fbpx
sobota, 2 marca, 2024
Strona głównaFelietonKultura jako marża. Co możemy zrobić, aby sprzedawać drożej

Kultura jako marża. Co możemy zrobić, aby sprzedawać drożej

Balcero, superheros transformacji, po trzydziestu latach obmyśla swój drugi plan. Tym razem napędem dla PKB ma być popkultura, gry, komiksy i wszystko to, co dookoła. I co prawda jest to tylko motyw z musicalu, ale ten z pozoru wariacki pomysł ma sens.

Herosi transformacji. Ostateczne starcie to wydarzenie już sprzed kilku lat. Dość powiedzieć, że był to smaczek na okoliczność 30. rocznicy wyborów 4 czerwca. Przez ten czas, a więc od premiery, która była w 2019 r., w Polsce zmieniło się wiele i nic. Od 2020 r. rzeczywistość się skomplikowała nawet bardzo, także na poziomie codziennego życia. Wie to każdy, kto robi banalne zakupy. Po drodze była pandemia, Ukraina cały czas broni się przed Rosją. W Polsce zmienił się rząd. Norma w demokracji, która nie polega na tym, że ktoś wygrywa wybory, tylko na tym, że od czasu do czasu ktoś musi je przegrać. To jest to wiele. Nie zmienił się za to nasz model gospodarczy, który tak naprawdę wcale nie jest zły. Jeśli łapiemy za klamkę elitarnego klubu G20, to naprawdę widać, że lata od przełomu 1989 r. wykorzystaliśmy dobrze. Możemy jednak chcieć więcej. Powinniśmy. Jest to normalny i zdrowy stan. Po osiągnięciu jakiegoś celu trzeba określić kurs na kolejny. Inaczej zatopimy się w koleinach codzienności. Widać to w Europie. Udało nam się przegonić Grecję i Portugalię nie tylko dlatego, że Grecy po drodze mieli kryzys, a my Polacy nieodmiennie jesteśmy pracowici, przedsiębiorczy i zwyczajnie, jak na europejskie warunki, nie tacy nieliczni. Udało się to także dlatego, że kraje południa nie bardzo wiedzą i nie bardzo wiedziały, co ze sobą zrobić.

Jednocześnie stale obecny w Polsce zarzut pod adresem nas samych to narracja o kraju, który stał się montownią i postawił na nieskomplikowane podwykonawstwo. Montownią zresztą nie tylko produktów przemysłowych, ale też usług. W tej wersji nazywam to „payrollnią”, bo akurat nieśmiertelne „payrolle” to właśnie to, co przeważnie robi dla lepiej obytych z kapitalizmem eurokolegów nasza rodzima biurowa klasa średnia (a potem nazywa to pracą umysłową). Jest w tej opowieści pewien fałsz, bo sugeruje ona, że w czasach PRL było lepiej. Nie było. Produkowaliśmy przy pomocy przestarzałych technologii, a nieliczne wyspy „hi-techu” późnego realnego socjalizmu były na poziomie średniej klasy produktów z Zachodu. To tylko nam się wydawało, że Kasprzak może rywalizować z Sony, a polonez z volkswagenem Polo. Jest też jednak jakaś prawda. Polakom trudno przebić się na świecie z wysoko marżowym produktem. Nie jest to niemożliwe i nasze firmy przecież mają sukcesy. Ale jest to trudne.

Kultura, przede wszystkim w wydaniu pop, to z kolei bardzo dobrze omarżowiony produkt i lubię tak o niej myśleć, jako o czymś, co ktoś produkuje, ktoś sprzedaje i ktoś kupuje. Można też zresztą w ten sposób pozycjonować również kulturę wysoką, ona również może być sprzedawana. I musi mieć swoich sprzedawców, bo bez nich nie będzie znajdować kupców. Dodatkowo, jeśli ktoś naprawdę chce pisać wiersze do szuflady albo tworzyć tylko dla siebie, nie na pokaz i tym bardziej nie dla zysku, jak najbardziej może. Choć jeśli robi to dobrze, to szkoda, że dzięki mechanizmowi cen jego twórczość nie trafia do tych, którym się podoba. Tak czy inaczej, produkcja dzieł kultury, wysokiej czy popularnej, to w pewnym uproszczeniu oferowanie czegoś, co naprawdę daje zysk. Różnie rozumiany.

Oczywiście Polska to za duży kraj na to, aby mógł się utrzymywać z dzieł artystów. Jedynie niektóre mikro-państwa, odległe oceaniczne wyspy lub zabytki po feudalnej Europie mogą sprzedawać na tyle znaczków, aby zysk z nich był jakoś widoczny w niewielkim budżecie. Możemy jednak, jako kraj, śmielej myśleć o sprzedawaniu na zewnątrz swojej kultury i zarabianiu na niej.

