Pięcioosobowa rodzina tylko na koszty obsługi długu publicznego będzie musiała w przyszłym roku wysupłać około 10 tys. złotych. To więcej niż połowa kwoty, jaką mogłaby uzyskać z tytułu programu 500 plus, jeśli objąłby on całą trójkę dzieci. A to tylko wierzchołek góry loddowej, bo oprócz jawnego długu publicznego jest jeszcze dług ukryty. Ile tego jest? – o tym w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Wygląda na to, że nie ma takich poświęceń, których Naczelnik Państwa nie dokonałby dla Polski. To znaczy – nie tyle może dla Polski, ile dla własnych pretorianów, którzy przyzwyczaili się do tego, że „my tutaj rządzim i my dzielim, bez nas by wszystko diabli wzięli” – jak mówił Towarzysz Szmaciak. Toteż jedynym w tej chwili argumentem mającym przekonać suwerenów, by w przyszłym roku poparli Zjednoczoną Prawicę, jest argument mniejszego zła. Może tu i ówdzie mamy jakieś niedociągnięcia, ale Tusk ze swoją Volksdeutsche Partei jest jeszcze gorszy.

To nawet może być prawda, bo – jak pamiętamy, bo rządowa telewizja nieustannie nam to przypomina – minister finansów w rządzie Donalda Tuska powtarzał: „pieniędzy nie ma i nie będzie!”. Tymczasem za rządów „dobrej zmiany” pieniądze zaczęły sypać się jak z rękawa – i na 500 plus i na wyprawki szkolne i na rozmaite dopłaty i rekompensaty po epidemicznych lockdownach, no i wreszcie – na wsparcie dla Ukrainy, w ramach którego rząd „dobrej zmiany” przekazał równowartość 1 proc. Produktu Krajowego Brutto, co na liczby bezwzględne przekłada się na 26–27 mld zł – a przecież to nie jest ostatnie słowo. Gdyby chociaż ta pomoc świadczona była na kredyt – ale gdzie tam! W odróżnieniu od państw poważnych Polska wszystko daje za darmo, podczas gdy takie na przykład Stany Zjednoczone przekazały Ukrainie pomoc odpowiadającą mniej więcej wartości ukraińskich rezerw złota, które w 2015 r. zostały wzięte przez USA „na przechowanie”. A przecież mamy jeszcze 13, 14 i 15 emeryturę i w ogóle – możliwości wydawania pieniędzy jest bardzo wiele, chociaż Milton Friedman twierdził, że są tylko cztery sposoby: pierwszy – gdy wydajemy własne pieniądze na siebie, drugi – gdy wydajemy własne  pieniądze na kogoś innego, trzeci – gdy wydajemy cudze pieniądze na siebie i czwarty – gdy wydajemy cudze pieniądze na kogoś innego. Rząd wydając nasze pieniądze na przychylanie nam nieba – nie mówiąc już o Ukraińcach – wydaje pieniądze w sposób czwarty.

Ale nawet i w tych warunkach trzeba postawić sobie pytanie, skąd te pieniądze rząd „dobrej zmiany” ma, skoro tamten poprzedni nie miał? Najprostsze wyjaśnienie jest takie, że Jarosław Kaczyński w piwnicach Kancelarii Premiera znalazł żyłę złota. Jak tylko trzeba sfinansować program 500 plus czy jakiś inny, to Naczelnik Państwa wysyła do piwnicy pana premiera, ten bierze kilof i łopatę i z żyły złota odłupuje odpowiednią ilość samorodków – i sprawa załatwiona. Jestem przekonany, że bardzo wielu obywateli, a może nawet większość, uważa, że tak właśnie jest i dlatego wyborcza strategia „mniejszego zła” może okazać się skuteczna na tyle, by Naczelnik Państwa pozostał Naczelnikiem jeszcze przez cztery następne lata. Nie jest to jednak takie proste, bo dotychczasowe sondaże pokazują, że Zjednoczona Prawica może wprawdzie uzyskać najlepszy wynik wyborczy, ale nie wystarczy on do samodzielnego utworzenia rządu. Toteż już teraz rozpoczęły się umizgi do Polskiego Stronnictwa Ludowego, które ma stuprocentową zdolność koalicyjną, a w porywach – jeszcze większą. W tej sytuacji do piwnic pod Kancelarią Premiera musiałby schodzić też pan Władysław Kosiniak-Kamysz – oczywiście z trochę mniejszym kilofem i łopatką, żeby i on mógł odłupać sobie z żyły trochę samorodków. Ale czegóż to nie robi się dla Polski?

