Nadszedł czas, aby zlikwidować podatek, który ogranicza wolności obywatelskie i służy głównie do kontroli policyjno-skarbowej Polaków.

PAP/Darek Delmanowicz

Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, przypomina historię z początku lat 90. ubiegłego wieku wprowadzania w Polsce nowego podatku – od dochodów osób fizycznych: – W magazynach znajdowały się zakupione wówczas komputery przeżywającej trudności firmy Bull, dla których nie było zastosowania w ówczesnej administracji. Okazją ich spożytkowania stało się wprowadzenie spersonalizowanego podatku PIT. Jednak komputery pozostały w skrzyniach, a próba wprowadzenia systemu informatycznego dotyczącego indywidualnych podatków trwała jeszcze latami. Przy tamtym postępie technologicznym zamieniły swój status na złom, a potem na obiekt muzealny – opowiada Sadowski.

Kto nie płaci PIT?

Tamte komputery nie zostały wykorzystane, mimo że mogły pomóc, tym bardziej że do tej pory ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych była nowelizowana kilkaset razy. Pytanie, czy ten podatek w ogóle jest Polsce potrzebny.

Przynosi on stosunkowo niewielkie wpływy. Otóż w 1992 r. (pierwszym roku obowiązywania) wpływy z tego tytułu stanowiły 23,5 proc. budżetu. W kolejnych latach rosły i szczyt osiągnęły w 1996 r., gdy stanowiły ponad 35 proc. Natomiast w ciągu ostatnich dwóch dekad wypływy z PIT wahały się od 13 proc. (2009) do 17 proc. (2000) wszystkich wpływów budżetowych. W 2020 r. było to 15,2 proc. (choć należy pamiętać, że także samorządy partycypują w dochodach z PIT).

Problem w tym, że nawet te wpływy w większości są jedną wielką fikcją. Dlaczego? Bo w ich skład wchodzą także podatki – jak to określiło Centrum im. Adama Smitha – z tzw. dochodów wirtualnych, czyli dochodów ludzi otrzymujących pieniądze… od państwa. Dotyczy to budżetówki oraz emerytów i rencistów. Jak przed laty napisano w publikacji Centrum, emeryci, renciści i pracownicy budżetówki płacą podatek „wirtualny”, ponieważ „sprowadza się on do wypłacania przez państwo emerytury czy pensji i równoczesnego odbierania części tych pieniędzy jako podatku”. Czyli państwo przerzuca pieniądze z jednej kieszeni do drugiej, produkując przy tym rocznie dziesiątki milionów dokumentów.

Kolejna znaczna liczba podatników to tzw. podatnicy wyzerowani, którzy „również zmuszani są do przelewania z pustego w próżne, ale w przeciwnym kierunku. Najpierw wpłacają zaliczki na podatek, a następnie – dzięki – ulgom otrzymują zwrot tych pieniędzy. (…) 20 milionom podatników rząd pracowicie oddaje to, co wcześniej zabrał, albo zabiera to, co dał”. Według wyliczeń Centrum im. Adama Smitha sprzed kilkunastu lat w rzeczywistości w Polsce podatek od dochodów osób fizycznych płacą zaledwie 4 miliony osób, a faktyczny „zysk” dla budżetu z tego tytułu jest niewielki.

Kolejne wyłączenia

Teraz z 26 milionów podatników prawdopodobnie PIT realnie płaci mniej Polaków, a w przyszłości będzie ich jeszcze mniej. Z kilku powodów. Po pierwsze, ponieważ urzędników i emerytów jest więcej. Po drugie, z płacenia tego podatku zwolniono osoby do 26. roku życia. Po trzecie, choć w międzyczasie niektóre ulgi zlikwidowano, to wprowadzono wiele nowych. W efekcie w PIT występują zarówno odliczenia od dochodu (18 rodzajów odliczeń, w tym m.in.: składki na ZUS, ulga termomodernizacyjna, na sprzęt rehabilitacyjny, na Internet, darowizny na cele pożytku publicznego, a nawet darowizny na cele walki z COVID-19), jak i od podatku (składki zdrowotne, ulga abolicyjna, czy na dzieci).

W 2019 r. podatnicy odliczyli od dochodu składki na ubezpieczenie społeczne w wysokości 83,1 mld zł. Z kolei 21,7 mln podatników PIT opodatkowanych według skali, w 2019 r. odliczyło z tytułu składki zdrowotnej ponad 65,7 mld zł. Inne odliczenia od PIT w 2019 r. sięgnęły kwoty nieco ponad 6 mld zł, z czego 5,63 mld przypadało na ulgę na dzieci. Z takich ulg korzysta ok. 83 proc. podatników opodatkowanych według skali. Do tego dochodzi kwestia kwoty wolnej od podatku.

Po czwarte, w planach Polskiego Ładu jest wyłączenie z płacenia tego podatku 65 proc. emerytów (likwidacja opodatkowania świadczeń emerytalnych i rentowych do wysokości 2500 zł brutto) i rodzin z czwórką dzieci (55 tys. rodzin, których dochód wyniesie do 230 tys. zł rocznie).

