Jak przed wojną Polska handlowała z Amerykanami, czyli historia polskiego ciężkiego karabinu maszynowego Browning wz. 30.

Po zakończeniu trwających w latach 1918-1921 walk o polskie granice, Wojsko Polskie przystąpiło do ujednolicania broni strzeleckiej znajdującej się na wyposażeniu armii. Już podczas I wojny światowej szczególną skutecznością wykazały się ciężkie karabiny maszynowe. Polska armia używała różnorodnej broni i dysponowała także wieloma modelami ciężkich karabinów maszynowych.

Jasnym było, że po zakończeniu działań wojennych broń używaną w Wojsku Polskim należało ujednolicić, chociażby ze względu na rodzaj produkowanej w Polsce amunicji. Tak się złożyło, że w 1921 roku Rada Ambasadorów zadecydowała o przyznaniu Polsce broni ze znajdującej się w Gdańsku poniemieckiej fabryki Königliche Gewehrfabrik. Taki obrót sprawy spowodował, iż zdecydowano, że przepisowym karabinem Wojska Polskiego będzie Mauser, a w konsekwencji podstawowym nabojem karabinowym nabój 7,9 mm Mauser.
Takie posunięcie spowodowało jednak problem z bronią maszynową. Jedynym ciężkim karabinem maszynowym wykorzystującym tę amunicję był niemiecki Maxim wz. 08 – jednak te ciężkie karabiny, znajdujące się na stanie polskiej armii, były już mocno zużyte, a zakup nowych w Niemczech był niemożliwy. Niemcom, według postanowień Traktatu Wersalskiego, zakazano ich produkcji.
Niestety do pozostałych ciężkich karabinów maszynowych znajdujących się w znacznych ilościach na wyposażeniu Wojska Polskiego (Maxim wz. 10, Schwarzlose wz. 07/10 Vickers wz. 09 oraz Hotschkiss wz. 14) poniemiecka amunicja nie pasowała. Jedynie rosyjską wersję Maxima (wz. 10) można było przystosować do amunicji 7,9 mm Mauser, co zresztą niezwłocznie uczyniono.

Francuski bubel

Jedynym rozsądnym rozwiązaniem było wycofanie pozostałych ciężkich karabinów maszynowych i zastąpienie ich nową, nowoczesną konstrukcją.
Już wtedy młode państwo polskie musiało się zmagać z zagranicznym lobby i profrancuska opcja w polskim Sztabie Głównym predestynowała na nowy ciężki karabin maszynowy konstrukcję Hotchkissa. Francuzi mieli wyprodukować dla polskiej armii ten karabin w wariancie na nabój Mausera. Decyzją polskich władz, na przełomie 1924 i 1925 roku, do polskiej armii miało trafić dokładnie 1250 sztuk nowego karabinu maszynowego.
Dla Francuzów taki kontrakt był niezwykle łakomym kąskiem. Wkrótce jednak okazało się, że francuska produkcja, przyjęta na wyposażenie Wojska Polskiego pod oznaczeniem ckm wz. 25, była wyjątkowo felerna. Karabiny te charakteryzowały się słabą celnością, często przegrzewającymi się lufami i najzwyczajniej często się też zacinały, co na polu walki mogło skutkować tylko jednym – wielką tragedią. Niedokładna francuska modyfikacja ciężkiego karabinu maszynowego zbierała bardzo złe recenzje, toteż nic dziwnego, że zaczęto myśleć o kolejnym modelu tak potrzebnej nam broni. Tymczasowym rozwiązaniem było wycofanie felernych karabinów z piechoty i przekazanie jej artylerii. W piechocie przywrócono wcześniejszy model Hotchkissa na francuską amunicję.

Licencja której… nie było

W grudniu 1927 roku rozpisany został w Warszawie konkurs na nowy ciężki karabin maszynowy dla Wojska Polskiego. W szranki stanęło wtedy pięciu dostawców z Europy i Ameryki. O dziwo, rękawicę ponownie podjął francuski Hotchkiss proponując poprawioną wersję felernego karabinu wz. 25. Ponadto o kontrakt dla polskiej armii walczył czechosłowacki karabin maszynowy Schwarzlose-Janeček vz. 07/12/27, Vickers-Armstrong z karabinem Vickers Mk I (przerobionym na nabój Mausera), karabin maszynowy Colt M1928 proponowany też przez Vickers-Amrmstronga (ale jako europejski agent Colta) oraz proponowany przez amerykańskiego Colta karabin maszynowy, także pod nazwą Colt M1928, a będący eksportową wersją ckm Browninga M1917A1.
Pierwszy etap miał wyłonić trzy zwycięskie konstrukcje. Takimi okazały się być karabiny: Browning, przed Hotchkissem i Schwarzlose-Janeček.

