Kiedy mówimy o Dniu Dziecka, automatycznie myślimy o swoich najbliższych – o dzieciach naszych, dzieciach krewnych, znajomych, o dzieciach, dla których jesteśmy chrzestną matką czy też chrzestnym ojcem. I takie myśli zapewne przychodzą do głowy dorosłym, matkom i ojcom, pod każdą szerokością geograficzną.

Kiedy mówimy o Dniu Dziecka – szczególnie w Polsce – zapewne części z nas ((przynajmniej tak jest w moim przypadku) przyjdą na myśl najmłodsi obywatele RP w kontekście polskiej historii. Przecież już jako dzieci uczeni byliśmy wierszyka:
Kto Ty jesteś? Polak mały
Jaki znak twój?
Orzeł Biały

Pierwszy raz o ofierze polskich dzieci możemy dowiedzieć się już w szkole podstawowej, kiedy nauczyciel historii opowiada o oblężeniu Głogowa w 1109 roku przez wojska cesarza Henryka. Podczas walk, w których Niemców posiłkowały także wojska czeskie, cesarz Henryk zgodził się na pięciodniowy rozejm, w czasie którego obrońcy mieli uzyskać od Bolesława Krzywoustego zgodę na poddanie grodu. Na poręczenie rozejmu niemiecki cesarz zażądał zakładników, którzy „niezależnie od tego, czy pokój zostanie zawarty, czy odrzucony, odzyskają swoich zakładników”. Polski książę nakazał jednak dalszą obronę grodu. Wówczas to cesarz niemiecki wpadając we wściekłość, łamiąc warunki rozejmu, nakazał przywiązać zakładników (wśród których były dzieci obrońców grodu) do machin oblężniczych. Cesarz był pewny, że tym sposobem szybko zdobędzie gród. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył , że „grodzianie nie oszczędzali własnych synów i krewnych bardziej więcej niż Niemców i Czechów”.

Mimo wściekłości Niemców Głogów został wówczas obroniony, a potężny cesarz poniósł sromotną klęskę. Jednak moją myśl w związku z tym wydarzeniem zaprzątało w szkole podstawowej pytanie, co w swoich sercach czuli obrońcy grodu, strzelając do własnych dzieci? Można by rzec: „pytanie retoryczne”.

O pewnym „niemieckim prawidle” przekonałem się w latach późniejszych, czytając o pędzonej ludności cywilnej, wśród których były także dzieci, przed niemieckimi czołgami zmierzającymi w stronę powstańczych barykad w Warszawie, w sierpniu 1944 roku. Zresztą, czy był to tylko niemiecki sposób na zwycięstwo za wszelka cenę i zastraszenie tak obrońców, jak i ludności cywilnej?

We wrześniu 1939 roku do polskich obrońców Grodna dołączyli masowo młodociani harcerze oraz uczniowie tamtejszych szkół gimnazjalnych i zawodowych. Miasto, ku zaskoczeniu Armii Czerwonej, bohatersko broniło się przez dwa dni, zadając agresorom duże straty. Symbolem obrony Grodna stał się 13-letni Tadzio Jasiński przywiązany jako żywa tarcza do jednego z sowieckich czołgów. Odbity przez Polaków, skonał na rękach matki, która zdążyła mu powiedzieć: „Tadzik, ciesz się! Polska armia wraca! Ułani z chorągwiami! Śpiewają!!!”.

Po poddaniu miasta żołdacy spod znaku czerwonej gwiazdy rozpętali piekło, rozstrzeliwując obrońców miasta. Nie wahali się zabijać także młodych polskich obrońców. Na Psiej Górce w Grodnie Sowieci rozstrzelali 20 uczniów broniących Domu Strzelca. Dopełnieniem szatańskiego pastwienia się nad obrońcami Grodna było rozjeżdżanie czołgami mieszkańców bohaterskiego miasta.

