Od kilku dni trwają protesty przeciwko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, wskazującego na niedopuszczalność zabijania nienarodzonego dziecka z przyczyn eugenicznych. Na ulice w czasie eksplozji zakażeń koronawirusem wyszły tysiące ludzi, najwyraźniej za nic mających ryzyko, jakie stwarzają nawet nie tyle dla siebie, ile dla swoich bliskich będących w grupach ryzyka.

Oglądając obrazy z tych manifestacji, można odnieść wrażenie, że patrzy się na zdjęcia z jakiejś masowej imprezy czy festynu. Ludzie, nie zachowując elementarnego dystansu społecznego i często bez lub ze źle założonymi maseczkami, bawią się, puszczana jest muzyka, odbywają się tańce. Innymi słowy fun na całego. Towarzyszą temu wulgarne hasła wypisywane na tekturowych tabliczkach czy wykrzykiwane przez tłum. Często podnoszą je kilkunastoletnie dzieci, wołające w niebogłosy słynne już „w………ć”. Zresztą tego typu bluzgów jest na tych protestach mnóstwo, zastanawia zatem, co robią tam dziewczynki ze szkoły podstawowej czy pierwszych klas ogólniaka.

To dziwne o tyle, że obok sprzeciwu wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego postuluje się tam dokonanie jakiejś rewolucji. Pojęcie to jest na tyle niedookreślone, że nie wiadomo, czego owa rewolucja miałaby dotyczyć i czemu w jej przeprowadzaniu mają brać udział nastolatkowie, którzy w tym czasie rozwiązywać powinni równania kwadratowe czy uczyć się okresów warunkowych w angielskim. Czy chodzi o przewrót na wzór tego, jaki znamy z 1917 roku? A może coś w stylu rewolucji z lat 60? I w tym wszystkim dzieciaki, które o tych wydarzeniach nie mają pojęcia, bo najpewniej nawet jeszcze nie doszły do tego etapu historii w szkole.

To zresztą chyba już swego rodzaju trend po lewej stronie, żeby w swoje akcje angażować małoletnich. Podobnie jest przy okazji tzw. strajków klimatycznych. W nich też biorą udział uczniowie, którzy tak się dziwnie składa, wolą akurat owe strajki od siedzenia w szkolnej ławce i nauki, która na tym etapie życia jest ich obowiązkiem. Pytanie zatem, czemu się je od tej nauki odciąga i jednocześnie angażuje w protesty, rojące się od haseł, które zgorszyć mogą niejednego dorosłego. Niektóre ze wznoszonych transparentów zawierają treści zwyczajnie obrzydliwe i ekspozycja tego typu przekazu wobec dzieci budzić powinna zdecydowane oburzenie. Tymczasem tak nie jest, po lewej stronie trwa radocha, że „młodzi wreszcie się zaangażowali”. Młodzi, czyli w znacznej części kilkunastolatkowie, warto dodać!

I teraz pytanie, do którego odnosi się tytuł: jak w okresie tych strajków, w których ośmieszane są wszelkie zasady związane z DDM (dystans – dezynfekcja – maseczki), wprowadzić lockdown? Jak wytłumaczyć przedsiębiorcom walczącym o przetrwanie, że muszą zamykać swoje sklepy, kluby fitness etc., w których zresztą często przestrzegano wysokich standardów sanitarnych, kiedy w tym samym czasie trwa strajk, którego nie powstydziliby się antycovidowcy? Zachodzę w głowę, jaki ów lockdown ma w ogóle sens, jaki sens ma zamykanie szkół i wprowadzanie podobnych ograniczeń w tych okolicznościach? Nie mam pojęcia.

I jeszcze jedno pytanie: gdzie są eksperci wirusolodzy, którzy latem oburzali się na turystów odpoczywających nad polskim morzem? Gdzie ci ludzie, którzy krytykowali przedsiębiorców za ich manifestacje, strasząc ryzykiem masowych zarażeń? Wtedy z grymasem oburzenia na twarzach i stanowczym tonem przestrzegali, uczulali, apelowali. Wielu z nich teraz milczy.