Rozmawiamy z Marguerite-Christine Świrczewską, w latach 70. dyrektor francuskiej firmy FAMAO współpracującej z Polską, autorką książki: „EGO-GRAFIA lub życie polskiej emigrantki”. O polsko-francuskich relacjach biznesowych i o tym, jak bardzo zmieniły się biznes i życie gospodarcze nad Sekwaną.

Na początku pytanie osobiste. Od osoby, która przekazała mi kontakt do Pani, dowiedziałem się, iż krąży legenda, że to właśnie Pani była inspiracją do napisania przez Agnieszkę Osiecką słów do piosenki „Małgośka” – wielkiego przeboju Maryli Rodowicz.

A i owszem, tak niektórzy mówią, choć ja nie mogę tego potwierdzić, bo nie wiem do końca, czy Agnieszka Osiecka oparła się na mojej historii, tzn. moim przeogromnym zawodzie miłosnym, jakiego doznałam, będąc panienką. Niemniej to jest bardzo możliwe, albowiem w kawiarence Sułtan na Saskiej Kępie bywałam często, bo należała ona do rodziców mojej koleżanki z klasy. Kawiarenka ta znajdowała się tuż obok naszego liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie, bywali w niej wszyscy wielcy intelektualiści tamtych czasów. Agnieszka Osiecka też. A ja, Małgośka, w tej kawiarence wypłakiwałam moje nieszczęście i wszyscy tego słuchali. Agnieszka również. No i jak piosenka weszła w eter, to od razu znajomi mówili: posłuchaj, to o tobie. Faktem jest, że niedaleko tej kawiarni stoi do dziś, a właściwie siedzi, Agnieszka Osiecka z brązu.

Wyemigrowała Pani z komunistycznej Polski do Francji w latach 70. i jako emigrantka szybko potrafiła się odnaleźć w kapitalistycznych realiach. W latach 70. i 80. była Pani przedstawicielką wielu firm francuskich, które chciały współpracować  z PRL-em. Jak to było możliwe?

Prawdą jest, że w latach 70. i 80. prowadzenie biznesów z Polską Ludową było moim zawodem. Byłam przedstawicielką wielu francuskich i amerykańskich firm. I znowu użyję powiedzenia, że w tamtych czasach Francja była jeszcze krajem uprzemysłowionym, czego nie można już powiedzieć o Francji dzisiejszej, która przeniosła olbrzymią część własnej produkcji przemysłowej do innych krajów, takich, jak Polska, Rumunia, Maroko, czy przede wszystkim Chiny. Pandemia COVID-19 i związana z nią recesja gospodarcza spowodowała wyraźną zmianę postawy francuskich przedsiębiorców i polityków co do tematu nowego uprzemysłowienia Francji w celu uzyskania „niezależności” w najważniejszych sferach gospodarki, chociażby w farmakologii. We Francji mówi się teraz dużo o relokalizacji pewnych przedsiębiorstw.

Jak może Pani krótko opisać zmiany pod kątem gospodarczym, które zaszły we Francji od lat 70. aż po teraźniejszość?

Mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że w latach 1975-1981, za pomocą moich rad, firmy sprzedawały: obrabiarki, linie kompletne do produkcji np. kontenerów w Świdnicy, cysterny ciśnieniowe do transportu piwa, jak również licencje i technologie. A było to możliwe dzięki porozumieniu, jakie podpisali ówczesny I sekretarz KC PZPR Edward Gierek i francuski prezydent Giscard d’Estaing. Wtedy Francja po raz pierwszy udzieliła Polsce wielkiej linii kredytowej. Ta linia przypadła na Plan Pięcioletni poświęcony transportowi i komunikacji, co tłumaczy, dlaczego centrale polskie kupowały sprzęt związany z tymi branżami. Tak więc, jak widać, w tym czasie Francja była krajem przemysłowym i dominowała w pewnych dziedzinach, takich jak: telewizja kolorowa (polska odkupiła stamtąd licencje), telefonia i komputery, produkcja wagonów kolejowych, etc. Kiedy pracowałam w Polskiej Izbie Handlowo-Przemysłowej we Francji, byłam obserwatorem wielkiego kontraktu telefonicznego z TELECOM fr. W 2004 roku przerwałam działalność handlową i oddaliłam się od spraw związanych z wymianą handlową między naszymi krajami. Ze swoich dzisiejszych obserwacji mogę jednak powiedzieć, że Francja nie jest już liderem w przemyśle maszyn tekstylnych ani w dziedzinie kontenerów, czy obrabiarek. Ma za to wspaniale wina i sery. I wielkie domy mody.

Naszych czytelników szczególnie interesują aspekty gospodarcze. Czy może Pani rozwinąć ten wątek odnośnie do Francji: kiedyś i teraz? Jak się zmieniła Francja pod względem ekonomicznym?

Ah, to jest pytanie rzeka! Można by o tym rozmawiać godzinami. Mogę potwierdzić, że Francja zmieniła się ogromnie. Rozwijać ten temat z punktu widzenia gospodarki wydaje mi się w moim przypadku pretensjonalne, ale mogę podzielić się obserwacjami jako zwykły konsument.

Przyjechałam do Francji w 1970 roku i chodząc po sklepach jako kobietka, zwracałam dużą uwagę na ubrania. Sklepy były przepełnione ślicznymi sukienkami i innymi akcesoriami zupełnie niedostępnymi dla mnie, bo bardzo drogimi jak na moją kieszeń. Francuskie marki rywalizowały ze sobą. Wystawy były tak wspaniale udekorowane, że wchodziłam, dotykałam, oglądałam i… wychodziłam, nic nie kupując. Dzisiaj wystawy też są, ale zupełnie innej klasy. Kobieta kupująca demokratyzuje się, ceny są bardziej przystępne, a na ubraniach nawet dobrej marki widnieje napis „made in China”. Za moich czasów to było nie do pomyślenia!!! Made in China? W głowie żadnej elegantki nie mieściło się, że może nosić coś innego niż francuska odzież. Niekoniecznie tych wielkich marek, ale projektowania i produkowana we Francji – to był szczyt elegancji.

