NULL

Kwestie klimatyczne zajmują kluczowe miejsce w programie nowej szefowej KE. Ochrona środowiska naturalnego to także idee fixe unijnych elit. Temat ten lasowany jest z wielką determinacją w wielu europejskich stolicach stając się swego rodzaju polityczną obsesją. Chodzi tutaj o niezwykle ambitne, ale i kosztowne plany doprowadzenia do tzw. neutralności klimatycznej. W największym skrócie sprowadza się ona do tego, że w Unii Europejskiej cała produkcja dwutlenku węgla ma być pochłaniana m.in. przez zalesione obszary czy służące do tego specjalne instalacje. W konsekwencji, emisyjność unijnej gospodarki netto ma być zerowa. Dyskusja o osiągnięciu tego celu odbyła się na czerwcowym szczycie Rady Europejskiej, w ramach której obradują szefowie państw i rządów krajów wspólnoty. We wnioskach ze szczytu planowano umieścić odpowiednie deklaracje mówiące właśnie o neutralności klimatycznej. To stanowisko nie zostało jednak zaakceptowane przez stronę Polską. Oprócz naszej delegacji nie poparły jej także Czechy, Estonia i Węgry.

Zielone zagrożenie dla Polski

Przyjęcie i wdrożenie rzeczonej deklaracji miałyby bardzo poważne konsekwencje dla polskiej gospodarki już w najbliższych latach. Aby cel, jakim jest neutralność klimatyczna, mógł zostać osiągnięty najpewniej nieodzowna byłaby rewizja planów redukcji emisji CO2 do 2030 roku. Obecne zakładają zmniejszenie produkcji dwutlenku węgla do tej daty o 40 proc. w porównaniu z rokiem 1990. Wobec postulatu neutralności klimatycznej prawdopodobnie ten cel zostałby znacznie wyśrubowany. Jednocześnie jednak nie wiadomo, kto miałby pokryć koszty tak głębokiej transformacji przeznaczonej do realizacji w bardzo krótkim czasie. Dla polskiej gospodarki byłby to istny szok, szczególnie biorąc pod uwagę nasz miks energetyczny – węgiel stanowi w nim 80 proc. Chętnych do pokrycia gigantycznych nakładów jednak nie ma, a ogólnikowe zapowiedzi mówiące o solidarności i wsparciu niewiele zmieniają.

Wczytując się w wystąpienie Ursuli von der Leyen w Parlamencie Europejskim, kiedy jeszcze ubiegała się o nowe stanowisko, odnaleźć można całe passusy poświęcone właśnie walce z zanieczyszczeniem klimatu. Niemiecka polityk stawia sprawę jasno: – Naszym najpilniejszym wyzwaniem jest zadbanie, by nasza planeta była zdrowa. To największa odpowiedzialność, a zarazem szansa naszych czasów. Chcę, by do 2050 r. Europa stała się pierwszym, neutralnym dla klimatu kontynentem na świecie. Aby tego dokonać, musimy razem podjąć śmiałe kroki. Nasz obecny cel, jakim jest zmniejszenie emisji o 40 procent do 2030 roku, jest niewystarczający.

Żadnych złudzeń

Ta deklaracja byłej minister obrony Niemiec nie pozostawia złudzeń, w którym kierunku zamierza prowadzić działania związane z polityką energetyczną wspólnoty. Jednak zasadnicze pytanie w tym momencie brzmi, kto ma za to zapłacić? Oczywistym jest bowiem, że takie tempo „ratowania klimatu” będzie kosztować krocie. Największe wydatki zaś będą musieli ponieść ci, którzy są najdalej od proponowanych przez von der Leyen celów. Warto spojrzeń na przykład Niemiec, które aby zmniejszyć udział węgla w swoim mikście energetycznym do 1/3, wydały kilkaset miliardów euro.

Ale to, co jest dobre dla naszej planety, musi być również dobre dla naszych obywateli i naszych regionów. Oczywiście wiem, jak ważną rolę pełnią środki na politykę spójności. Ale potrzebujemy więcej. Potrzebujemy sprawiedliwej transformacji dla wszystkich. Nie wszystkie nasze regiony mają taki sam punkt wyjścia, ale wszyscy mamy ten sam punkt docelowy. Dlatego proponuję utworzenie Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, który wspierałby tych, którzy najbardziej odczuwaliby jej ciężar – przekonuje von der Leyen.

Wydawać by się zatem mogło, że przewodnicząca KE dostrzega problem, jakim są koszty formułowanych przez nią ambitnych planów. Mowa jest o powołaniu specjalnego funduszu. Zaraz jednak pojawia się pytanie, skąd mają pochodzić zgromadzone w nim pieniądze? Innymi słowy, kto i w jakiej proporcji miałby wnosić wkład do owej skarbonki? Nie jest to pytanie bezprzedmiotowe. Spójrzmy, z jakimi trudnościami prowadzone są negocjacje dotyczące powołania wspólnego budżetu strefy euro. Pozornie panuje zgoda, że taki budżet powinien powstać. Trudnością jest jednak to, że brakuje chętnych, którzy chcieliby być tzw. płatnikami netto, wpłacającymi więcej, niż otrzymują. Czy inaczej miałoby być, jeśli chodzi o proponowany przez niemiecką polityk fundusz? Wydaje się to mało prawdopodobne.

Green New Deal na bis

Niemniej nowa przewodniczą Komisji Europejskiej chce postawić na swoim. Świadczą o tym następujące słowa, jakie wypowiedziała przemawiając przed Parlamentem Europejskim: – (…) w ciągu pierwszych stu dni urzędowania przedstawię „Zielony Ład dla Europy”. Przedstawię pierwsze w historii europejskie prawo o klimacie, w którym cel na 2050 r. będzie określony jako obowiązujący przepis.

Tak wyraźna deklaracja nie powinna umknąć naszej dyplomacji. „Zielony Ład dla Europy” łudząco przypomina hasło, jakim posługiwała się część polityków Partii Demokratycznej w Stanach Zjednoczonych. Mówili oni o „Green New Deal”, nawiązując tym samym do programu reform gospodarki, jaki przeprowadził w związku z Wielkim Kryzysem ówczesny amerykański prezydent Franklin D. Roosvelt. Lansowany m.in. przez kontrowersyjną młodą kongreswoman Aleksandrię Ocasio Cortez pomysł zakładał szereg, często absurdalnych propozycji, mających „uratować ziemię”. Ostatecznie pakiet został obśmiany i odrzucony przez Kongres, za czym głosowało wielu kongresmenów z partii Cortez.

Wydaje się, że z „Zielonym Ładem dla Europy” już tak łatwo nie pójdzie. Znamienne jest, że von der Leyen obiecuje jego przeforsowanie w formie unijnego prawa. W grę wchodzą rozporządzenia lub, co bardziej prawdopodobne, dyrektywy. I trzeba mieć na uwadze, że obecna większość w Parlamencie Europejskim oraz stanowisko większości państw członkowskich, co przekłada się na wynik głosowania w Radzie Unii Europejskiej, dają spore szanse na przeforsowanie zamierzeń niemieckiej polityk.

W zupełnie innym świetle

Jeśli zatem zrealizuje ona swoje obietnice, Polska będzie musiała się dostosować do nowych regulacji lub płacić kary, które najpewniej nałoży unijny trybunał w Luksemburgu. A to perspektywę wyboru pani von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej stawia w zupełnie innym świetle. Pozostaje mieć nadzieję, że złagodzi ona swoje stanowisko i okaże większe zrozumienie dla sytuacji takich krajów jak Polska, dzięki poparciu której dostała się na sam szczyt unijnej władzy.