„Promocja” na stacjach Orlen powinna być opisywana właśnie w ten sposób. W cudzysłowie. 30 groszy zniżki na paliwo to świetny interes przede wszystkim dla koncernu, nie dla kierowcy czy konsumenta.

Pracuję w centrum Krakowa, gdzie dojeżdżam tramwajem. Rzadko kiedy podziwiam widok z okna, bo zwyczajnie nie jest on atrakcyjny. Dodatkowo podróż komunikacją zbiorową to okazja do lektury, na którą w trakcie dnia czasami brakuje już czasu. Pamiętam jednak doskonale cenę litra benzyny na stacji w dzień po tym, kiedy Rosja już otwarcie, nie zza winkla, jak w 2014 roku, napadła Ukrainę. Ta cena to 5 zł 66 gr. Nie wiem dlaczego ją zapamiętałem. Jest nieokrągła.

Z perspektywy czasu też bardzo niska.

Od końca lutego na rynkach wydarzyło się sporo, także w kwestii cen ropy. Nie widać tego jednak na stacjach w Polsce, gdzie cena jest nieodmiennie wysoka. I nie jest to winą wolnorynkowego kapitalizmu. W przypadku, w którym krajowy koncern ma siłę dyktować ceny hurtowe paliw, bo po fuzji z Lotosem jest właściwie monopolistą w tej branży, trudno mówić o jakiejś wolności.

Jest taki szmonces o kobiecie, która przychodzi do rabina z prośbą o poradę. Wspólnie z dużą i wielopokoleniową rodziną gnieździ się ona w przepełnionym mieszkaniu. Rabin radzi jej, aby wzięła pod dach jeszcze kozę, którą specjalnie na tę okoliczność ma zakupić. Kobieta wykonuje polecenie, choć wydaje się jej ono, tak jak i nam, odbiorcom tego naprawdę bardzo mądrego żartu, bezsensowne. Po miesiącu nieszczęsna spotyka się ponownie z kreatywnym rabinem. Ten słysząc, że miejsca jest jeszcze mniej i komfort życia jeszcze niższy – tym razem radzi sprzedać kozę. Po paru dniach ponownie spotyka się z bohaterką tego żartu i ta mówi mu o tym, jak to teraz ma u siebie mnóstwo miejsca.
Podobnie jest z ceną paliwa w Polsce. Jest niedorzecznie wysoka i nie wynika ona wyłącznie z okoliczności, na które Orlen nie ma wpływu, a więc wojny na Ukrainie i ogólnej sytuacji gospodarczej na świecie. Tak, te czynniki mają swoje wagi, ale nie aż takie, jak prezentuje to Prezes Daniel Obajtek. I to, że teraz na chwilę wyprowadzimy zawadzającą nam kozę, inaczej mówiąc, spotkamy na stacjach nieznacznie niższe ceny, miałoby charakter co najwyżej humorystyczny, gdyby nie fakt, że ta sytuacja dzieje się naprawdę. Sytuacja jest bowiem dla polskich konsumentów zła, dobra za to dla Orlenu.

Niewielka obniżka nie jest zresztą żadną łaską, Orlen ma ogromną marżę, z której mógłby zejść nawet jeszcze bardziej. Obniżka jest za to nie do końca przejrzystą dla konsumenta transakcją. Bo jeżeli coś jest za darmo albo ze zniżką – to produktem staje się klient. W tym przypadku zaś jego dane, bo na tańsze paliwo będą mogli liczyć ci, którzy korzystają z orlenowskiej aplikacji Vitay. Pozyskanie dzięki niej nowej bazy wiedzy o konsumenckich nawykach to cenny produkt, za który Orlen nie zapłaci wcale tak znowu dużo. Jasne, nie będzie tak, że prezes koncernu z rana będzie śledził podróż dostawczaka, którym ktoś jedzie na stację, a potem na budowę. Siła wynikająca z takiej bazy tkwi w jej wielkości i poznaniu trendów, pojedyncze przypadki nie mają tu nic do rzeczy.

Warto jeszcze poszukać odpowiedzi na jedno pytanie, to dotyczące roli państwa w kapitalizmie i realizacji tego modelu na polskim przykładzie. Jest to w oczywisty sposób model dysfunkcyjny, przynajmniej z punktu widzenia konsumenta. Otrzymujemy bowiem rozszerzony urząd skarbowy, zadomawiający się na stacjach benzynowych, które mogłyby sprzedawać taniej, gdyby na tym rynku panowała większa konkurencja. Zamiast tego mamy realia, w których państwo rękoma swojej wiodącej spółki narzuca ceny nam wszystkim, chce na tym dodatkowo zarobić, ściągając od nas nasze dane, a na koniec pewnie jeszcze usłyszymy, że gdyby pozwolić liberałom decydować o takich sprawach jak ceny paliwa, to pewnie za sprawą wolnego rynku byłoby jeszcze drożej.

Otóż byłoby taniej, bo kolejny raz widać, skąd się biorą dysfunkcyjne i drogie monopole – z działalności państwa. Te rynkowe, wynikające z autentycznej przewagi, są nietrwałe – na wolnym rynku prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto je podważy i widzimy to choćby na przykładzie Netflixa czy Facebooka, które to obie platformy muszą zmagać się z coraz bardziej zażartą konkurencją.  Ale mało kto o tym będzie myślał, śpiesząc na paliwową „promocję”.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułTak się strzyże owce pod państwowym jarzmem
Następny artykułPolska podjęła decyzję w sprawie zakazu aut spalinowych