Gdybym dziś miał napisać poważne opracowanie na temat polskiego rynku kredytowego, nazwałbym je „teorią trzech przekrętów” – mówi nam Krzysztof Oppenheim. Z prowadzącym Kancelarię Doradztwa Finansowego, ekspertem od bankowości, finansów i rynku nieruchomości, znanym Czytelnikom naszego portalu autorem cyklu „Poradnik Oppenheima”, rozmawiamy o stopach procentowych, systemie kredytowym, działaniach RPP oraz o tym, jak się bronić przed hipotecznym bankructwem.

Krzysztof Oppenheim

Wysokie raty kredytów dokuczają Polakom nie mniej niż sama inflacja. Nic dziwnego, że coraz więcej osób dostrzega szkodliwość działań Rady Polityki Pieniężnej i poddają ja – podobnie jak Pan – tak ostrej krytyce.

Mamy tu podobną sytuację, jaką obserwowaliśmy podczas pandemii, kiedy „lekarstwo” okazuje się groźniejsze od choroby. Mówię o kolejnych lockdownach, ograniczeniach i obostrzeniach, które prawie na dwa lata wywróciły do góry nogami nasze życie. Chociaż, jak się okazało, wirus ten wcale nie był tak groźny, co dziś widzimy wszyscy. W przypadku działań Rady Polityki Pieniężnej – czy ktokolwiek zauważył jakieś pozytywne skutki podnoszenia stóp procentowych w zakresie walki z inflacją? Bo przecież tak nam się cały czas tłumaczy fakt, że raty naszych kredytów windują w kosmos: jako ratunek przed wzrostem cen.

To skąd wzięło się twierdzenie, że wysoka stopa procentowa hamuje inflację? Czy to jest jakiś dogmat, w który każe nam się bezrefleksyjnie wierzyć, czy może faktycznie tak jest?

Na temat absurdalnej teorii, iż poprzez podnoszenie stóp procentowych opanujemy wzrost cen wypowiadałem się kilkakrotnie, m.in. w dwóch poniższych publikacjach dla FPG24.PL (TUTAJ i TUTAJ). W największym skrócie: przecież doskonale wiemy, jakie są przyczyny inflacji. Są to m.in.: wzrost cen surowców, energii, gazu i paliw. Czy drogie kredyty zmienią ten stan rzeczy? Dodajmy jeszcze dziesiątki miliardów złotych – „pustych” pieniędzy – rzucanych co miesiąc na rynek przez rząd Mateusza Morawieckiego. Czy w okresie przedwyborczym te transfery zostaną ograniczone? Mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że będzie odwrotnie, co z pewnością jeszcze bardziej nakręci inflację. To nie wszystko. Bardzo wysokie oprocentowanie kredytów zabija gospodarkę, więc obniży znacząco nasz PKB w kolejnych miesiącach i latach. Skoro tak: wzrośnie deficyt budżetowy, czyli rząd będzie musiał drukować (lub pożyczać) kolejne ogromne środki, aby tę dziurę załatać. Działania RPP to nic innego jak gwóźdź do trumny: nie tylko gospodarki, ale też naszych osobistych finansów. Ceny oczywiście dalej rosną, ale także koszty spłaty kredytów.

Ale to nie jedyny zarzut jaki stawia Pan sektorowi finansowego. Co jeszcze jest nie tak w naszym systemie kredytowym?

Gdybym dziś miał napisać poważne opracowanie na temat polskiego rynku kredytowego, nazwałbym je „teorią trzech przekrętów”. Jeden już poznaliśmy: wmawianie nam, że niska stopa procentowa jest zła, bo stymuluje inflację, choć jest dokładnie odwrotnie. Mamy jeszcze dwa inne przekręty, w tym jeden – niezwykle groźny w skutkach dla nas wszystkich. Jest to powszechnie stosowana stopa zmienna.

Jaki wpływ na obsługę kredytów ma zmienna stopa procentowa? Dlaczego nazywa Pan takie rozwiązanie przekrętem?

