Lockdown, jak chuć u Przybyszewskiego, przepoczwarza się, zdejmuje i zakłada nowe skorupy, pojawia w odmiennych formach, ale zaspokoić się nie może. Różnica jest zaledwie taka, że w zeszłym roku kwarantannę narodową poczytywano za odważną decyzję i niewątpliwy sukces – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

lockdown się przepoczwarza w stan wiecznie wyjątkowy - grafika wpisu

Ciekawą postacią w historii polskiej literatury jest Stanisław Przybyszewski. I to nie tylko dlatego, że jego ciało spoczęło w miejscowości o nazwie brzmiącej tak samo, jak nazwisko wyżej podpisanego. Każdy, kto skończył szkołę średnią, wie, że Przybyszewski był znanym dekadentem i przedstawicielem polskiego modernizmu. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, że był on także pionierem i piewcą satanizmu. Kto nie wierzy, ten wątki wyuzdanego okultyzmu odnajdzie chociażby w Requiem aeternam. W niczym innym, jak tylko w chuci, autor dostrzega podstawową siłę napędową natury, która „wczołgała się w bezliczne formy, rozbijała je jak skorupy, i w nowe łączyć jęła, przetwarzała się w wiecznie nowych i odmiennych kształtach, a zaspokoić się nie mogła”.

Współcześni nierzadko utożsamiają wszystko z niezaspokojoną chucią, podobnie jak słynny młodopolak. Przyszło nam jednak żyć w nowych warunkach, mianowicie Marek A. Cichocki słusznie zauważył w swoich felietonach dla „Rzeczypospolitej”, że zafundowaliśmy sobie „Stan wiecznie wyjątkowy”, w ramach którego zauważalne jest „sprowadzenie polityki przede wszystkim do kwestii zdrowotnej”. Niezależnie więc od tego, czy zakażeń jest mało – jak w marcu zeszłego roku – czy bardzo dużo, jak w marcu tego roku, standardową odpowiedzią na kryzys sanitarny jest zamknięcie gospodarki i ludzi, także tych zdrowych. Lockdown, jak chuć u Przybyszewskiego, przepoczwarza się, zdejmuje i zakłada nowe skorupy, pojawia w odmiennych formach, ale zaspokoić się nie może. Różnica jest zaledwie taka, że w zeszłym roku kwarantannę narodową poczytywano za odważną decyzję i niewątpliwy sukces. Obecnie nawet zupełnie popularni naukowcy – na przykład dr Paweł Grzesiowski w rozmowie z dziennikarkami Gazety Wyborczej – potwierdzają, że „lockdown to zawsze przyznanie się do porażki”.

Najciekawsza jest w tym wszystkim chyba historia Anglików. Zaczęło się od odważniejszej niż w Szwecji zapowiedzi osiągnięcia odporności stadnej drogą naturalnych zakażeń. Skończyło natomiast na trzeciej już serii, dość rygorystycznych i długotrwałych lockdownów, które o dziwo w kraju będącym niegdyś kolebką klasycznego liberalizmu popiera większość społeczeństwa. Europejczykom (o ile Anglicy to jeszcze Europejczycy) nic innego, niż blankietowe zamykanie wszystkiego i stosowanie ślepego przymusu, po prostu nie chce się udać. Nie wypalił ani system rekomendacji sanitarnych i rozbijania klastrów, który w dużej mierze sprawdził się w zeszłym roku w Japonii, ani strategia śledzenia i izolowania tylko tych osób, które rzeczywiście są podejrzane o kontakt z patogenem, ani nawet kontrolowanie granic, przez które z łatwością prześlizgują się nosiciele różnych „wariantów”.

Całą nadzieję pokłada się w szczepieniach, chociaż przy takiej liczbie zachorowań uczciwiej byłoby przełamać tabu i powiedzieć, że chodzi o odporność populacyjną osiąganą jako mieszanka szczepień i zakażeń. Skoro zakażeń, to przecież także zgonów, a to być może spodobałoby się Przybyszewskiemu. Poza tym, że był on dekadentem i satanistą, to był przecież społecznym darwinistą. Niektórzy powątpiewają jednak, czy z nowym koronawirusem kiedykolwiek osiągniemy stan mitycznego herd immunity. W takim wypadku mamy dwie możliwości. Albo Europejczycy zaakceptują to, że w ciągu roku umierają dość licznie nie tylko na raka, ale także na koronawirusa. Albo przez najbliższe kilka lat będziemy żyć w państwie, w którym główną rolę w służbie zdrowia spełniają wcale nie lekarze, ratownicy i pielęgniarki, ale policjanci i inspektorzy sanepidu nakładający kary na zdrowych ludzi, którzy chcą po prostu normalnie żyć i pracować.

Zarówno w marcu zeszłego roku, jak i w marcu tego roku, najważniejszą kwestią – oczywiście tylko ze względów epidemiologicznych, bez związku z żadną ideologią – stało się również zamykanie kościołów. Gabriella Swerling z „The Telegraph” doniosła nawet, że „Szkocki zakaz sprawowania nabożeństw w czasie lockdownu spowodowanego COVID naruszał prawa człowieka, orzekł sąd”. U nas w Polsce, na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich, Sąd Najwyższy orzekł, że lockdown tak w ogóle był bezprawny. Najwyraźniej w europejskich sądach pochowali się prawicowi reakcjoniści i wyznawcy teorii spiskowych. Wracając jednak do tych kościołów, to może i ich zamykanie ucieszyłoby Przybyszewskiego, który we wcześniej cytowanym dziele pisał: „A jeżeli Bóg rzeczywiście istnieje? Jeżeli dusza rzeczywiście nieśmiertelna, a w jednym kościele katolickim można naprawdę osięgnąć zbawienie? Ale brak mi wiary, wiary, wiary”. Ci, którym brakuje wiary, mogą się oczywiście domagać zamykania kościołów. Może być jednak tak, jak wieszczą niektórzy, że aktualna pandemia naprawdę jest istnym Dniem Gniewu, opisanym z kolei przez Jana Kasprowicza, także przedstawiciela Młodej Polski. Co powiedzą Sędziemu ci, którzy w niego wierzą, a swoim ostatnim postulatem na Świecie obróconym już w pył uczynili zamykanie kościołów? I kogo wezwą na swoją obronę – epidemiologów i wirusologów? Ja zeznam przeciwko nim.