Nie wiem, czy Polska znajdzie się akurat w strefie susz, czy powodzi, ale tradycja i historia uczy, że lepiej szykować się na potop – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Nie skończył się jeszcze nowy kryzys, ten związany z epidemią, a już media i eksperci odświeżyli dawne apokalipsy. Najpierw jednak przeczytałem na Twitterze wpis kolejnego fizyka, tym razem Yaneera Bar-Yama, który z jakiegoś powodu zainteresował się epidemiologią i stwierdził, że tylko kilka mutacji koronawirusa dzieli nas od wyginięcia całej ludzkości. Następnie zauważyłem, że redakcja Rzeczypospolitej odgrzebała sprawę starej, dobrej dziury ozonowej i opublikowała artykuł pod tytułem „Dziura ozonowa nad biegunem południowym przekroczyła rozmiary Antarktydy”. Ostatecznie na portalu teraz-srodowisko.pl przeczytałem wpis „Redaktorzy pism medycznych apelują o ograniczenie zmian klimatu dla ochrony zdrowia” i dowiedziałem się, że klimatyczne „Wezwanie zostało opublikowane w poniedziałek w ponad 220 pismach medycznych”. Jak już lekarze zaczęli się zajmować klimatem, to tego było dla mnie za wiele. Nie wiem, czy Polska znajdzie się akurat w strefie susz, czy powodzi, ale tradycja i historia uczy, że lepiej szykować się na potop.

W istocie rzeczy, pewnego dnia, siedząc przed telewizorem, doznałem objawienia. Oto w miejsce jednej z gadających głów wyzywających Polaków od nieuków, brudasów i samobójców, objawił mi się On. Rzekł do mnie: „Mam zamiar zgładzić ludzkość, ponieważ już mnie wkurzają i wymyślają apokalipsy, których im nawet nie przepowiedziałem. Zatem spełnię ich życzenie – zniszczę ludzkość i tę marną planetę. Ty zaś najpierw zleź z kanapy, a potem zbuduj sobie arkę drewnianą, ekologiczną i inkluzywną, w arce wybuduj pomieszczenia socjalne, według załączonego projektu technicznego. Ja następnie, sam jeszcze nie wiem, czy sprowadzę na Polskę potop, czy suszę. W każdym razie wszystko wymrze, ale z tobą chcę zawrzeć pakt”. W tym miejscu posiwiały Starzec z długą brodą wyciągnął rękę poza ekran telewizora i podsunął mi wielostronicową umowę, kazał parafować na każdej stronie i koniecznie podpisać klauzulę o ochronie danych osobowych. Kontynuował: „Wleźże do tej arki z synami i żoną, zwierzętami co najmniej trzech płci, nabierz żywności, leków i potrzebnych specjalistów. Bon Voyage!”. Wykrzykując to romańskie zawołanie, jeszcze tylko pstryknął palcami i zniknął.

Ja zaś przerażony ujrzałem własne odbicie w wyłączonym ekranie telewizora. Siedziałem na kanapie odziany w szatę przewiązaną sznurkiem i z odmienionym, brodatym obliczem, podobnym Grzegorzowi Braunowi. Nie wiedzieć czemu, przypomniała mi się ukraińska pieśń ludowa o kozaku, który stojąc na górze, wygrażał się Bogu. Wykrzyczałem więc w stronę telewizora „Będziesz wisiał!”. Nie jestem jednak taki kozak jak kozak z pieśni albo Konfederacji i szybko przeprosiłem Boga za to bluźnierstwo. Niezależny prokurator podobno obiecał umorzyć postępowanie w tej sprawie.

Następnie udałem się na stację kolejową, ponieważ na miejsce budowy arki wybrałem opuszczony fragment plaży w Gdyni Orłowie. Pomyślałem, że przynajmniej ochronę będę miał pod ręką, jeśli wynajmę kibiców Arki Gdynia. Zapytałem ich herszta, czy są niekarani i mają licencję. Facet szyderczo się zaśmiał i powiedział, że Sebusiowi i Krystiankowi wszystko już się pozacierało, a poza tym licencję to oni mają. Na zabijanie.

