Szkodliwe dla Polski są zarówno warunki, jakie postawiła nam Bruksela, jak i to, co mamy za ich spełnienie otrzymać. Tak zwany Krajowy Plan Odbudowy oznacza zdemolowanie finansów Polaków i utrudnianie im życia po to, by z łaską dostać od Unii Europejskiej kredyty i dotacje na niepotrzebne „inwestycje”, których żąda Bruksela. To jednocześnie naiwna wiara, że (euro)polityk i (euro)urzędnik wie lepiej od zwykłego człowieka (i od rynku!), co jest dla niego dobre. Podczas gdy w wolnym społeczeństwie powinno być dokładnie odwrotnie.

Tomasz Cukiernik

Mimo że kredyty uwarunkowane ideologicznymi, pozaekonomicznymi warunkami powinny być szczególnie omijane z daleka, polski rząd za wszelką cenę chce dostać pieniądze od Unii na KPO. Dlatego też ulega wielowątkowemu szantażowi Brukseli. To ponad 300 tzw. kamieni milowych, czyli warunków w różnych dziedzinach życia politycznego, społecznego i gospodarczego. Czego tutaj nie ma! Reformy w Sądzie Najwyższym według wskazań Brukseli, zmiana regulaminu Sejmu, Senatu i Rady Ministrów, pełne oskładkowanie umów cywilnoprawnych (od 2023 r.), nowy podatek za rejestrację pojazdu z silnikiem benzynowym lub diesla (od 2024 r.), specjalny podatek dla wszystkich posiadaczy samochodów spalinowych (od 2026 r.), opłaty za korzystanie z autostrad i dróg ekspresowych (już od przyszłego roku), zakaz lub obłożenie opłatami wjazdu samochodów spalinowych do centrów miast powyżej 100 tys. mieszkańców (od 2025 r.), przejście na edukację online i teleporady medyczne, ułatwienia dla budowy farm wiatrowych czy wytyczenie ram prawnych dla wykorzystania wodoru. Mają być także naciski na podniesienie wieku emerytalnego.

Tak więc przede wszystkim poprzez KPO rząd premiera Mateusza Morawieckiego do spółki z Brukselą uderza w kierowców. Równocześnie w tych dniach Parlament Europejski ma uchwalić zakaz sprzedaży samochodów spalinowych od 2035 r.! Wcześniej Komisja Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności PE taki zakaz przyjęła. Co więcej, już od 2025 r. producenci samochodów osobowych i dostawczych będą musieli zmniejszyć średnią emisję spalin w nowych autach o dalsze 20 proc. w stosunku do roku 2021. Jeśli to w ogóle będzie technicznie możliwe, będzie oznaczało olbrzymie koszty.

A przecież większości Polaków nie stać na kupno nowego samochodu z mniejszą emisją spalin, nie mówiąc już o bardzo drogim aucie elektrycznym. „To może spowodować, że mniej zamożni mieszkańcy Polski, których nie stać na kupno nowego niskoemisyjnego środka transportu, nie tylko będą ponosić wyższe koszty ich utrzymania swoich pojazdów, ale i nie będą mogli poruszać się nimi w wielu obszarach miejskich. Będą musieli przesiąść się do komunikacji zbiorowej i tracić na dojazd do pracy na przykład dwie godziny zamiast jednej, w dodatku w mniej komfortowych warunkach. Albo zrezygnować z pracy w lokalizacji położonej zbyt daleko lub w „niskoemisyjnej” strefie. (…) Wygląda na to, że pieniądze, czas lub komfort życia zwykłych, przeciętnie lub mniej przeciętnie zarabiających ludzi, mają zostać przymusowo złożone na ołtarzu częściowej redukcji jednego, wcale nie najważniejszego czynnika zanieczyszczenia powietrza, jakim są tlenki azotu (transport odpowiada za niecałe 40 proc. ich emisji w Polsce). Nie przełoży się to bynajmniej na likwidację smogu, tworzonego w naszym kraju głównie przez pyły i węglowodory aromatyczne takie jak benzo(a)piren, pochodzące w zdecydowanej większości z innych źródeł” – słusznie zauważa komentator Jacek Sierpiński.