Przyznaję szczerze, że mimo swojej 30-letniej aktywności w bankowości, wcześniej się nad tą kwestią nie zastanawiałem. Ale spójrzmy na ten temat z punktu widzenia konsumenta. Jeśli decydujemy się na zakup jakiegokolwiek towaru, szczególnie w sytuacji, jeśli nie jest to artykuł pierwszej potrzeby, zawsze się zastanawiamy, czy nas stać na dany towar / usługę. Dlatego wybierając się na wakacje, nie wszyscy latają na Malediwy, czy też spędzają urlop w hotelach pięcio gwiazdkowych. Aby stwierdzić, czy na dany produkt nas stać, musimy poznać jego cenę i oczywiście ma to ZAWSZE miejsce przed zakupem. ZAWSZE poza sytuacją, kiedy „produkt” w postaci kredytu lub pożyczki oferowany jest przez bank, nazywany przewrotnie „instytucją publicznego zaufania”. W tym wypadku, tj. jeśli kredyt opiera się na stopie zmiennej, cena kredytu może zmienić się w sposób absolutnie dowolny i może mieć to miejsce nawet kilkanaście lat po dacie „zakupu”, czyli po udzieleniu kredytu/pożyczki, mowa tu o kredytach hipotecznych. Jakbyśmy to przekładali na decyzję o zakupie samochodu na kredyt, to tak ten stan można opisać: decydujesz się na zakup malucha, a raty płacisz jak za ferrari. Czy to nie jest przekręt? Uznaliśmy, że nie, bo nasz system kredytowy nie zna stopy stałej. To wręcz niewiarygodne, jeśli weźmiemy pod uwagę zagrożenia, jakie wiążą się ze stopą zmienną.

Został jeszcze przekręt nr 3, czyli WIBOR. Dlaczego uważa Pan, że zarówno sam WIOBOR, jak i sposób, w jaki jest ustalany, to także jeden z „systemowych przekrętów” związanych z kredytami?

Sposób, w jaki ustalany jest wskaźnik WIBOR, czyli składnik niemal każdego kredytu w „naszych” bankach, to jedna wielka kpina. W dużym skrócie: spotyka się dziesięciu (czasem jest to mniejsza grupa) przedstawicieli różnych banków i niby ustalają, po jakiej cenie mogą sobie wzajemnie udzielać pożyczek. Odniesieniem tu zawsze jest aktualna stopa kredytu refinansowego, ustalana przez NBP. Ci właśnie „eksperci rynku finansowego” dodają co nieco do tego, co narzuci RPP (od 0.2 pkt. proc. do nieco powyżej 1 pkt. proc) i dana stawka jest wyznacznikiem wysokości bieżącej raty kredytu. Dwa główne wskaźniki, które stosowane są w naszej polityce kredytowej, to WIBOR 3M i WIBOR 6M (czyli te niby międzybankowe pożyczki na okres odpowiednio 3-ch i 6-ciu miesięcy). Tu jedna uwaga: ponieważ od dłuższego czasu każdy bank komercyjny w Polsce ma nadpłynność, więc nikt nic nikomu nie pożycza… Jak się łatwo domyśleć, w interesie tychże „ekspertów finansowych” jest to, aby ustalić wskaźnik WIBOR na jak najwyższym poziomie. Czyż to nie jest żart z nas wszystkich?

To wszystko, o czym rozmawiamy, fatalnie wpływa na sytuację polskich przedsiębiorców. Kto Pana zdaniem odpowiada za obecną sytuację, w jakiej znalazł się polski sektor MŚP – z jednej strony zmuszony zmagać się z największą od niemal 30 lat inflacją, z drugiej z rosnącymi stopami procentowymi, co ma ogromny wpływ na wysokość spłacanych przez przedsiębiorców kredytów?

Naiwnie można by całą winę zrzucić na PiS – bo przecież teraz „oni” rządzą. I to jest najgorsza interpretacja otaczającej nas rzeczywistości, bo w konsekwencji w najbliższych wyborach będziemy bezmyślnie głosować na Koalicję Obywatelską. A wystarczy sprawdzić, że właśnie KO optowała na dużo większym zamordyzmem sanitarnym podczas pandemii, co na szczęście powstrzymała Solidarna Polska, a więc frakcja związana z obecnym rządem. Podobnie sprawa się ma ze stopami procentowymi. Członkowie RPP, powołani głosami KO, w tym Pan Ludwik Kotecki i Pani Joanna Tyrowicz, optują za jak najwyższymi podwyżkami stóp procentowych. Na szczęście ich zapędy zahamowała „pisowska” część RPP, z prezesem Glapińskim na czele. Kogo zatem winić za obecną sytuację przedsiębiorców, kiedy zagrożenia atakują nas ze wszystkich stron? Winny jest „system”, czyli coś znacznie potężniejszego niż rząd. W skład „systemu” wchodzą wszystkie opcje polityczne, banki, sądy, wszystkie inne urzędy „przyjazne” przedsiębiorcom, typu Urząd Skarbowy i ZUS. Tu oczywiście narzuca się pytanie: kto tym potworkiem (czytaj: systemem) steruje? To pytanie nie do mnie, ale skoro nawet przy wybuchu rakiety w Przewodowie musimy czekać na komunikat w tej sprawie od administracji Joe Bidena, to widać, że sterują tym „systemem” zupełnie obce nam organizmy. A te z pewnością nie służą polskim interesom, tylko swoim własnym. Przypomnę tu choćby fakt, iż temat podnoszenia stóp procentowych na całym świecie ustalany jest w USA i obwieszczany „poddanym” przez guru środowiska bankierów centralnych – Jerome Powella, od 2018 r. szefa FED-u.

