Na temat sytuacji przedsiębiorców w czasach pandemii rozmawiamy z ekspertem od antywindykacji Krzysztofem Oppenheimem.

krzysztof oppenheim - zdjęcie
Krzysztof Oppenheim/Kancelaria Doradztwa Finansowego

Ponieważ nie wiadomo, czy ogłoszona pandemia już się kończy, czy może zaczyna nowy etap, jak – w pana opinii – powinni się obecnie zachować przedsiębiorcy, by nie dać się zaskoczyć niekorzystnym dla nich rozwojem sytuacji?

Celnie pan to ujął – „ogłoszona pandemia”. Rząd ogłasza pandemię – tym razem już chyba sezon czwarty tejże – tak samo jak np. dodatkowy dzień wolny od pracy, czy też święto narodowe. Jaką znowuż mamy „pandemię”, skoro w całej Polsce, wedle danych ogłoszonych przez Ministerstwo Zdrowia z dnia 22 sierpnia br., nie zmarła ani jedna osoba? Co absolutnie nie przeszkadza panu ministrowi Niedzielskiemu i ekspertom z tzw. Rady Medycznej straszyć Polaków kolejnym lockdownem, czy też wprowadzeniem dyskryminacji sanitarnej na wzór francuski.
Mamy więc tu powtarzalne, częste zjawisko, które obserwujemy od jesieni ub.r. (czyli w okresie od początku rozpętania covidowej histerii w związku z „drugą falą wirusa”), a które można określić jako: co innego widzisz, co innego słyszysz.

Wypowiadając się tu jako przedstawiciel przedsiębiorców, a przynajmniej tej ich części, która z pandemii nie czerpie ekstra profitów – odnośnie najbliższej przyszłości sprawa jest prosta: wszystko się może zdarzyć. I musimy przed takim scenariuszem, nawet najgorszym, po prostu się zabezpieczyć. Doskonale może się w tym względzie sprawdzić dziedzina, w której się specjalizuję, czyli profesjonalna, szeroko rozumiana antywindykacja. Jednym z nadrzędnych celów antywindykacji jest prewencja: skoro wiesz, że może być źle – czyli, że np. wprowadzone zostaną przez nasz rząd kolejne restrykcje, mogące uniemożliwić ci prowadzenie działalności gospodarczej – zabezpiecz się przed tym… Nie czekaj aż to nastąpi. W ten sposób możesz uniknąć znaczących strat.

Ważne jest zaufanie biznesu do podejmowanych przez rząd działań; w tym nie tylko nowych rozwiązań podatkowych. Tego zaufania nie powinno zabraknąć, prawda?

Z zaufaniem mamy do czynienia niemal w każdym elemencie prowadzonej działalności gospodarczej. Zaufania nie można kupić, wymusić, ani też go wyprosić. Na zaufanie po prostu trzeba zasłużyć – przy czym zwykle trudno je zdobyć, ale bardzo łatwo utracić.
Po cóż ten wstęp? Po to, aby w sposób jednoznaczny wyjaśnić, że zaufanie przedsiębiorców do rządu jest zerowe, a w okresie ostatnich covidowych kilkunastu miesięcy wręcz skrajnie ujemne. Zawodzi wszystko i niemal wszyscy – mowa o osobach delegowanych przez rząd do tzw. walki z pandemią.

Jeśli już nawet uznamy, że COVID-19 jest/był bardzo poważnym zagrożeniem, należało po prostu pójść w kierunku działań znanych z teorii zarządzania, jako zarządzanie sytuacją kryzysową. Tak właśnie zrobiła Szwecja, gdzie premier tego kraju Stefan Lofven przekazał pełen nadzór nad ratowaniem Szwedów przed C-19 ekspertowi z prawdziwego zdarzenia, którym jest Anders Tegnell – naczelny epidemiolog Szwecji. Tegnell jest autorem strategii w swoim kraju, który jako jedyny w tej części świata nie zdecydował się, wiosną ubiegłego roku, na twardy lockdown. Z pozytywnym skutkiem – niska śmiertelność, gospodarka niemal nie ucierpiała. Zachodzi więc pytanie: dlaczego nie czerpiemy wiedzy ze szwedzkich doświadczeń, tylko bezmyślnie naśladujemy inne kraje, takie jak Francja czy Włochy? Działając w ten sposób, na zaufanie przedsiębiorców rząd liczyć nie może, bo wszystko robi na opak i próbuje ratować sytuację poprzez przekazywanie przypadkowych lub fałszywych komunikatów.