Wady podatku dochodowego

Należy podkreślić, że PIT jest podatkiem niesprawiedliwym, ponieważ w jego ramach różne grupy społeczeństwa są inaczej traktowane przez prawo. W ogóle nie płacą go rolnicy, jeżeli osiągają przychody wyłącznie z działalności rolniczej i gospodarki leśnej oraz nie prowadzą tzw. działów specjalnych produkcji rolnej. W przypadku diet parlamentarzystów i radnych obowiązuje 10-krotnie wyższa kwota wolna od podatku niż w przypadku reszty podatników. Za pewien rodzaj ulgi podatkowej można też uznać 20- i 50-proc. koszty uzyskania przychodu w umowach o dzieło. Specyficznego rodzaju preferencją podatkową jest nieopodatkowanie pieniędzy zbieranych przez Kościół na tzw. tacę czy zarobionych na posłudze – ślubach, chrztach, pogrzebach itd. Sami duchowni wszystkich uznawanych przez państwo wyznań płacą według odrębnego systemu podatki ryczałtowe i są to dość niskie stawki. Z opodatkowania wyłączone są też świadczenia 500 plus oraz bon turystyczny.

PIT ma też cały szereg innych wad. Wysoki jest koszt poboru podatku dochodowego zarówno po stronie aparatu skarbowego, jak i podatników. Swego czasu wyliczono, że PIT pochłania aż 80 proc. czasu pracy skarbówki, a w zamian przynosi tylko kilkanaście proc. dochodów budżetu. Podatek dochodowy zniechęca do cięższej pracy, bo wyższy dochód powoduje zwiększenie płaconego podatku. Czy skoro akcyzę na papierosy i alkohol nakłada się po to, by ludzie mniej palili i pili, to tak samo celem PIT jest to, aby ludzie mniej pracowali? Z kolei liczne ulgi zniechęcają do oszczędzania i zachęcają do irracjonalnego wydawania pieniędzy po to tylko, by zapłacić niższy podatek.

PIT inspiruje też do tworzenia szarej strefy i ukrywania dochodów oraz kombinacji i oszustw podatkowych. Ponadto nieobliczalne są koszty emocjonalne stosowania przymusu wobec podatników.

Na dodatek urzędnicy mają pełny wgląd w finanse podatników, co jest korzystne z punktu widzenia państwa, ale skrajnie niekorzystne z punktu widzenia podatnika i wolności obywatelskich. W XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii powszechny był pogląd, że „podatek dochodowy jest ciężarem zbyt ohydnym, by nakładać go na człowieka, gdyż ujawnia stan jego finansów urzędnikowi podatkowemu”.

W służbie władzy

I to jest prawdziwa przyczyna, dlaczego podatek ten nie jest likwidowany. W PIT nie tyle chodzi o wpływy podatkowe, ile bardziej o to, by państwo kontrolowało dochody podatników.

– W systemie realnego socjalizmu tylko nieliczni przeciwnicy tego systemu mieli swoją teczkę na policji politycznej, a reszta obywateli była od tych teczek wolna. Natomiast w demokracji, po wprowadzeniu powszechnego spersonalizowanego podatku, każdy ma swoją teczkę w urzędzie skarbowym i pod groźbą grzywny sam na siebie pisze donos, którym jest PIT. W demokracji tym sposobem każdemu z nas założono kartotekę. Pierwszą publiczną próbą użycia kartoteki w aparacie skarbowym przeciwko obywatelowi była próba zablokowania kandydowania Lechowi Wałęsie w wyborach prezydenckich, któremu publicznie zarzucono, że nie rozliczył się z urzędem – mówi Andrzej Sadowski.

Dlatego już w 2004 r. Centrum im. Adama Smitha przedstawiło projekt ustawy o likwidacji bezrobocia i naprawie finansów publicznych, którego celem była całkowita likwidacja PIT dla osób fizycznych. Zebrano pod nim około 100 tys. podpisów. Mechanizm poboru podatku może być bardzo prosty i tani, jak to jest w przypadku podatku od zysków kapitałowych od osób indywidualnych.

– Osoby te nie wykazują tych zysków w PIT. Bank pobiera od wszystkich swoich klientów podatek, a potem sumę wszystkich należnych podatków jednym przelewem wysyła do jednego urzędu skarbowego. Nie ma żadnego powodu, żeby podatek od wynagrodzeń w przedsiębiorstwie nie był płacony podobnie, czyli od łącznej ich wartości. W ten sposób z systemu urzędów skarbowych zniknęłyby rekordy kilkunastu milionów obywateli. System stałby się bardziej dla rządu sterowny, bo urzędnicy uwolnieni od zajmowania się poszczególnymi obywatelami, czyli Janami Kowalskimi, skupiliby się na kryminogennym podatku VAT. Dzięki temu te same pieniądze do budżetu byłyby wpłacane łatwiej i taniej. Korzyści są ewidentne, natomiast jedyną stratą dla rządzących byłby brak policyjnej kontroli nad obywatelami, którą dzisiaj pełni system podatkowy – podkreśla Sadowski.

Ponad podziałami?

W rzeczywistości podatek dochodowy istnieje przede wszystkim po to, by państwo miało pełny obraz dochodów obywateli. Dzięki istnieniu PIT każdy musi się co roku wyspowiadać przed fiskusem ze swoich zarobków. Zdaniem Andrzeja Sadowskiego utrzymywanie spersonalizowanego i kosztownego w poborze systemu PIT nie ma sensu poza funkcją kontroli policyjnej obywateli. Jednak właśnie z tego powodu najwyższy już czas całkowicie zlikwidować w Polsce podatek PIT. Za takim rozwiązaniem opowiadają się m.in. niektórzy posłowie obozu rządzącego, a także w większości politycy Konfederacji. Zresztą niewykluczone, że rząd – gdyby zechciał wprowadzić to rozwiązanie – zyskałby również przychylność posłów innych ugrupowań opozycyjnych.