Realizacja żądań szantażystów z Brukseli to zdrada polskiego społeczeństwa. Za spełnienie tych żądań będą skapywały kroplówki euro. Czy dostęp do kredytów, które trzeba będzie spłacać nowymi podatkami i dotacji, które trzeba będzie współfinansować, by realizować inwestycje o łącznej wartości ok. 35 mld euro z unijnego Funduszu Odbudowy, jest warty takiego gwałtownego i niewygodnego przekształcenia życia społecznego wszystkich Polaków, wbrew woli większości? Te ok. 160 mld zł to niezbyt wygórowana suma. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że ma być wypłacana przez kilka lat, to dojdziemy do wniosku, że w skali polskiego PKB to są niezauważalne grosze. Ale ważniejsze jest to, że w większości mają to być „inwestycje” ubzdurane przez (euro)biurokratów, których nie potrzebujemy, jak całkowite zrujnowanie energetyki węglowej i wydawanie pieniędzy na nieefektywne i drogie odnawialne źródła energii czy na nieekologiczne samochody i autobusy elektryczne. Do tego transformacja cyfrowa, czyli zwiększenie inwigilacji, a przez to i ingerencji państwa w życie ludzi.

Najgorsze jest to, że wszystkie te reformy i „inwestycje” ma organizować, realizować i nadzorować państwo (i z postępu spowiadać się Unii), jak w przypadku transformacji energetycznej, cyfryzacji czy rozwoju budownictwa socjalnego, które na dodatek ma być obwarowane warunkami ekologiczności, co tylko jeszcze bardziej podniesie jego cenę. Jednym słowem, unijny Fundusz Odbudowy i KPO oznaczają zwiększenie kompetencji i władzy polityków i urzędników. To jednocześnie naiwna wiara, że (euro)polityk i (euro)urzędnik wie lepiej od zwykłego człowieka (i od rynku!), co jest dla niego dobre. Podczas gdy w wolnym społeczeństwie powinno być dokładnie odwrotnie.

To jest tak, jak z tymi chodnikami budowanymi okrężną drogą, podczas gdy ludzie wydeptują ścieżkę na skróty. I to tylko w przypadku dobrych intencji urzędnika. Jeśli biurokrata ma złe intencje, to za dotacje i kredyty zamiast potrzebnego parkingu wybuduje modną tężnię. No bo zięć ma firmę, która się tym zajmie po wygraniu ustawionego przetargu.

Te lewackie eurooszołomy nie pozwalają europejskim społeczeństwom żyć według własnego wyboru, tylko na siłę próbują przekształcać je według własnego urojonego widzimisię i każą żyć według niego. Eurokraci mówią nam, co ma nam się podobać, co mamy lubić, a co nie, co mamy robić i jak, a polscy politycy bezrozumnie wykonują ich wolę. To jest czysty totalitaryzm. Społeczeństwo nie ma nic do gadania.

Na dodatek, dlaczego przez dwa lata rząd PiS ukrywał, co znajduje się w KPO i jakie żądania Brukseli zamierza realizować? Dlaczego fałszywie mamił ludzi 770 mld zł, które w ramach unijnego Funduszu Odbudowy i zwykłych dotacji unijnych Polska ma otrzymać, nie informując, jak drogo będzie nas to kosztowało? Gdzie debata ogólnopolska na ten temat? Gdzie zgoda Polaków na wprowadzanie szkodliwych regulacji i coraz bardziej niedorzecznych pomysłów brukselskich oszołomów?

Musimy się z tego obozu koncentracyjnego jak najszybciej ewakuować, bo inaczej całkowicie stracimy wszystko: tożsamość, wolność, tradycję i kulturę na rzecz deprawacji, antycywilizacji i utrwalania biedy. Tymczasem plany zaciągania eurokredytów i brania jeszcze większej sumy szkodliwych eurodotacji uzależnią nas na dekady. Jeśli Zachód chce brnąć w to bagno, to niech brnie, ale dlaczego nasi rządzący też nas w nie wciągają? Problem polega na tym, że KPO to paliwo dla polityków. Im mają więcej pieniędzy do wydania (nieważne po co i na co), tym bardziej im to na rękę. Dobro rządzonych ani utrata suwerenności nie ma tu żadnego znaczenia. Chodzi o to, że żaden polityk nie odpuści takiej okazji. Bo te miliardy oznaczają przede wszystkim dodatkową władzę, a po drugie możliwości korupcyjne. A społeczeństwo jest tak ogłupione i zmanipulowane telewizją rządową i antyrządową (opozycja też uważa, że dotacje i eurokredyty to coś dobrego), że nie widzi, co się z nim wyprawia.

Na dodatek wojna na Ukrainie pozwala Unii Europejskiej na jeszcze większe dociskanie pasa, szczególnie wobec frontowych państw Europy Wschodniej, jak Polska i kraje nadbałtyckie. Retoryka jest taka, że jeśli nie będziecie słuchać Brukseli i w podskokach wykonywać jej coraz bardziej absurdalnych rozkazów, to będziecie musieli słuchać Putina. I większość społeczeństwa się temu dyktatowi poddaje.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułAmerykanie wybudują elektrownie atomowe na Ukrainie
Następny artykułPłace w przemyśle wzrosną. Sprawdź o ile