Na dwa sposoby. Po pierwsze, ludzie potrzebują kontentu i choć w jego pisaniu coraz lepsze będą maszyny, to nadal większość pisania robią ludzie. Platformy streamingowe dają ogromną szansę na popularyzację własnego przekazu. Przecież mamy co sprzedać, tylko musimy wiedzieć jak. Jakimś przykładem są Koreańczycy z południa, którzy nie produkują seriali czy filmów o tym, jak bardzo cierpieli w historii, choć oczywiście zdarzało im się to dość często. Zamiast tego mają dla nas produkcje na różne tematy, także z kategorii fantastyki, ale osadzone w Korei. W przeciwieństwie do opowieści o wszystkich pannach wiecznie wyklętych i okręcaniu historii dookoła szczególnie XX-wiecznych, taka sprzedaż działa również jako budowanie PR-u kraju przyjaznego, mającego jakieś perspektywy, a nie tylko trudną przeszłość. Koreańczycy promują więc siebie i swój kraj niejako przy okazji. Ich twórcy zarabiają. Zyskuje też ich gospodarka.

Co tu jest ważne, to oczywiście język, nośnik kultury. Nasz nie jest wyjątkowo popularny, jeśli na niego spojrzeć z globalnej perspektywy. Wszystko jednak można przetłumaczyć i algorytmiczna inteligencja będzie w tym coraz lepsza, jej wykorzystanie zaś coraz tańsze. Seriale, w których będą grać Polacy, ale które na przykład w Korei tamtejszy widz usłyszy mówione po koreańsku, dodatkowo ze synchronizowaną z dźwiękiem mimiką twarzy aktora, to nie jest odległa przyszłość, raczej coś, co wydarzy się w ciągu kilku lat.

 

Czyli, tu wracam do początku, potrzebujemy więcej polskich seriali, komiksów, gier, w konsekwencji zaś franczyz i światotwórstwa, ale wychodzącego spod polskiej ręki. To kultura jest tym omarżowionym produktem, jaki możemy sprzedawać. I przecież to już się dzieje, ale nie możemy być znani tylko z „Wiedźmina”.

Drugi sposób jest bardziej ogólny. Inwestowanie w kulturę, czy to na poziomie indywidualnych wyborów przedsiębiorstw chcących dostarczyć na rynek na przykład komiks, czy też państw prowadzących lepiej lub gorzej politykę w tym obszarze, ma wyraźne ekonomiczne konsekwencje. Popularna kultura danego narodu przekłada się na możliwość lepszego zarobienia także na materialnych produktach, które wytwarzają jego przedstawiciele. Ponieważ Włochy czy Francja kojarzą się z luksusowymi przedmiotami i taką też odzieżą, to producenci z tych krajów mogą sprzedać je drożej, bo sprzedają pewną markę, zestaw skojarzeń. Inni producenci, na przykład z Polski, mogą za to udawać włoskość swoich butów, torebek i walizek, z włoska nazywając swoje firmy. Co jest dowodem na to, że włoska marka działa. Ale jest coś jeszcze. Popularna kultura pokazująca dany naród jako ważny, ciekawy, złożony z ludzi kreatywnych, pozwala na obniżanie kosztów transakcyjnych. Łatwiej nam kupować i sprzedawać od ludzi, którzy mówią takim jak my językiem. Polski nie stanie się jednak siódmym oficjalnym językiem ONZ. Możemy jednak promować naszą kulturę, sprzedawać ją po to, aby później ułatwiać sprzedaż innych dóbr, oby takich, na jakich zarabia się jak najwięcej.

I jeszcze kilka uwag bardziej ogólnych. Tak jak można być montownią produktów przemysłowych, tak można też być montownią cudzej kultury. Nie chodzi więc o to, aby na przykład udostępniać plany filmowe ekipom obcokrajowców albo tylko patrzeć, kiedy to oni podejmują temat Polski i Polaków w swojej twórczości – choć oczywiście i jedno, i drugie może się nam opłacać, może też dawać fascynujące efekty. Chodzi o to, aby to nasi twórcy mieli kontrolę nad całym procesem i umieli wysłać w świat produkt. W tym wszystkim, jak to w libertariańskim felietonie, warto oczywiście omówić także rolę państwa. Javier Millei, anarchokapitalistyczny realista z Argentyny, mógł zlikwidować ministerstwo kultury. Ale jego kraj jest z grubsza bezpieczny, jeśli spojrzeć na jego otoczenie, co też ważne, wiele kompetencji dawnego ministerstwa znalazło się w nowym superresorcie: Ministerstwie Zdrowia i Kapitału Ludzkiego. Nawet libertarianin nie zlikwidował więc wpływu państwa na kulturę do zera. Polska to nie Argentyna. Polska jest tym czym jest dlatego, że leży na uskoku płyt polityki i idei. Jeżeli nie będziemy utrzymywać naszego ministerstwa kultury, to będziemy utrzymywać rosyjskie. Bo kultura jest trochę jak broń i w ten sposób również należy o niej myśleć. Wojna dzisiaj toczy się coraz bardziej w przestrzeni informacji i jeśliby porównać to do otwartego, kinetycznego konfliktu, to w kwestii pospolitego ruszenia – rynkowej produkcji kultury – jest z nami nieźle, choć mogłoby być lepiej, o tym jest przecież ten felieton, gorzej jest jednak z armią zawodową, która dziwnie inwestowała przez osiem ostatnich lat. Promocja Polski mogłaby być zorganizowana inaczej. Granie prawie tylko męczeństwem i czynem zbrojnym jest równie nietrafione, co czekoladowy orzeł, niebezpiecznie głupie antypody turbopatriotyzmu. Unikajmy obu tych skrajności, traktując nasze opłacane przez podatników instytucje kultury przede wszystkim jako promotorów i przestrzeń pozwalającą na pokazanie przeróżnej twórczości.