Jak po roku podnoszenia stóp procentowych wygląda sytuacja osób, które mają kredyty hipoteczne? W jak dużym stopniu uderzyła w nich polityka podnoszenia stóp procentowych?

Jesteśmy po 11-tu podwyżkach stóp procentowych, skutkiem czego raty kredytów hipotecznych wzrosły mniej więcej dwukrotnie – to już zależy od konkretnych warunków w danej umowie. Czyli jeśli we wrześniu 2021 r. miałem ratę na poziomie 2400 zł, obecnie podchodzi już pod 5000 zł. Ale przecież nasi ekonomiści grzmią – niemal jednym głosem – że stopy procentowe w Polsce powinny być jeszcze wyższe. Wspomniany członek RPP Ludwik Kotecki we wrześniu br. wypowiadał się, że powinno być jeszcze 20 podwyżek stóp procentowych. W sytuacji, kiedy kredytobiorca ma określone dochody, bo pracuje na etacie, a poprzez inflację i wysoką ratę hipoteki traci płynność finansową, znajduje się w potrzasku. Może oczywiście oszczędzać na innych wydatkach, typu jedzenie, rozrywki, wakacje, ale nie może tego uczynić w przypadku spłaty kredytu. Skorzystanie z wakacji kredytowych jawi się w tym wypadku jedynie jako przedłużenie agonii. Póki są te wakacje, jakoś budżet mu się zamknie, ale co potem? Dodatkowo dochodzi ogromny stres, jeśli w tej nieruchomości mieszkamy wraz z rodziną. To właśnie jest efektem wspomnianej stopy zmiennej: to zbrodnicze narzędzie stosowane powszechnie wobec polskich rodzin, które świadomie i w pełni rozsądnie zdecydowały się na zakup własnego M, znając koszt obciążeń związanych z kredytem. Ale kiedy rata wzrosła dwukrotnie: kredyt ten może zniszczyć im życie, mogą stać się bankrutami. Ale kogo to obchodzi, oprócz zainteresowanych?

Pojawiły się opinie, że supertani kredyt hipoteczny w polskich złotych w latach 2020–2021 był zaplanowaną pułapką, taką samą jak kredyty w latach 2007–2008 udzielane we frankach szwajcarskich. Widać tu pewne analogie – w obu przypadkach podobny scenariusz: czas prosperity, kredyt z bardzo niskimi ratami i nagle krach. Jakie jest Pana zdanie na ten temat? Jest coś na rzeczy?