Czy rozliczenie pomocy, którą otrzymali przedsiębiorcy w czasie koronnego kryzysu daje powody do optymizmu na przyszłość? Jak w pana ocenie wygląda sytuacja mikro, małych i średnich przedsiębiorstw w porównaniu z dużymi, zagranicznymi korporacjami?

My – jako przedsiębiorcy – wiedząc, że działania rządu (szczególnie w okresie od jesieni ub.r.) możemy określić, jako „w tym szaleństwie nie ma metody”, musimy skupić się na ratowaniu swoich biznesów i prywatnego majątku. Bowiem trzeba mieć na uwadze, że być może czekają nas kolejne, niewytłumaczalne obostrzenia, restrykcje, czy też lockdowny. Oddajmy w tym miejscu głos wybitnemu ekspertowi z dziedziny ekonomii i makroekonomii – prof. Konradowi Raczkowskiemu. Oto jego słowa z niedawnego wywiadu dla FPG24.pl: „W pandemii obserwujemy zjawisko utraty kapitału i praw własności przez wielu na rzecz ich nagromadzenia w rękach pojedynczych osób czy korporacji, przy dodatkowym opodatkowaniu tych osób i firm, które określamy średnimi.”

Skoncentrujmy się więc – tak jak to wcześniej zostało powiedziane – na ratowaniu swojego biznesu i posiadanego majątku. Może bowiem się zdarzyć, że ktoś zostanie na wysokim poziomie zobowiązań, a znacząco spadną jego przychody.

Pomoc udzielona wcześniej przedsiębiorcom w dużym stopniu była dziełem przypadku. Znam wiele firm, które zostały potężnie rażone covidowymi restrykcjami, a nie uzyskały żadnego rządowego wsparcia lub było ono symboliczne. Znam też inne potwierdzone przypadki: firma nie ucierpiała, czy nawet poprawiła swoją sprzedaż, a na jej konto wpłynęły ciężkie miliony – w ramach kolejnych tarcz. Wystarczyło tylko trochę „popracować” na wynikach finansowych i wykazać odpowiednią stratę. Najwięcej kasy „pomocowej” ponoć popłynęło do korporacji: tu jednak nie znam szczegółów, więc nie chciałbym tematu rozwijać. Widać jednak, jak bardzo różnie podchodzi nasz rząd do rodzimych przedsiębiorców i do hołubionych międzynarodowych korporacji czy banków.

Jakie ma pan zatem podstawowe rady dla przedsiębiorców?

Z konkretnymi rozwiązaniami dla przedsiębiorców wystąpiłem niemal na początku pandemii, a były to moje publikacje oraz wystąpienia w mediach pod koniec marca 2020 r. Już wtedy apelowałem, co wówczas wydawało się niektórym kontrowersyjne: ratuj majątek, a nie firmę! Jeśli utracisz płynność finansową myśl przede wszystkim o sobie, o najbliższej rodzinie i najbardziej ważnych dla ciebie pracownikach. Jeśli jednak dany przedsiębiorca jeszcze nie przeprowadził odpowiednich działań zabezpieczających, to najważniejsze, by koniecznie oddzielił majątek od działalności operacyjnej. Zarówno osobisty, jak i ten, który jest w środkach trwałych firmy.
Oczywiście takie działania powinny być przeprowadzone bardzo profesjonalnie, z udziałem speca od antywindykacji. Usługę taką nazwałem „Biznesowy Doktor Śmierć”. Okazała się ona nader skuteczna – o ile dany przedsiębiorca w porę się zreflektował, że może w bliskiej przyszłości zostać bankrutem.