Polscy nastolatkowie i dzieci wielokrotnie jeszcze zadziwiały swoja odwagą i poświęceniem. Szatańskim podszeptem obłąkańczego nacjonalizmu spod znaku “Tryzuba” było mordowanie polskiej ludności cywilnej kobiet, starców i dzieci. I to nie tylko dzieci narodzonych, ale i tych, które były jeszcze w łonach matek. Same opisy wyrywania dzieci z łon polskich matek przyprawiają o dreszcze. Jakiś czas temu, rozmawiając z rodowitym lwowiakiem, usłyszałem: „Mnie do dzisiaj ukraiński tryzub kojarzy się z widłami diabła i tak już pozostanie”.

Podążajmy dalej strofami wiersza „Katechizm polskiego dziecka”:
– Gdzie ty mieszkasz?
– Między swemi.
– W jakim kraju?
– W polskiej ziemi.
– Czem ta ziemia?
– Mą Ojczyzną.
– Czem zdobyta?
– Krwią i blizną

Symbolem bohaterstwa „Polaka małego” jest niewątpliwie Cmentarz Orląt Lwowskich. W obronie Lwowa wzięła udział powszechnie młodzież akademicka i gimnazjalna, a wśród niej 14-letni Jurek Bitschan, który w liście do ojczyma napisał „Kochany tatusiu! Idę dzisiaj zameldować się do wojska”. Nastoletni Jurek, mimo braku zgody ojczyma, postanowił walczyć o Lwów, przypłacając tę walkę życiem.

Na cmentarzu Orląt Lwowskich leżą także obrońcy Zadwórza – polskich Termopil. To pod Zadwórzem 330 polskich studentów i młodzieży lwowskiej, wśród których było wielu kibiców piłkarskiej Pogoni Lwów, zatrzymało bolszewickie oddziały ciągnące na miasto. Bitwę przeżyło jedynie…12 obrońców. Semper Fidelis…

Jednak pisząc w Dniu Dziecka o „Polaku małym”, nie sposób nie napisać o roli rodziców: ojców, matek, nauczycieli i opiekunów. Do rangi symbolu troski i oddanie dzieciom urósł Janusz Korczak, który razem ze swoimi wychowankami – żydowskimi dziećmi poszedł w 1942 roku na śmierć do komory gazowej w Treblince (mimo że mógł się uratować). Praktycznie nieznana jest też postać księdza Michała Wilniewczyca, który zaopiekował się 733 polskimi sierotami zwanymi „dziećmi z Pahiatua”, wyprowadzonymi z armią gen. Andersa ze Związku Radzieckiego. Kapelan tej armii razem z siostrami urszulankami otoczył schorowane dzieci (z których najmłodsze miało 3 lata) prawdziwie ojcowską i duszpasterską opieką.

– Czy ją kochasz?
– Kocham szczerze.
– A w co wierzysz?
– W Polskę wierzę.

Wszyscy „mali Polacy”, którzy walczyli o swoją Ojczyznę, miłości do rodzinnej ziemi uczyli się od starszych. Ktoś musiał im dawać przykład swoją wiedzą, męstwem i odwagą.

Tak się złożyło, że wczoraj rozmawiałem z Wandą Półtawską, która podkreślała, iż na swojej drodze spotykała niesamowitych nauczycieli, można by rzec Mistrzów. Tym głównym Mistrzem był Karol Wojtyła. Przyjaciółka św. Jana Pawła II podkreśliła też miłość i troskę Karola Wojtyły o Polskę. Przypomniała przy tym, że ustanowienie przez papieża Polaka Światowych Dni Młodzieży było jego troską o wychowanie młodego pokolenia, o przekazanie mu odpowiednich wartości w czasach wzrastania cywilizacji śmierci, której symbolem stała się aborcja i eutanazja.

Ksiądz Józef Maria Bocheński napisał kiedyś, że młody człowiek, uczeń może na swojej drodze spotkać nauczyciela lub Mistrza. I szczęście ma ten, kto właśnie na swojej drodze spotka Mistrza – człowieka, który nauczy „małego Polaka” nie tylko wiedzy czysto naukowej, ale i tego, co ważne. Krótko mówiąc, nauczy go „jak żyć”.

Artykuł ten, mam nadzieję, przeczytają rodzice- aktualni lub przyszli. Im go dedykuję, życząc, by dla swoich dzieci stali się prawdziwymi Mistrzami…