Poglądy polityczne i ich okolice lubią chodzić w grupach i przedstawiać się jako kompletne zbiory. Wzbudzanie zamieszania pomiędzy nimi to nie tylko przyjemność, ale też pożyteczna praca. Omawiam ją na przykładzie sobie najbliższym.

LibertyCon Europe 2022 był moim planem, naprawdę zresztą udanym, na spędzenie niedawnego weekendu. Libertariańska konferencja organizowana w Pradze na ponad siedemset osób brzmi nieźle, tym bardziej dla kogoś, kto tak jak ja jest libertarianinem i to w dodatku zaangażowanym w budowę ruchu już od kilkunastu lat. Krytycy libertarianizmu niekiedy zarzucają nam zamiłowanie do uproszczeń. Potencjalnym czytelnikom tego felietonu którzy chcieliby zarzucić ten nawyk także mi – od razu więc uproszczę sprawę. Dawno niewidziany kolega z ruchu zapytał się mnie o to, czy jestem optymistą, jeśli chodzi o obecną politykę w Polsce. Jako że pytanie padło podczas obiadu, nie miałem czasu na sążnisty wykład. Mojemu znajomemu musiało wystarczyć ogólne zarysowanie sprawy. Powiedziałem mu, że rządząca u nas koalicja chce moich pieniędzy dlatego, że są patriotami, a opozycja dlatego, że są Europejczykami. Są rzecz jasna i większe różnice, a nawet niekiedy szlachetne odstępstwa od normy, ale z lotu ptaka tak to właśnie wygląda.

David Friedman, teoretyk prawa i libertarianin mający do przekazania zdecydowanie więcej niż tylko historie o swoim ojcu, powiedział kiedyś, że poglądy partii politycznych są zszytymi przez historyczny przypadek strzępami różnych tradycji. Partiom oczywiście zawsze będzie zależeć na tym, aby swoje poglądy przedstawić jako oczywiste i jedynie słuszne, nawet – to już smutna choroba polityki, niestety częsta – jedyne moralne. Zależy im też, to już jest mniej intuicyjne, na pokazywaniu poglądów swoich przeciwników politycznych jako jedynie możliwej alternatywy, oczywiście zawsze gorszej od swojej własnej propozycji.

To rzecz jasna bardzo lubią polityczni chuligani czyli zwolennicy partii politycznych, którzy ze względu na swoje emocjonalne zaangażowanie i identyfikację z ulubionym stronnictwem w taki sposób filtrują informacje, aby utwierdzać się w przekonaniu o słuszności wyznawanych barw. Porównania do świata kibicowskiego nie są tu wcale nie na miejscu i Jason Brennan w książce Against Democracy opisującej różnorodne problemy z tym ustrojem, chętnie ich używa. To właśnie te kategorie wyborców, zainteresowanych uczestniczeniem w spektaklu walki dobra ze złem, w doskonały sposób spychają politykę w otchłań. Jednocześnie to oni są politycznie najbardziej zaangażowani. Jako najbardziej głośni są najchętniej obsługiwani przez działających na rzecz ich satysfakcji polityków.

Niekiedy takie klastry udaje się obnażyć, dużo rzadziej rozsadzić, pokazać miejsca zszycia i zaproponować nowe polityczne alternatywy. Albo choćby materiał pod ich przyszłą budowę. Polityczni chuligani nie lubią tego. To wprowadza zamieszanie w ich egzystencję i powoduje powstanie pytań, a przecież wszystko miało być takie proste.

Libertariańska konferencja, na której byłem, nie miała ambicji politycznych. Było to spotkanie formacyjne, networkingowe, pokazujące przekrój debaty widzianej z perspektywy konsekwentnych zwolenników wolności i pozwolenie im, aby wymienili się swoimi opiniami co do spraw, jakie są obecnie najważniejszymi trendami. Chodzi tu przede wszystkim o wojnę na Ukrainie, pandemię, inflację i związane z nią rysujące się globalne spowolnienie gospodarcze.

LibertyCon służył więc czemuś innemu niż pogoń za głosami, ale między innymi też i temu, aby opinie spoza obecnego wąskiego kręgu rozwiązań uznawanych za bezalternatywne były lepiej słyszalne. Inaczej pisząc, lepiej widoczni libertarianie to większa szansa na to, że taka lub inna partia będzie zainteresowana realizacją naszej agendy. Albo nawet zrobią to ci libertarianie, którzy będą zaangażowani w politykę i zainteresowani pracą w niej.

Bo libertariański przekaz zupełnie wymyka się dzisiejszym kategoriom, zdominowanym przede wszystkim przez ukształtowane przez historyczne przypadki prawicę i lewicę. Libertarianie nie są po żadnej ze stron tego podobno że uniwersalnego sporu. Libertarianin nie zadaje sobie bowiem pytania o to, czy jego postępowanie umacnia czy też osłabia uświęconą przez tradycję hierarchię (prawica) lub też tych, którzy chcą się jej pozbyć (lewica). Libertarianin konsekwentnie opowiada się za wolnością i jego sojusznikami lub przeciwnikami, zależnie od kontekstu, mogą to być tak prawicowcy, jak i ich lewicowi adwersarze. Jasnym jest przy tym, że posadzenie trzeciego gracza do stolika dla dwóch psuje tym dwóm grę, a ich kibicom humor. I właśnie dlatego warto siadać do tego stolika, szczególnie wtedy, kiedy obie strony prowadzą grę w sposób zły, a kibice zatracili się w swoich zachowaniach.

Ale i sami libertarianie zmieniają się i wychodzą ze swojego klastra. Bardzo mnie to cieszy. W czasach, kiedy miałem włosy dużo dłuższe niż dzisiaj, dominantą libertariańskiego myślenia było naśladownictwo koła naukowego czyli przeważnie bardzo merytoryczne – i bardzo potrzebne referaty na temat teorii ekonomii, teorii polityki i jej filozofii. Obecnie swój osąd opieram po kompozycji paneli i wystąpień z LibertyConu, które można uznać za reprezentatywne, to w końcu największa taka konferencja na naszym kontynencie, widać, że udało nam samym spruć nasze własne szwy. Te niesamowicie ważne i istotne teoretyczne zagadnienia są z nami nadal, ale już w proporcji pozwalającej zainteresować się ideą także tym, którzy mają predylekcję do marketingu, inwestowania, sztuki czy czegoś innego niż akademickie rozważania. Jako zwolennika tych ostatnich – bardzo mnie to cieszy.

Marcin Chmielowski

*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułW Wielkiej Brytanii zostanie otwarta kopalnia węgla
Następny artykułRząd szykuje nowe podatki?