Dziś nie mówi się „ubieram się jak najbardziej elegancko”, dziś mówi się „ubieram się jak najtaniej”. Powiedzenie „bon chic, bon genre” nie ma dziś racji bytu, bo aby być modnym, trzeba mieć podarte dżinsy i przybrudzona koszulkę. Oto co się zmieniło! Francja z czwartego kraju przemysłowego świata staje się krajem, który najwięcej zarabia na produktach rolnych i rękodziele wielkiego luksusu. Nie ma już produkcji obrabiarek, robotów, komputerów czy telefonii, nawet samoloty przeżywają kryzys, Concorde już nie istnieje, a było to wspaniale osiągniecie francuskiej technologii. Pociągi TGV już dawno zostały pokonane przez Japonię i Chiny.

Słyszałem, że we francusko-polską współpracę gospodarczą szczególnie chętnie angażowali się mieszkający nad Sekwaną Polacy, kierując się nie tylko względami ekonomicznymi, ale i chęcią udostępnienia Polsce nowoczesnych technologii.

Oczywiście, że znam inne takie przypadki. Wspomnę chociażby Andrzeja Urbańskiego, założyciela francuskiej firmy ACAR. Andrzej, inżynier elektryk z wykształcenia, zaczął jako pierwszy produkować w Polsce urządzenia elektryczne dla ogromnej firmy Legrand. Tyle tylko, że dzięki umiejętnościom Polaków te produkty miały prawo nosić emblemat Normy Francuskie, kiedy w tym samym czasie te same produkty zrobione we Francji przez samego Legranda nie miały do tego prawa. Fajne, prawda? Paradoks polegał na tym, że na produktach pisano „made in Poland norme NF” (norma francuska, nie było jeszcze norm europejskich), a na francuskich tylko „made in France”. Na tamte czasy to było nie lada osiągnięcie! I znów nazwa Polski oznaczała sukces.

Jaka jest różnica w podejściu do pracy Polaków i Francuzów?

Wielka. W mentalności i podejściu do pojęcia pracy jako takiej. W Polsce pracuje się, gdy trzeba, a we Francji pracuje się, bo trzeba! I ten fakt tłumaczy już sam w sobie, że Polacy, jako rywale na rynku pracy, są we Francji nielubiani. Użyłam specjalnie słowa rywale, bo tak to odbierają niektórzy Francuzi. Polak pracuje, gdy trzeba pracować: w przerwie obiadowej, w nocy, po godzinach etc. I do tego pracodawcę kosztuje dużo mniej niż Francuz.

We Francji funkcjonuje coś takiego jak patriotyzm gospodarczy?

Bardzo trudne pytanie… Odpowiem tak: Czy przeniesienie prawie całego opłacalnego przemysłu do innych krajów jest oznaką patriotyzmu? Czy oznaką patriotyzmu jest pozbawienie się możliwości produkcji podstawowych lekarstw i uzależnienie się całkowite od państwa, które jest wrogiem ideologicznym? Francja, kraj dotychczas kapitalistyczny, uzależniła się od komunistycznych Chin! I to stało się bardzo widoczne przy okazji pandemii COVID-19. Brak masek, bo chińskie. Brak dolipranu, bo to lek fabrykowany w Chinach, etc. Czy to jest patriotyzm?

We Francji bez wątpienia odniosła Pani sukces, ale nie zapomniała o Polsce. Potrafiła się Pani także podzielić efektami swojego sukcesu.

Moi koledzy, jak np. wspomniany Andrzej Urbański, założyciel firmy ACAR, mieli własne firmy produkcyjne, w czym nie było mojego udziału, moja działalność ograniczała się do porad, jak owocnie współpracować z Polską. Kiedy współpraca kończyła się sukcesem, czyli podpisaniem kontraktu, wówczas moje biuro dostawało procent od kontraktu. A kontraktów było sporo, więc honorariów też. Dysponując środkami finansowymi, które z łatwością zaspakajały moje potrzeby, postanowiłam podzielić się nimi z tymi, którzy ich potrzebują. Jestem absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, magistrem pedagogiki specjalnej. Specjalnej, czyli resocjalizacji młodocianych przestępców. Mój kolega z wydziału pracował w Płocku i zajmował się resocjalizacją młodych poprzez sport, w tym przypadku piłkę nożną. I to on podsunął mi pomysł sprowadzenia „jego” dzieci do Francji na zawody międzynarodowe ALTIFOOT, czyli futbol na wysokości 2000 m w Pirenejach, w okolicach Font Romeu, gdzie trenował polski chodziarz, mój przyjaciel Robert Korzeniowski, który do realizacji mojego pomysłu dołączył bez wahania.

Pani niezwykle ciekawe przeżycia można by określić sloganem „od emigrantki do kobiety sukcesu”. Zresztą pisze Pani o nich w swojej książce „EGO-GRAFIA lub życie polskiej emigrantki”, która ukazała się najpierw we Francji, a niedawno została przetłumaczona na język polski. Co poradziłaby Pani osobom zakładającym działalność gospodarczą w Polsce, także tym, którzy chcieliby spróbować sił we Francji?

To najtrudniejsze pytanie spośród tych, jakie pan zadał. Mogę dać tylko jedną radę: trzeba wierzyć we własne siły i nie ulegać trudnościom.

Rozmawiał Jarosław Mańka