Wpływowa organizacja o globalnym zasięgu działania – Financial Services Information Sharing and Analysis Center (FS-ISAC) ściśle współpracuje ze Światowym Forum Ekonomicznym (WEF). W swoim najnowszym raporcie „Navigating Cyber” alarmuje, że jeszcze w tym roku dojdzie do niszczycielskiego cyberataku na światowy system finansowy. Chcąc go odeprzeć, trzeba wdrażać kontrolujące sieć nowe narzędzia z dziedziny fincyber.

cenzura Internetu WEF - grafika wpisu
Tumisu/Pixabay

Dotychczasowe prace nad cyberbezpieczeństwem oprócz nadziei budzą także niepokój. Czy aby pod pretekstem walki z cybeprzestępstwami nie dojdzie do dalszego i brutalnego ograniczania wolności wypowiedzi w sieci?

W Radzie Dyrektorów FS-ISAC reprezentowane są globalne korporacje i ponadnarodowe organizacje, takie jak CitiGroup, Bank of America, Wells Fargo oraz Morgan Stanley i SWIFT. FS-ISAC jest kolejnym na mapie światowych organizacji podmiotem zdominowanym przez Wall Street. Łącznie członkowie FS-ISAC reprezentują aktywa w wys. 35 bln dolarów, rozlokowane w ponad siedemdziesięciu krajach. Działalność FS-ISAC wpisuje się w linię reprezentowaną przez instytucje faktycznie wrogie wolnemu rynkowi, demokracji i niekorporacyjnej przedsiębiorczości – trafnie opisane w książce Song Hongbinga pt. „Wojna o pieniądz – prawdziwe źródła kryzysów finansowych”.

Razem i w duchu priorytetów WEF

FS-ISAC ma powiązania z WEF przez bezpośrednie zaangażowanie byłego dyrektora generalnego Steve’a Silbersteina w inicjatywę WEF-Carnegie. We współpracy ze Światowym Forum Ekonomicznym Carnegie Endowment for International Peace opracowuje „Międzynarodową strategię na rzecz cyberbezpieczeństwa i globalnego systemu finansowego (2021–2024)”. Niektórzy prominentni członkowie FS-ISAC, tacy jak Bank of America i SWIFT, są jednocześnie członkami Centrum Cyberbezpieczeństwa WEF.

Najnowszy Raport FS-ISAC zawiera kilka „prognoz na rok 2021 i później”. Najważniejsza mówi o tym, że wrogie państwa narodowe połączą siły z „cyberprzestępczym półświatkiem”. OFS-ISAC była ostatnio zaangażowana w tworzenie podwalin dla implementacji „globalnego narzędzia fincyber” – oczywiście według zaleceń WEF, które niedawno stworzyło model takiego narzędzia w ramach tzw. Partnerstwa przeciwko Cyberprzestępczości.

Zarówno FS-ISAC jak i WEF kładą nacisk na globalną współpracę wszystkich, którym zależy na ochronie i „czystości” Internetu. W tym także na współpracę prywatnych banków i korporacji z poszczególnymi państwami, a w szczególności ze służbami wywiadowczymi tych państw oraz ich organami ścigania.

Wojna z kryptowalutami

W ramach „Partnerstwa przeciwko Cyberprzestępczości” ze szczególną pasją atakowane są kryptowaluty. Szczególnie te, które zapewniają anonimowe przeprowadzanie transakcji finansowych. Do skupionych w tych organizacjach multimiliarderów, chcących mieć absolutną i wyłączną kontrolę nad światowym obiegiem pieniądza, nie przemawia argument, że tylko 0,34 proc. transakcji kryptowalutowych w 2020 r. było związanych z działalnością przestępczą (link).

Celem zarówno tego raportu, jak i innych wysiłków globalistów, jest wykazanie rzekomego i ścisłego związku pomiędzy kryptowalutami i technologiami sprzyjającymi zachowaniu prywatności w sieci a cyberprzestępczością. Twierdzi się, że „cyberprzestępcy nadużywają szyfrowania, kryptowalut, usług anonimowości i innych technologii” wykorzystując je do „podtrzymywania terroryzmu” oraz do „szerzenia dezinformacji w celu destabilizacji rządów i demokracji”.

Nikt i nic już się nie ukryje?

Globaliści wywierają stały nacisk na rządy państw partnerskich WEF, by wreszcie położyć kres prywatności i anonimowości w Internecie. Marzy im się, na przykład, powiązanie identyfikatorów wydawanych przez rządy (u nas taką rolę pełni mObywatel) z nadawaniem uprawnień dostępu do sieci.

Możliwość kontrolowania przez rządy każdego wpisu i każdego komentarza w sieci to pokusa nie do odparcia. Można to robić także pod pretekstem zachowania cyberbezpieczeństwa, bo przecież obywatelom nie wolno angażować się w „przestępczą” działalność online. Kim jednak jest cyberprzestępca? WEF stosuje bardzo szeroką definicję tego pojęcia. Na tyle szeroką, że mianem tym można stygmatyzować osoby publikujące, czy nawet tylko hostujące treści uważane za „dezinformację” i jakoby stanowiące zagrożenie dla „demokratycznych” rządów.