Szybko okazało się, że muszę dopełnić licznych formalności. Po pierwsze, musiałem rozpisać przetarg. Ogłosiłem przetarg pod nazwą „Budowa ekologicznej, drewnianej arki jednokadłubowej w celu ocalenia polskich zwierząt przed nadciągającymi klęskami zdrowotnymi i klimatycznymi”. Szybko otrzymałem telefon z Urzędu Zamówień Publicznych, że otrzymali skargę od lokalnego proboszcza. Z opisu przedmiotu zamówienia wynikało bowiem, że na pokład będę zabierał też mężczyzn, a ci mają duszę i zwierzętami nie są. Nie chciałem zadzierać z władzą kościelną ani państwową, dostosowałem więc nazwę przetargu tylko po to, aby tydzień później pod moim prowizorycznym dokiem protest urządziły feministki. Z ich postulatów dowiedziałem się, że przetarg dyskryminuje kobiety i domagają się one nie tylko wpuszczenia na pokład, ale także zapewnienia prawa do bezpiecznej aborcji w trakcie rejsu. Już zamierzałem dopisać „mężczyzn i kobiet” do tytułu, natomiast ginekologa dodać do opisu przetargu, kiedy z drugiej strony doku wybuchł strajk osób niebinarnych. Feministki pobiły się z dżenderystkami o to, kto jest bardziej prześladowany w społeczeństwie, a ja w tym czasie wymyśliłem, że po prostu użyję ogólnego sformułowania „zwierzęta i ludzie”. Nikt nie był zadowolony, ale też nikt nie mógł mi nic zarzucić (przynajmniej tak twierdzi mój prawnik).

Już na wstępie przydarzył się incydent. Bóg nakazał mi przecież sprowadzić na arkę wszystkie znane gatunki zwierząt, więc zamówiłem także nietoperze z Chin. Nie dość, że nietoperze miały ponadgryzane skrzydła i dziwnie czerwone oczy, to na łapach odkryłem obrączki z napisem „Property of Wuhan Institute of Virology, Hubei, China”. Sprawę zgłosiłem do sanepidu. Nietoperze kazali mi zdać, a o sprawie milczeć.

Co dziwne, kilka tygodni później na powoli zaludniającej się arce wybuchła epidemia. W nowo rozpisanym przetargu przewidziałem więc zakup szczepionek. Zgłosiły się trzy firmy, ale żadna nie chciała wziąć odpowiedzialności za niepożądane działanie swoich produktów. W tej sytuacji musiałem się przecież od tego ubezpieczyć. Rzecz w tym, że agent ubezpieczeniowy powiedział mi na ucho, że oni takich zdarzeń nie ubezpieczają, bo to jest eksperyment medyczny i nieznane ryzyko. Poszedłem jeszcze do prawnika i on to wszystko potwierdził. Zgłosiłem problem do Ministerstwa Zdrowia, ale tam stwierdzili, że szczepionki nie są żadnym eksperymentem medycznym i jak będę to publicznie powtarzał, to mnie zamkną. Nie pozostało mi nic innego, jak kupić te szczepionki i powiedzieć ludziom, że wszystko będzie dobrze i muszą mi zaufać na słowo.

Zacząłem więc powoli wpuszczać na pokład ludzi i zwierzęta. Pośród nich były konie, a więc musiałem dla nich kupić środek do odrobaczania. Szybko jednak okazało się, że załoga i pasażerowie podzielili się na proszczepionkowców i antyszczepionkowców. Antyszczepionkowcy nie chcieli brać szczepionek i wyjadali koniom iwermektynę, którą kupiłem do odrobaczania. Ostatecznie miałem więc zarobaczone zwierzęta, chorych ludzi i nadmiarowe szczepionki, które musiałbym wylać do zlewu. Na to proszczepionkowcy powiedzieli, że oni już w tej chwili, pomimo braku formalnego dopuszczenia, mogą przyjąć trzecią i czwartą dawkę, więc mi się to wszystko przynajmniej nie zmarnuje. Zastanawiam się tylko, dlaczego dwudziestolatek z Warszawy chce czwartą dawkę, a babcia z Białegostoku nie wzięła nawet pierwszej. Ich sprawa, ja się zaszczepiłem tak, jak wynika z ulotki.

Przypomniałem sobie też o tej nieszczęsnej dziurze ozonowej i szkodliwym promieniowaniu UV. Na pokład wziąłem więc dwa kartony mocnych filtrów przeciwsłonecznych w kremie. Jeden amerykański fachowiec powiedział bowiem „Newsweekowi” o promieniowaniu słonecznym: „It’s like AIDS from the sky”. Nie chcę się przecież zarazić latającym AIDS, bo żona mi nigdy nie uwierzy, że to od dziury ozonowej. Ile to już było historii o mężach, którzy wstydliwej choroby nabawili się na basenie czy w publicznej toalecie?