Obrazek dla gładszego powiedzenia tego, o co mi chodzi. Takie podejście przypomina mi sytuację, w której razem z innymi polskimi admiratorami szkoły austriackiej gościłem na kolacji u ówczesnego ambasadora Austrii w Polsce. Powiedział nam on, że jego sympatie dotyczące tradycji ekonomicznych są gdzie indziej. Ale ostatecznie szkoła austriacka jest, no właśnie, kawałkiem dziedzictwa Austrii. Dlatego też on z przyjemnością będzie zapraszał do siebie tych, którzy również się nią interesują. Jasne, ambasador zajmuje się nie tylko kulturą swojego kraju. Ale tu chodzi właśnie o ten sposób myślenia.

Możemy pieniądze podatników wykorzystać właśnie w taki sposób. Ignacy Czwartos i Wilhelm Sasnal są różni i to widać doskonale w ich twórczości. Ale obaj mówią po polsku. Obu należy więc dawać platformę i ułatwiać, aby sami siebie mogli promować jak najlepiej. I pokazywać różnym odbiorcom, że Polska jest przestrzenią różnorodności. Możliwej dzięki wolności. Mamy być z czego dumni, możemy być dla innych ciekawi. Możemy na tym zarabiać.

Marcin Chmielowski

Każdy felietonista FPG24.PL prezentuje własne poglądy i opinie

Marcin Chmielowski
Marcin Chmielowski
Politolog, doktor filozofii, autor książek, scenarzysta filmów dokumentalnych.

INNE Z TEJ KATEGORII

Prawda jak wino potrzebuje czasu

To nie polityka tylko w dużej mierze ekonomia zadecydowała o kierunku, w jakim rozwija się konflikt rosyjsko-ukraiński. Ekonomia wojny i wojenna ekonomia. I tutaj musimy zmierzyć się z prawdą dotyczącą m.in. stanu rosyjskiej gospodarki. Prawdą, która stoi w opozycji do opinii, jakimi karmiliśmy się na długo przed wybuchem pełnoskalowej wojny.
6 MIN CZYTANIA

Wiosna i wybory samorządowe

Samorządy terytorialne – jak się okazuje – są zadłużone na 90 mld zł, z czego za połowę długu odpowiadają miasta, zwłaszcza te na prawach powiatu. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że nasi Umiłowani Przywódcy ze szczebla samorządowego pragną przychylić swemu ludowi nieba, a wiadomo, że czegoś takiego za darmo się nie zrobi.
5 MIN CZYTANIA

Awaria na kwadrans i godzina na W

Jesteśmy mistrzami prowizorki, jesteśmy świetni w improwizowaniu, jesteśmy czempionami w solidarności. Ale skoro w podatkach płacimy za zorganizowanie nam obrony cywilnej, to powinniśmy tę obronę mieć.
4 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Awaria na kwadrans i godzina na W

Jesteśmy mistrzami prowizorki, jesteśmy świetni w improwizowaniu, jesteśmy czempionami w solidarności. Ale skoro w podatkach płacimy za zorganizowanie nam obrony cywilnej, to powinniśmy tę obronę mieć.
4 MIN CZYTANIA

Czas wolny jako wyzwanie. Czy mit arkadyjski jest możliwy w XXI wieku?

Przemysław Staciwa to mój kolega z branży, a więc człowiek, który tak jak ja pisze o liberalnych ideach. Lektura jego książki okazała się być ożywcza i bardzo ciekawa. Wśród bardzo wielu wątków, jakie w niej znajduję, jeden wydaje mi się szczególnie ciekawy w weekend. Bo to właśnie wtedy piszę felietony.
5 MIN CZYTANIA

Perspektywa Moskwy. I pytania od polskiego podatnika

Tucker Carlson już dawno temu wpisał się na listę tych zachodnich dziennikarzy, którzy usprawiedliwiają Rosję. Czy to w jej sowieckiej, czy w imperialnej wersji. To tak naprawdę wcale nie jest jakoś szczególnie ciekawe. Dużo ciekawsze jest to, co Polska ma z tym wspólnego.
7 MIN CZYTANIA