Drugie rozwiązanie dotyczy tych biznesów, które są zagrożone kolejnymi obostrzeniami, czyli na przykład hoteli, restauracji i siłowni. W okresie poprzednich lockdownów doskonale sprawdziła się metoda, którą nazwałem „Zagraj z rządem w PKD”. Zarówno w przypadku siłowni, jak i w hotelach można było niemal normalnie i legalnie (sic!) prowadzić działalność dzięki zmianie PKD. Polecałem wpisać następujące numery PKD: 86.90.A – działalność fizjoterapeutyczna, czyli usługi paramedyczne. A te nie były objęte restrykcjami. A więc: kombinuj przedsiębiorco, kombinuj! O tyle jesteś usprawiedliwiony, że wszystkie obostrzenia i restrykcje są bezprawne – to już wiemy na podstawie licznych wyroków, które zapadły prawomocnie w polskich sądach.

Zajmuje się pan między innymi antywindykacją. Co to jest?

Antywindykacja to obrona konsumenta lub przedsiębiorcy przed otaczającym nas opresyjnym systemem. Jest to działalność z założenia antysystemowa, ale jednocześnie zgodna z obowiązującym prawem, choć często stosujemy rozwiązania bardzo kontrowersyjne. Dlaczego antysystemowa? Bo w sytuacjach zagrożenia upadłością lub potężną stratą niemal zawsze trzeba odrzucić rozwiązania sugerowane przez „system”. Przykładem może być Prawo restrukturyzacyjne, które weszło w życie w 2016 r. i kompletnie nie działa. Niemal każda próba ratowania biznesu przy zastosowaniu tej ustawy kończy się upadłością likwidacyjną przedsiębiorcy. Bez oddłużenia tegoż: zostajemy więc bez majątku, ale za to z długami.

Czy obronne działania antywindykacyjne aby na pewno są etyczne? Wydaje się, że skoro ktoś zaciągnął dług, to powinien go spłacić – czyż nie?

Z takimi właśnie stereotypami staram się walczyć, m.in. poprzez liczne publikacje. Od najmłodszych lat jesteśmy poddawani indoktrynacji. Wbija nam się do głowy hasła: „umów trzeba dotrzymywać” oraz „długi trzeba spłacać”. Długi to nic innego jak zobowiązania. A czyż nie mamy także zobowiązań wobec najbliższej rodziny? Czy też wobec samych siebie? Jeśli ze względu na covidowe zakazy zostaliśmy z dochodem 3 tys. zł, czy przeznaczymy je na wyżywienie rodziny, czy też na spłatę rat kredytów? Bo często taki mamy wybór. Na dodatek nie ponosimy za powyższe najmniejszej winy, bowiem rząd „ratując” Polskę przed covidem, pozbawił nas dochodów.

Ten oczywisty wybór nie jest wszak moim wymysłem: przecież to znana wszystkim teoria Maslova, czyli tzw. „piramida potrzeb”. Z teorii Maslova wiemy, że na poziomie podstawowym ZAWSZE są tzw. potrzeby pierwotne człowieka: wyżywienia, schronienia i odziania się. A dopiero na drugim poziomie jest zaspokojenie potrzeby bezpieczeństwa, czyli właśnie spłata kredytów wobec banków, czy też danin publiczno-prawnych. Skoro środki finansowe wystarczają jedynie na zaspokojenie potrzeb z pierwszego poziomu, zabraknie kasy na spłatę kredytów. Jest to tylko jeden z oczywistych przykładów wyboru dłużnika. Ale przecież „system”, który finansowany jest przez sektor bankowy (na całym świecie zresztą) nakazuje nam działać dokładnie odwrotnie.

* Krzysztof Oppenheim to ekspert finansowy, związany z bankowością od 1993 r. Specjalizuje się m.in. w antywindykacji, pomocy frankowiczom i zadłużonym przedsiębiorcom, a także w upadłości konsumenckiej. Jest wiceprzewodniczącym Zespołu Roboczego ds. Upadłości i restrukturyzacji, działającego w ramach Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP. Od lipca 2016 r. prowadzi kancelarię antywindykacyjną .