatków na 500 Plus. Rząd coraz głośniej pokrzykuje w kierunku UE, że nas na to nie stać, ale Unia ma te pokrzykiwania gdzieś, co nie powinno być żadnym zaskoczeniem i było łatwe do przewidzenia.

Warto tu przypomnieć, jak zaczął się kryzys finansowy w Grecji w 2010 r. Otóż okazało się, że grecki rząd, który zapożyczał się na potęgę, zwyczajnie kłamał w kwestii wielkości swojego zadłużenia i rzeczywistej kondycji greckich finansów publicznych. Komuś zależało, żeby międzynarodowe rynki finansowe zaczęły się temu bliżej przyglądać zaraz po globalnym kryzysie finansowym – nie rozstrzygam, komu – a gdy zaczęły, zaczęła się też panika, bo okazało się, że Grecja wprawdzie kolosem nie jest, ale na pewno stoi na glinianych nogach. W 2014 r. dług publiczny Grecji sięgał 175 proc. PKB. Gdy kryzys się zaczynał, był niewiele niższy. Grecja do dzisiaj nie wygrzebała się w pełni z tamtych problemów. Czy nam to czegoś nie przypomina?

Polski dług publiczny ma konstytucyjną granicę 60 proc. do PKB i o zniesienie tej granicy, przynajmniej gdy idzie o wydatki na obronność, walczy teraz rząd. Miejmy nadzieję, że mu się ta walka nie uda, ponieważ dotychczasowe niesamowicie luźna polityka finansowa nie sprawia, że chce się go obdarzyć kredytem zaufania. Jeśli potrzebujemy więcej pieniędzy na zbrojenia – a potrzebujemy – to tnijmy gdzie indziej. Przede wszystkim w socjalu. Co będzie miało i tę zaletę, że przełoży się na niższą inflację: im mniej pieniędzy w obiegu, tym mniejszy impuls inflacyjny.

Państwowy dług publiczny, liczony oficjalnie, to pod koniec ubiegłego roku najwyższa w historii suma 1,15 bln zł. Ale to już dawno fikcja, bo rząd PiS regularnie wypychał kolejne ogromne sumy z budżetu do funduszy celowych. Różnica między długiem oficjalnym a tym liczonym według tzw. kryteriów z Maastricht (metodologia UE) to obecnie 260 mld zł, czyli aż 10 proc. PKB z 2021 r.

Wciąż jesteśmy daleko od poziomów greckich z momentu kryzysu. Ze względu na dotychczas względnie szybki wzrost gospodarczy malała proporcja naszego zadłużenia do PKB (uwaga: niektórzy nie rozumieją, że spadek relacji długu do PKB nie oznacza spadku nominalnej sumy zadłużenia; ona może w tym samym czasie rosnąć i tak było u nas!). Gdyby jednak wliczyć do oficjalnego zadłużenia wszystkie sumy wypchnięte poza budżet, mielibyśmy już sytuację zakazaną przez konstytucję. A przypomnijmy, że z ustawy zasadniczej wynika, że gdyby złamany został jej art. 216 ust. 5., rząd musiałby przedstawić budżet bez deficytu (zrównoważony lub z nadwyżką). To oznaczałoby radykalne cięcia i zapewne nieuchronny wzrost podatków.

Jasne jest, że część naszych problemów ma źródła poza Polską. Część, ale nie wszystkie, zapewne nawet nie większość. To, co dzisiaj się nam przydarza, to skutek bardzo niestety konsekwentnie prowadzonej polityki ekonomicznej po 2015 r. I oby nie skończyło się jak w Grecji czy nawet Turcji.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułNa Zachodzie badają, czy można (i czy byłoby to opłacalne) nałożyć sankcje również na Chiny
Następny artykułPrezes ZBP: „Mrożenie WIBOR i rat kredytowych jest złe, bo działa proinflacyjnie”