Niczego nie nauczyły nas ciemne czasy transformacji ustrojowej, kiedy to możni panowie za bezcen handlowali polskim majątkiem narodowym. W ostatnich 30 latach straciliśmy polskie cukrownie, stocznie, skupy rolne. Rozdawaliśmy Niemcom, Ukraińcom, Chińczykom – wszyscy oni uwili sobie nad Wisłą ciepłe gniazda. Teraz mamy Rosji pozwolić przejąć intratny polski biznes. Różnica między dawnymi przejęciami a tym, jaki szykuje nam polityczna rzeczywistość jest taka, że Rosja wcale się z tym nie kryje. Ba! Rządzący temu pomysłowi przyklaskują!

fot. archiwum Związku Polski Przemysł Futrzarski

W ubiegłym tygodniu na łamach kaliningradzkiego oddziału rosyjskiego resortu rolnictwa pojawił się przedruk artykułu, który ukazał się pierwotnie w „Komsomolskiej Prawdzie”. Teks miał nakłonić rosyjskich rolników do masowego inwestowania w hodowle zwierząt futerkowych. Dlaczego? Ponieważ już niedługo na tym rynku pojawić ma się niespotykana dotąd luka między popytem a podażą.

Rosjanie przypominają, że wszystko rozpoczęło się od głupoty duńskich polityków. Ci, kierując się koronawirusową histerią, zlikwidowali całe pogłowie norek amerykańskich w swoim kraju. Dla rynku ruch ten ma niebagatelne znaczenie, ponieważ Dania była największym dostawcą skór zwierząt futerkowych na świecie. Błędy Duńczyków – w wyniku których poleciały zresztą głowy, bo teki pozbawiony został decyzyjny wówczas minister rolnictwa – zaowocowały tym, że światowym liderem stał się drugi dotychczas producent, czyli… Polska.

Jak w takiej sytuacji powinien zareagować odpowiedzialny rząd? Rząd, który szuka pieniędzy, gdzie się da, żeby jakkolwiek załatać dziurę spowodowaną ekonomicznymi skutkami pandemii koronawirusa? Powinien zrobić wszystko, aby taką perełkę (nie mamy aż tak wielu branż, w których jesteśmy najlepsi na świecie) wspomóc, chwalić się nią i sprawić, aby na pozycji światowego czempiona tę branżę okopać, ugruntować i ustabilizować jej pozycję. Nasz rząd postąpił jednak zgoła inaczej, wyciągając pomocną dłoń do potrzebujących pieniędzy rosyjskich hodowców, a zarazem wbijając nóż w plecy polskim rolnikom.

Polski święty Mikołaj

W ostatnich dniach czerwca Polski rząd poparł notę, złożoną przez Niemców i Holendrów, która wzywa Komisję Europejską do podjęcia wszelkich działań celem wygaszenia hodowli zwierząt na futra na terytorium całej Unii Europejskiej. Rzecz jasna oficjalnym komunikatem polskich polityków, których reprezentował – a jakże – minister Grzegorz Puda, nie była niechęć względem tej konkretnej gałęzi hodowli. Było nią natomiast gigantyczne zagrożenie, jakie hodowle norek stanowią dla zdrowia publicznego. Chodzi tu o fakt, że norki roznoszą koronawirusa, który – przez te właśnie norki – ma być super śmiertelny. „Fakt” powinien tu zostać wzięty w wielki cudzysłów, ponieważ na niemal 1000 ferm działających w Polsce koronawirusa wykryto na… trzech.
Nie ma też absolutnie żadnych danych jakoby w miejscowościach, w których znajdują się fermy miało dochodzić do większej liczby zakażeń niż gdziekolwiek indziej. Mało? Na rynku od kilku miesięcy dostępna jest szczepionka, która chroni norki przed koronawirusem. Hodowcy zabiegają o możliwość zaszczepienia zwierząt, aby uniknąć zagrożenia, jakie stanowi ich przymusowe wybicie (bez prawa do odszkodowania), co miało już miejsce na Lubelszczyźnie i na Kaszubach. Nikt nie musiał ich także nakłaniać, aby samodzielnie sfinansowali szczepionki.
A zatem: szczepionki są, pieniądze na nie są, a rząd… nie zgadza się na ich użycie. Mimo tego, że choćby w USA czy Rosji hodowcy mają obowiązek szczepienia swoich zwierząt. Skąd ta niechęć resortu rolnictwa? Można się domyślać.

