W ostatnich latach wiele mówiono o polskiej konstytucji. Przeważnie w kontekście rzekomego jej łamania. Rzekomego, bo w praktyce nic takiego nie miało miejsca. Tymczasem polska ustawa zasadnicza wymaga zmian. I to w kwestiach, które z politycznym sporem mają niewiele wspólnego.

Od marca praktycznie cały świat walczy z pandemią koronawirusa. Jej skutki odczuwa także gospodarka, trudno znaleźć państwo, które nie doznałoby znacznego spadku PKB. Podobna sytuacja dotknęła także nasz kraj. Tylko dzięki bardzo szybkiej reakcji i dobrej współpracy najważniejszych instytucji w państwie, by wymienić tu w pierwszym rzędzie: prezydenta, rząd i Narodowy Bank Polski, udało się uniknąć zupełnej katastrofy. Aby ratować przedsiębiorstwa przed upadkiem, a pracowników przed utratą zatrudnienia, trzeba było sięgnąć głęboko do budżetowej kieszeni. Stąd skokowy wzrost deficytu i długu publicznego. Słusznie jednak zwraca uwagę np. wicepremier Emilewicz, że gdyby nie akcja ratunkowa ze strony państwa, koszt dla gospodarki byłby niepomiernie większy. Niemniej zadłużenie wzrosło, i to na tyle, by niebezpiecznie zbliżyć się do konstytucyjnego progu 60 proc. w relacji do PKB.

I tu wracamy do zasygnalizowanej na wstępie kwestii. Próg ów, wpisany do ustawy zasadniczej, miał chronić kolejne rządu przed zaciąganiem zbędnych zobowiązań i w ten sposób przed wpędzeniem państwa w poważne fiskalne kłopoty. I trzeba przyznać, że to w dużej mierze się udało. Nasze zadłużenie jest na poziomie optymalnym, a na tle wielu krajów UE wyglądamy wręcz wzorowo. Tyle że wysokość długu to nie jedyny parametr, jaki powinien być brany pod uwagę, jeśli chodzi o ocenę stanu finansów państwa. Szczególnie zaś w obecnych uwarunkowaniach, w których priorytetem powinno być przywrócenie stabilizacji makroekonomicznej i powrót na ścieżkę znacznego wzrostu gospodarczego.

Obecnie jednak rząd ma niejako związane ręce. Jedyne, co da się w tej sytuacji zrobić, to księgowe sztuczki umożliwiające faktyczne zwiększanie wydatków publicznych, bez formalnego zwiększania długu publicznego. Nie o to jednak chodzi, aby bawić się w takie triki. Stąd warto zadać pytanie, czy owego 60-procentowego progu, przynajmniej na jakiś okres, nie zawiesić. Od dawna powtarzam, że polskie finanse publiczne nie potrzebują sztywnych i niezmiennych reguł, tylko elastyczności. Tę jednak trzeba rozumieć nie jako narzędzie do zwiększania wydatków socjalnych, ale sposobność do reagowania na bieżącą sytuację makroekonomiczną. Stąd wskazana jest poważna dyskusja nad zmianą konstytucji i takim ułożeniem relacji dług publiczny – wzrost gospodarczy, aby można było realizować kluczowe cele rozwojowe naszego kraju. Nad wszystkim zaś czuwać powinna niezależna i profesjonalna Rada Polityki Fiskalnej, działająca na wzór Rady Polityki Pieniężnej.

Odwagę podjęcia tematu zmiany konstytucji w odniesieniu do wysokości limitu długu miał ostatnio wiceminister finansów Piotr Patkowski. W jednym z wywiadów słusznie wskazał, że „W latach 90. absolutnie nikt nie był w stanie przewidzieć, co się wydarzy w roku 2010, podczas poprzedniego światowego kryzysu finansowego, który zmienił całkowicie myślenie ekonomiczne. Ani też tego, co będzie się dziać w 2020 r. i kolejnej fali zmian doktryn ekonomii i polityki gospodarczej”. Warto docenić te słowa, gdyż po pierwsze to trafna diagnoza, a po drugie są wypowiadane przez urzędnika bardzo ostro atakowanego przez różne ośrodki tylko za to, że ich zdaniem ma mniej lat niż powinna mieć osoba pełniąca tak ważną funkcję w ministerstwie (Patkowski ma 29 lat). Wiceminister pod tym względem ma rację i należy mu się uznanie za to, że powiedział rzecz niepopularną, ale prawdziwą. Najpewniej za tę odwagę spadnie na niego kolejna fala ataków. Nie ma się co nimi za bardzo przejmować. A o zmianie konstytucji także w odniesieniu do finansów publicznych warto zaś dyskutować, i wiek tego, kto taką tezę stawia, nie ma tu nic do rzeczy!