W obliczu tego całego zamieszania, na pokład musiałem wziąć lekarzy. Wziąłem trzech. Dwóch powiedziało, że musimy natychmiast wprowadzić całkowitą kwarantannę, każdego przymusowo zaszczepić i wydać glejty szczepionkowe. Trzeci się sprzeciwił i powiedział, że wystarczy, jeśli będziemy utrzymywać odpowiedni dystans, często myć ręce i wywiesić banery zachęcające do szczepień. Dwóch pierwszych ogłosiło, że mają 66 proc. konsensusu, trzeci gada głupoty niezgodne z aktualną wiedzą medyczną i odebrali mu prawo do wykonywania zawodu. W ten sposób miałem już 100 proc. konsensusu pośród naukowców, musiałem ogłosić kwarantannę, ale też utrzymywać trutnia, który nic nie umiał poza leczeniem ludzi, czego mu przecież zabronili koledzy. Pozostali lekarze też zresztą ludzi nie chcieli za bardzo leczyć. Powiedzieli, że w epidemii to oni się narażać nie będą. Wywiesili kartkę z napisem „Chorzy nie będą przyjmowani”, a recepty wysuwali raz w tygodniu spod drzwi.

Uf! Jakby tego było mało, musiałem przecież stworzyć arkowy pion administracyjny. W tym celu wziąłem na pokład panie Krysię i Basię z pobliskiego urzędu miasta. Jako jedyne otrzymały telefony i bezpośrednie połączenie do siebie. Na niewiele im się to jednak przydało. Po pierwsze, były w wieku przedemerytalnym i nic im się nie chciało, a ja nie mogłem ich legalnie zwolnić. Po drugie, zabroniłem im przecież wydawania paszportów, skoro nadal trwa epidemia. Terminy administracyjne do załatwiania spraw musiałem przedłużyć, a doręczenia wstrzymać, bo w epidemii nic się załatwić nie da. Nie dość, że stanęła budowa i zasiedlenie arki, to jeszcze musiałem dać lekarzom i urzędnikom podwyżki za szkodliwe warunki pracy, bo ogłosili strajk. Nie miało to w sumie większego znaczenia, skoro i tak nie chcieli leczyć ani obsługiwać ludności, ale musiałem uspokoić nastroje społeczne i każdemu dałem po 500 plus.

Nieco bardziej nowoczesna była pani Iwona z controllingu. Moja żona zaczęła podejrzewać, że to latające AIDS to ona po Arce roznosi, bo jako jedyna ubierała się do pracy w garsonkę i mówiła na poziomie podstawowym po angielsku i francusku. To wszystko jednak pozory. Panią Iwonę z controllingu wysłałem na pracę zdalną do prywatnej kajuty i obserwowałem tylko przez Judasza. Tak, Bóg zesłał mi do pomocy wskrzeszonego Judasza, którego angażowałem do różnej brudnej roboty.

Wtedy przypomniało mi się, że przecież na pokładzie muszę mieć kantynę. Otworzyłem ją tylko po to, aby zakazać handlu w niedzielę (bo przecież moja arka to Opus Dei). Z uwagi na to, że sytuacja epidemiczna zaczęła się pogarszać, musiałem wprowadzić limity. Jeden pasażer w kantynie na 10 m2. Kantyna była mniejsza, więc ostatecznie nikt tam nie przesiadywał, ale kwitł czarny rynek. Dopóki nie wychodziło mi to w oficjalnych statystykach, miałem to gdzieś, a nawet sam kupowałem produkty od wykluczonego lekarza, który z braku zajęcia został przemytnikiem i cinkciarzem. Sam powiedziałem mu, że jak nie może zarabiać, to niech się przebranżowi.

Na koniec czekało mnie najgorsze – odbiór arki przez urząd morski. Urzędnik przyszedł i powiedział, że wszystko jest w sumie zgodne z projektem, tylko banderę muszę zmienić. Miałem zdjąć tę biało-czerwoną z orzełkiem na środku i zastąpić ją unijną oraz tęczową. Jedna to symbol maryjny, a drugi przymierza z Bogiem.