Analogie są oczywiste. W okresie 2007–2008 byłem chyba jedynym pośrednikiem kredytowym, który oficjalnie wypowiadał się przeciwko korzystaniu wówczas z finansowania w CHF. Wtedy sytuacja była do przewidzenia ze względu na bardzo niski franka wobec PLN. Mimo to banki reklamowały się niemal wyłącznie z hipoteką we frankach, ładnie nazywając takie rozwiązanie jako „kredyt w najbezpieczniej walucie świata”. Walutowy krach we wrześniu 2008 r. był dość łatwy do wywołania, zważywszy, że międzynarodowy system finansowy jest sterowany centralnie, o czym już wspominałem. W okresie poprzedzającym krach mieliśmy w Polsce potężne prosperity, szalało budownictwo mieszkaniowe, a sektor finansowy przyszedł nam „z pomocą”, oferując bardzo tani kredyt w CHF. A jaką sytuację mieliśmy przed wrześniem 2021 r.? Także mocne wyniki gospodarki, odradzającej się po pandemii, wysyp inwestycji deweloperskich i bardzo, bardzo tani kredyt w naszej walucie. Proszę zwrócić uwagę, jak łaskawie nas wówczas traktowali „eksperci finansowi”, ustalający WIBOR: przez kilka miesięcy był na poziomie poniżej 0,5 pp. Była to doskonała zachęta do skorzystania z oferty kredytowej. I tak faktycznie się działo: rynek hipotek rozkręcił się na dobre. Uznaję, że w obu przypadkach zostaliśmy wprowadzeni w pułapkę, kiedy to w pełni rozsądnie, mając odpowiednie dochody, decydowaliśmy się na kredyt hipoteczny, który potem dla wielu z nas okazał (lub okaże) się pułapką bez wyjścia. W slangu finansistów (czytaj: szumowin) z WALL STREET taka akcja nazywana jest jako „strzyżenie owiec”. Czyli najpierw wywołujemy prosperity, niech wtedy „owcom” urośnie sporo drogocennej wełny, a potem są one strzyżone do gołej skóry. Właśnie jesteśmy w tej fazie. Nie byłoby to możliwe, gdyby w kredytach obowiązywała stopa stała. Ale tak nie jest: niemal 100 proc. produktów kredytowych opiera się w Polsce na stopie zmiennej.

Jak zatem ma się bronić kredytobiorca hipoteczny przed bankructwem? Czy warto iść do sądu, aby podważyć treść umowy, choćby ze względu na oparcie oprocentowania na WIBORZE-e? 

Czy warto iść do sądu? I z jakimi argumentami? Na pewno najłatwiej jest podważyć sposób ustalania wskaźnika WIBOR. Obecnie liczne kancelarie prawne na tym właśnie przekręcie zwietrzyły interes i będą namawiać kredytobiorców hipotecznych do pozwania banku, właśnie ze względu na wskaźnik WIBOR. Z pomocą w tego typu sporach przyszedł prawnikom (podkreślam: prawnikom, a nie kredytobiorcom!) sąd w Katowicach, który w listopadzie br. w jednej ze spraw zgodził się na zabezpieczenie powództwa, obniżając na czas procesu ratę kredytu poprzez pominięcie WIBOR-u przy naliczaniu odsetek. W ten sposób rata kredytobiorcy-powoda spadła z 6700 zł/mies. na 1700 zł. Jakże powyższe zadziałać może na innych kredytobiorców! Jednak nie łudźmy się, że tego typu procesy będą kończyć się sukcesem kredytobiorców. Wszak sądy są bardzo istotną częścią „systemu” (podobnie jak banki), więc kredytodawca w tym wypadku jest sędzią we własnej sprawie. Z innej strony, jeśli sądy by – w pełni słusznie i sprawiedliwie – orzekały, że wszystkie kredyty oparte na wskaźniku WIBOR to oszustwo i powinny być unieważnione, to bardzo szybko wysadzony byłby w powietrze nasz system finansowy i bankowy. Czyli też niedobrze.

Na koniec proszę opowiedzieć o Pańskim autorskim programie pomocowym dla wszystkich, którzy zostali poszkodowani przez obecną sytuację związaną z tzw. walką z inflacją i drastycznymi obciążeniami związanymi ze spłatą kredytów.

Z treści naszej rozmowy może wynikać, że jesteśmy na z góry przegranej pozycji. Na szczęście tak nie jest. Właśnie dziedzina, w której się specjalizuję, czyli antywindykacja, wypracowała bardzo wiele technik obrony konsumentów i przedsiębiorców przed działaniem opresyjnego systemu. Co do kredytów hipotecznych: polecam zapoznanie się z moim autorskim rozwiązaniem, który nazwałem „10 Lat Wakacji Kredytowych”.  Jak sama nazwa wskazuje: działając zgodnie z tymże programem, możemy przez kolejne 120 miesięcy nie spłacić na poczet „hipoteki” ani złotówki, a bank może nam „nakukać”. Na dodatek… wszystko jest zgodne z prawem. Program ten opiera się na wykorzystaniu wielu słabych stron „systemu”. Opisane rozwiązanie przedstawię w kolejnej publikacji dla portalu FPG24.pl.

Rozmawiał Krzysztof Budka

 

Poprzedni artykułWęgry pod unijnym szantażem
Następny artykułRosja zamierza omijać unijne sankcje transportując ropę do Chin przez lody Arktyki