Fot. Pixabay

Nieunikniona faktura, jaką przyjdzie zapłacić hiszpańskiej gospodarce, może wynieść nawet 20 miliardów euro, pod warunkiem, że stan wyjątkowy potrwa nie dłużej niż piętnaście dni, chociaż – jak zauważają eksperci – podana kwota jest tylko szacunkowa. Jeśli rząd Sancheza zdecyduje się na przedłużenie stanu wyjątkowego, koszty będą znacznie wyższe. Pośpieszne obliczenia, być może trochę szacunkowe, sugerują, że jeśli PKB Hiszpanii wyniesie około 1,24 bln USD, oznaczać to będzie – bez uwzględnienia efektów sezonowych – około 100 miliardów miesięcznie lub 50 miliardów w ciągu piętnastu dni. Innymi słowy, ograniczenie aktywności gospodarczej o 40 proc. według pierwszych szacunków, oznaczać będzie utratę 20 miliardów euro.

Rzeczywisty wpływ może być jednak jeszcze większy. Chociaż po kryzysie może nastąpić spektakularne i energiczne ożywienie, mimo to należy pamiętać, że duża liczba sektorów nie ma możliwość szybkiego ożywienia produkcji, czy też sprzedaży. Branża samochodowa należy do tych, które mogą sobie pozwolić na ograniczenie, a nawet wstrzymanie produkcji. Ostatnio Seat ogłosił, że od poniedziałku wstrzymuje prace w swojej fabryce w Barcelonie. Po zakończeniu stanu wyjątkowego przy podwójnych zmianach i nadgodzinach Seat może nadrobić straty z powodu koronawirusa. Nie jest to łatwe, ale jest możliwe, ponieważ możliwa jest sprzedaż samochodów, które nie sprzedały się teraz – chociaż jest to tylko wątpliwa hipoteza. Istnieją jednak branże szczególnie sektor usługowy, dla którego konieczne, ale jednak drastyczne działania rządu spowodują nieodwracalne skutki. Turyści, którzy nie przyjadą do Hiszpanii z powodu stanu wyjątkowego, nie zrobią tego później. Oznacza to utracone rezerwacje hoteli, lotów itp. czyli potencjalne zyski. To samo dotyczy barów, restauracji i środków transportu. Praca, która nie jest obecnie wykonywana, to utracony zarobek. I tak na przykład hotele po ustaniu epidemii nie mogą podwójnie zapełnić pokoi, które teraz stoją puste, żeby odrobić straty. To samo dotyczy restauracji, linii lotniczych, kolejowych lub autobusowych. Wszystko to w praktyce oznacza spadek PKB. Nie oznacza to, że gospodarka będzie rosła wolniej, ale że po prostu się zmniejszy, co znajdzie odbicie w PKB.

Skala spadku w tym okresie będzie jednak zależeć od ostatecznego zakresu stanu wyjątkowego i środków, przyjętych przez gminy i wspólnoty autonomiczne. Im są bardziej restrykcyjne, tym koszty ekonomiczne będą wyższe, co nie oznacza, że ​​w ekstremalnych sytuacjach, takich jak pandemia, nie należy ich przyjmować. W każdym razie ekonomiczny wpływ takiej przerwy – na razie 15 dni, ale wszystko wskazuje na to, że będzie ona kontynuowana – będzie brutalny. To, co przyjdzie zapłacić Hiszpanom, przyjmując wariant optymistyczny, czyli utrzymanie stanu wyjątkowego przez dwa tygodnia, można porównać do napiwku od rachunku w sytuacji, gdy koronawirus sparaliżuje gospodarkę na co najmniej dwa miesiące, jak zauważają eksperci, tacy jak m.in. Fernando Simoón, dyrektor Centrum Koordynacji Alarmów Zdrowotnych i Nagłych Wypadków. Iberyjska gospodarka, po zakończeniu stanu alarmowego będzie potrzebować więcej wysiłku i czasu na odzyskanie sił niż inne bardziej uprzemysłowione kraje, takie jak Niemcy. Powrót do normalności nastąpi dopiero wtedy, gdy obcokrajowcy zdecydują się ponownie przeprowadzać i podróżować na półwysep. Do tej pory hiszpańska gospodarka była jedną z najbardziej globalnych, a globalizacja na chwilę obecną jest zawieszona. Niektórzy po szoku związanym z pandemią będą chcieli ograniczyć rozwój globalnej wioski, a to dla kraju takiego jak Hiszpania będzie bardzo groźne, a nawet śmiertelne. Na razie koszt ekonomiczny, w postaci mniejszego PKB stanu wyjątkowego, to nic w porównaniu z rachunkiem, jaki wystawi hiszpańskiej gospodarce koronawirus. Środki są z pewnością nieuniknione, więc o kosztach na razie nikt nie myśli.