Ciekawe, czy podobnie oponować będą już niedługo, kiedy w mediach szeroko rozniosą się wyniki badań naukowców z Utrechtu, którzy stwierdzili, że potencjalnymi groźnymi nosicielami SARS-CoV-2 są psy i koty. Ministerstwo nie ma oporów, żeby wybijać norki, czy tak samo będzie z pupilami, w których zakochani są niektórzy politycy? Na pewno – przecież nikt nie chce być posądzony o hipokryzję.

Ale do świętego Mikołaja wracając… poparcie niemiecko-duńskiej noty to działanie wprost prorosyjskie, ale nie tylko. Tajemnicą, o której nie wolno mówić głośno jest fakt, że wprawdzie Zieloni zakazali w Holandii hodowli zwierząt na futra, ale sami hodowcy nie pozostali bezrobotni. Ba! Oni się nawet nie przebranżowili. Zainwestowali ogromne pieniądze w hodowle zwierząt futerkowych na Białorusi, Ukrainie i w… Rosji. Plan jest chytry – wypchnąć hodowlę zwierząt futerkowych z Unii, tym samym zlikwidować unijną (szczególnie polską) konkurencję, a samemu czerpać profity z tego działu hodowli zwierząt, ale z gospodarstw umiejscowionych poza granicami UE. Taki „powrót króla” na dawne włości.

Jest jeszcze jedna tajemnica, o której także nie wolno wspominać. Niemcy chcieliby, żeby z Polski zniknęły hodowle zwierząt futerkowych, bo te hodowle zabierają działającym w Polsce niemieckim firmom surowiec, na którym te firmy mogłyby zarabiać krocie. A nie zarabiają. Jeszcze.

Norki amerykańskie żywią się ubocznymi produktami pochodzenia zwierzęcego, czyli tym, czego człowiek zjeść nie może, a co pozostaje po hodowli żywego inwentarza. To głównie odpady drobiarskie i pochodzące z przetwórstwa rybnego. Jest tego w Polsce sporo. Ci właśnie drobiarze i producenci rybni sprzedają swoje odpady hodowcom (hodowcy płacą za nie prawie miliard złotych rocznie), odpady przerabiane są na wysokobiałkową paszę i obieg się zamyka. Futrzarze mają tani surowiec paszowy, drobiarze i branża rybna – pieniądze i zdjęty z głowy kłopot w postaci konieczności zutylizowania odpadów. I wszyscy są zadowoleni. No, prawie.

Niezadowoleni są Niemcy, którzy przecież nie po to stworzyli sobie z Polski odpadowe eldorado, żeby teraz oddawać surowiec jakimś futrzarzom. A stworzyli, bo nasi zachodni, przyjaźnie nastawieni sąsiedzi mają dziś – w rękach spółek i spółeczek o niemieckim kapitale – ponad 90 procent „polskiego” rynku utylizacyjnego. Zawarto nawet pewien sojusz między tymi firmami, a pewnym ekostowarzyszeniem, które przyznało się do takiej współpracy na filmie nagranym z ukrytej kamery. Obu partnerom na rękę jest wyniszczanie polskich hodowli zwierząt futerkowych.

Syndrom pelikana

Polskie władze cierpią na coś w rodzaju syndromu pelikana. Otóż – udając, że nie dostrzegają jak Polska jest tu „rozgrywana” – łykają bzdurne argumenty dotyczące mitycznej, pochodzącej od norek, zarazy. To jednak tylko pozory, bo przecież wiedzą, że to bujda.

Strasznie dziwnie wygląda to szczególnie w dobie odbudowy gospodarki, którą pandemia naznaczyła jak szwajcarski ser – dziurami. Czy naprawdę politycy mają dziś czas, aby bawić się w przepychanki z hodowcami zwierząt futerkowych? Aż tak boli ich, że Polacy odnieśli gdzieś sukces? Co jeszcze oddamy, gdy Niemcy i Rosjanie tupną nóżką? Węgiel? Przemysł drzewny? Drób? Pardon… drób już oddajemy dzięki zakazowi chowu klatkowego.