Jednak najprostsze wyjaśnienia, chociaż oczywiście są najbardziej atrakcyjne i – jakby tu powiedzieć – uwodzicielskie, nie zawsze bywają do końca prawdziwe. Tak się bowiem składa, że rząd „dobrej zmiany” ogłosił projekt budżetu na przyszły rok. Dochody państwa mają wzrosnąć do poziomu 604 mld złotych, co oznacza, że rząd tyle zamierza z nas zedrzeć, ale za to wyda na nas i na Ukraińców ponad 669 mld zł. Z tego może moglibyśmy się cieszyć, gdyby nie to, że koszty obsługi długu publicznego wyniosą co najmniej 66 mld złotych, a więc o 40 mld złotych więcej niż w roku ubiegłym. Cóż bowiem oznacza ta „obsługa”? To nic innego jak płacenie lichwiarskiej międzynarodówce procentów od pożyczonych rządowi polskiemu pieniędzy na praktykowanie „wrażliwości społecznej”. To znaczy, że z tego tytułu na jednego obywatela przypada niecałe 2000 zł. Pięcioosobowa rodzina tylko na koszty obsługi długu publicznego będzie musiała wysupłać około 10 tys. złotych. To więcej niż połowa kwoty, jaką mogłaby uzyskać z tytułu programu 500 plus, jeśli objąłby on całą trójkę dzieci.

Ale to tylko część góry lodowej, bo oprócz jawnego długu publicznego jest jeszcze dług ukryty. Ile tego jest – nikt dokładnie nie wie, może z wyjątkiem tych, którzy wiedzą. Szacuje się, że jest on trzykrotnie większy od długu jawnego, od którego procenty mają w przyszłym roku wynieść 66 mld złotych. Nawiasem mówiąc, podobne koszty obsługi długu publicznego były i za poprzedniego rządu i w 2013 roku wynosiły ponad 50 mld złotych. Jak się okazuje, postęp nie jest znowu taki duży, ale nie o to chodzi, bo o takich sprawach lepiej głośno nie mówić, żeby ktoś nie podsłuchał i żeby czar „dobrej zmiany” nie prysnął.

Dlatego właśnie Naczelnik Państwa, gwoli zastosowania nowego samograja przedwyborczego, proklamował rozpoczęcie dążenia do uzyskania od Niemiec reparacji wojennych, których wartość Wielce Czcigodny poseł Mularczyk kierujący utworzonym niedawno Instytutem Strat Wojennych, wyliczył na około 1 300 miliardów dolarów. Jest to o prawie 500 miliardów dolarów więcej niż uważający się za prezydenta Rzeczypospolitej pan Jan Zbigniew hrabia Potocki  wyprocesował dla Polski przed Europejskim Sądem Arbitrażowym – Sądem Polubownym w Ciechanowie, utworzonym przez regionalną Radę Biznesu w Opinogórze. Wprawdzie Niemcy oświadczają, że sprawa reparacji jest zamknięta, a minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz twierdził, że problem reparacji w stosunkach polsko-niemieckich nie istnieje – ale to przecież wcale nie przeszkadza w rozwijaniu dążenia – przynajmniej do przyszłorocznych wyborów, a może nawet dłużej, bo nawet Naczelnik Państwa przestrzega, że to „nieprędko”. Tym lepiej, bo program dążenia będzie można rozciągnąć w czasie nie tylko na następną kampanię wyborczą, ale i na kolejną. W dodatku jest to całkowicie bezpieczne, bo ani Donald Tusk, ani żaden inny przywódca Volksdeutsche Partei z programem dążenia do uzyskania od Niemiec reparacji wojennych dla Polski nie odważy się wystąpić.

Niestety wśród tych plusów dodatnich jest jeden plus ujemny – bo Naczelnik, być może w celu przelicytowania nie tylko Donalda Tuska, ale i Rafała Trzaskowskiego, który w maju obwąchiwał się z amerykańskimi Żydami – powiązał sprawę reparacji ze sprawą żydowskich roszczeń wobec Polski. Reparacji Polska wprawdzie nie otrzyma, ale za to Żydzi uzyskali to, na czym im zawsze bardzo zależało – uznanie przez Polskę zasadności ich roszczeń.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułForum Ekonomiczne: Jak zwiększać świadomość w zakresie cyberbezpieczeństwa?
Następny artykułCo hamuje rozwój branży napojów w Polsce?