W długo wyczekiwanym Polskim Ładzie znajduje się wiele dobrych, punktowych rozwiązań, takich jak liberalizacja pozwoleń na budowę, większa swoboda gospodarcza w rolnictwie, wreszcie podniesienie drugiego progu podatkowego, niezmienianego od 11 lat (o czym pisałem w styczniowym felietonie), czy kwoty wolnej. Niestety, z dobrymi zmianami otrzymujemy w pakiecie także złe. A najgorszymi z nich są plany dotyczące zmian w zasadach składki zdrowotnej.

fot. podatki.gov.pl

Co chce zrobić rząd, a w zasadzie koalicja rządząca? (Bo Polski Ład jest swego rodzaju projektem marketingu politycznego wycelowanym na sukces w najbliższych wyborach). W planach jest po pierwsze pozbawienie możliwości odliczenia składki zdrowotnej od dochodu (dotyczy to wszystkich: zarówno samozatrudnionych, jak i tych na umowie o pracę), a po drugie, prowadzący działalność gospodarczą mają zapłacić składkę proporcjonalną do przychodu.

W ostatnim felietonie napisałem: „Rząd będzie zapewne argumentował, że należy solidarnie ponieść koszty pandemii, a system zdrowia był od lat niedofinansowany. Kto nie da pieniędzy na ratowanie życia i zdrowia – ten bezduszny ekonokrata i neoliberał dbający tylko o napchanie swojej kieszeni. Tak może usłyszymy”. Przepowiednia sprawdziła się już w pierwszych kwadransach po publikacji polskiego new deal. Słychać retoryczne pytania: czy przedsiębiorców zarabiających 8000 zł netto naprawdę nie stać, żeby dopłacić miesięcznie 700 zł do systemu ochrony zdrowia? Na takie pytania nawet nie będę opowiadał. Bo rzecz jest w czymś innym.

Gdy w 2017 r. rząd wprowadzał świadczenia 500+, dwa lata później rozszerzał je na pierwsze dziecko oraz wypłacał 13. emeryturę, a w bieżącym roku nawet 14., każdego, kto krytykował tak hojne programy socjalne, spotykała jedna z następujących odpowiedzi: przecież nas stać, budżet się od tego nie zawali, przecież nie zwiększamy deficytu budżetowego, kryzysu nie ma na horyzoncie, bogacimy się, trzeba pomóc tym o gorszym statusie, skończmy już z tymi neoliberalizmami itd… A ekonomiści mówili, że pieniądze na programy socjalne nie biorą się z powietrza. Biorą się z podatków. Rząd zdecydował wtedy, że zamiast przenieść środki budżetowe na podnoszenie jakości usług publicznych – w tym systemu ochrony zdrowia – woli te pieniądze przeznaczyć na wydatki socjalne.
Od roku przychodzi nam za to słono płacić. Płacimy i zapłacimy podwójnie. Raz już ponieśliśmy surowy koszt w postaci ponad 103 tysięcy nadmiarowych zgonów w okresie koronakryzysu. Teraz przyjdzie nam płacić drugi raz. Większymi podatkami, składkami, daninami i opłatami (jak rządzący zwykli nazywać nowe obciążenia). To są pochodne koszty hojnych programów socjalnych!

Kilka lat temu eksperci mówili: służba zdrowia jest w złym stanie, za programy socjalne przyjdzie nam zapłacić. Wygrał interes polityczny. Dziś eksperci mówią: zmiany w Polskim Ładzie zahamują przedsiębiorczość, ograniczą naszą konkurencyjność, czeka nas katastrofa demograficzna, potrzeba nam zmian sprzyjających przedsiębiorczości i pracy. Ich słowa nie spełnią się może w tym roku. Ale się spełnią.
Czy tym razem eksperci zostaną wysłuchani? Jeśli nie, znów przyjdzie nam za to słono zapłacić.