Do drugiej fazy konkursu, który odbył się latem 1928 roku, Polacy postanowili zaprosić tylko dwóch producentów: amerykańskiego Colta i Vickersa. Polska decyzja spowodowała liczne skargi, a nawet noty dyplomatyczne ze strony francuskiej. Jednak Polacy się tym nie przejęli – felerny francuski karabin maszynowy zrobił tak złą reklamę producentowi, że o kolejnym francuskim modelu nie było już mowy.
W drugim etapie konkursu ponownie najlepsze okazały się karabiny Browning, z tym że nieco gorzej wypadła europejska modyfikacja karabinu w wersji na nabój niemiecki dostarczony przez Vickersa.

Podczas dalszych rozmów amerykański Colt zażądał za licencję produkcyjną gwarancję zamówienia u siebie minimum 3000 egzemplarzy serii pilotowej oraz dodatkowo astronomiczną wtedy kwotę 450 tysięcy dolarów, co przy ówczesnym kursie (1 USD – ok. 9 zł) kosztowałoby Polskę ponad 4 mln zł.

Polscy wojskowi mieli już wcześniej bardzo złe doświadczenia z innym europejskim agentem Colta – belgijską firmą FN, która oferowała polskiej armii licencję oraz dokumentację produkcyjną fałszywie twierdząc, że nadesłane na konkurs egzemplarze broni pochodzą już z europejskiej produkcji seryjnej. W rzeczywistości firma FN na konkurs wysłała karabiny… amerykańskie. Szwindel wyszedł na jaw, gdy Belgowie nie byli w stanie wywiązać się z kontraktu (który wygrali) na dostarczenie polskiemu wojsku ręcznych karabinów maszynowych wz. 28, gdyż nie dość, że jej wtedy jeszcze nie produkowali, to nawet nie posiadali przewymiarowanej dokumentacji z miar calowych na metryczne.

Sztab Główny Wojska Polskiego przychylał się do oryginalnej amerykańskiej produkcji, jednak cena, jakiej żądali Amerykanie wydawała się zaporowa. W momencie, gdy wydawało się, że za amerykańską licencję zapłacimy „jak za zboże”, z pomocą przyszedł nieoceniony polski inżynier-wynalazca Jan Skrzypiński, będący wówczas wicedyrektorem Fabryki Karabinów. Skrzypiński – potrafiący czytać zawiłe formułki ze zrozumieniem – odkrył, że patenty, na które powoływał się Colt zdążyły już w Polsce wygasnąć. Oczywiście z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuszczać, że amerykański producent wiedział, że kłamie w „żywe oczy”. Amerykanom nie drgnęła powieka, jednak pokerowy blef się nie udał – Polak okazał się bardzo spostrzegawczy.
Według Skrzypińskiego konstrukcja karabinu Browning nie była w Polsce prawnie chroniona, a to odkrycie wicedyrektora Fabryki Broni, ku swojemu zdziwieniu, potwierdził zespół polskich prawników. Na to tylko czekał Sztab Główny, który szybko podjął decyzję o skopiowaniu karabinu Browning i natychmiastowym rozpoczęciu jego produkcji w Polsce. Jan Skrzypiński za swoje odkrycie został nagrodzony premią w wysokości 65 000 zł, co stanowiło około… 1,5 proc. wartości niezawartego kontraktu z Coltem (który dopiero co, w 2021 roku, został sprzedany czeskiej Zbrojovce – o tempora! o mores!).

Polska wersja karabinu Browning, figurująca na wyposażeniu Wojska Polskiego pod nazwą ckm wz. 30, okazała się bardzo udana. Do 1939 roku do polskiej armii trafiło około 8400 egzemplarzy tej broni, ale ckm wyprodukowany nad Wisłą okazał się także hitem eksportowym. Co ciekawe; polski karabin, biorąc udział w zagranicznych konkursach na cekaemy, nierzadko pokonywał swój pierwowzór – karabin Browning M1917.

Nagroda przyznana Janowi Skrzypińskiemu zwróciła się Rzeczypospolitej wielokrotnie. Polski inżynier z 65 tys. zł na koncie (albo w kieszeni) z pewnością o wiele łatwiej mógł się skupić na innym swoim – tym razem konstrukcyjnym – odkryciu, którym okazał się słynny polski pistolet VIS. Puenta tej historii nasuwa się sama: warto czytać i warto czytać ze zrozumieniem.