„Republika nie usunie żadnych śladów ani nazwisk ze swojej historii. Nie zapomni żadnego ze swoich dokonań. Nie ściągnie posągów”. Po brytyjskim premierze Borisie Johnson i jego wypowiedzi: „Jestem bardzo ostrożny wobec wielkiej kampanii, która ma na celu przerobienie jak w Photoshopie, całego naszego krajobrazu kulturowego”, również po amerykańskim prezydencie Donaldzie Trumpie, który stwierdził: „Moja administracja nigdy nie będzie rozważać zmiany nazw naszych wspaniałych i legendarnych baz wojskowych”, teraz kolej na Emmanuela Macrona, który wkracza na szaleńczą arenę, jaka została otwarta przez aktywistów ruchu #BlackLivesMatter. Trzeba zauważyć, że wypowiadając powyższe słowa podczas swojego uroczystego wystąpienia, prezydent Francji wyraził tym samym życzenie ogromnej większości Francuzów.

Ten nowy swoisty ikonoklazm, który został importowany ze Stanów Zjednoczonych, przeszedł przez Antyle, Wielką Brytanię i w szczególności przez Belgię, a który ma na celu zniszczenie posągów, czy pomników wybudowanych na cześć wielkich postaci z historii, a które są oceniane, do wyboru: albo jako rasistowskie, albo popierające niewolnictwo czy kolonializm, został potępiony przez prawie całą francuską klasę polityczną. Jednakże nie obyło się bez zastrzeżeń. I tak niektórzy politycy po lewej stronie sceny politycznej zastanawiają się na przykład nad stosowością zachowania przed budynkiem Zgromadzenia Narodowego posągu Colberta, cenionego ministra finansów Ludwika XIV, ale także inspiratora Czarnego Kodeksu, kodeksu który ustalił w XVII wieku legalne ramy prawne dla niewolnictwa. Do grona takich polityków zaliczyć można Jeana-Marca Ayraulta, byłego premiera, socjalistę, który nagle odzyskał pamięć po tym, jak przez 26 lat siadywał jako poseł w ławach sali imienia Colberta i po tym, jak bardzo często chadzał ulicą imienia Colberta w Nantes, w mieście, którego był burmistrzem przez 23 lata…

Inni politycy zastanawiają się, czy nazwiska takie jak Faidherbe, Bugeaud czy Gallieni, a więc nazwiska wojskowych biorących udział w kolonizacji Afryki, nie powinny być wymazane z tablic ulic, bez zważania na inne zasługi tych osób chociażby podczas I wojny światowej. Podobnie trwa dyskusja nad postacią Napoleona, który „przywrócił niewolnictwo i gardził kobietami”. Słychać też zgrzytanie zębami w kontekście Ludwika XIV, który pracował rzeczywiście w bardzo nikły sposób nad utworzeniem porozumienia francusko-niemieckiego, ale „zmusił” też protestantów do ucieczki z Francji. Podkreśla się również fakt, że to generał de Gaulle był szefem rządu tymczasowego, w okresie kiedy tłumiona była rebelia w Sétif w Algierii, w maju 1945 r .

Ta polemika, oprócz tego, że ożywia odwieczną debatę między pamięcią o przeszłości, a historią, to zaprasza do koszmarnej zbiorowej skruchy („Nie wolno pozwolić człowiekowi, aby gardził całym sobą” – mawiał mądry Bossuet) i zmienia kierunek uniwersalistycznego przekazu, jaki dotychczas niósł ze sobą dyskurs antyrasistowski. Ta debata, która emanuje z bardzo poruszonych, ale mało reprezentatywnych mniejszości, jest sterylna i niebezpieczna głównie z dwóch powodów: z jednej strony dlatego, że nie ma końca; z drugiej strony, dlatego, że otwiera drzwi do oczywistej cenzury, ciągłego przepisywania historii i do opartej na winie negacji. Polemika ta zapowiada po prostu nadejście społeczeństwa totalitarnego, na wzór tego opisywanego przez George’a Orwella w powieści 1984 r., gdzie „książki zostały przepisane … przemianowano nazwy pomników, ulic oraz budynków …”.

Ta polemika nie ma końca, ponieważ nasze ulice, nasze place i nasze parki są pełne tysięcy pomników przywódców politycznych i wojskowych, których nasza epoka może rzeczywiście obwiniać za wszystko, począwszy od śmierci ludzi im współczesnych, ponieważ tak, owszem, na wojnie giną ludzie.

Ale obwiniać można również za gesty i słowa, które w oczach współczesnej moralności czynią z określonych osób potwory. Czy powinniśmy oczyszczać przestrzeń publiczną z jakichkolwiek wizerunków mężczyzn czy kobiet, na których ciąży choćby cień wątpliwości? Czy powinniśmy ich zastępować ludźmi nieskazitelnymi? Jeśli tak, to kim? A przede wszystkim, kto o tym ma decydować? W imię czego, jakiej wartości, jakiej niepodważalnej władzy zwierzchniej?

Zadanie to jest niewykonalne. Historia nie jest manichejska, nie można jej mocno upraszczać. Ona jest złożona, bo ci, którzy ją tworzą, są tylko ludźmi, którym nieobce są sprzeczności, paradoksy, akty przemocy, czy jeszcze życzliwości, wady i cnoty. Idąc tym tokiem rozumowania, żadna z wielkich postaci, które zostały uhonorowane poprzez wzniesienie pomnika w ubiegłych dziesięcioleciach i stuleciach, nie umknęłaby promotorom historii, ale nie tej przez wielką literą H, ale tej(aktualnie pisanej przy pomocy wielkiego topora. I to nawet te postaci historyczne, które wydawałyby się poza wszelkimi podejrzeniami.

To, co obserwujemy obecnie, to właściwie nic nowego. Od lat niektóre stowarzyszenia próbują zakazać ponownego wydania komiksu Tintin w Kongo, argumentując, że wizja czarnoskórych, którą przedstawia autor komiksu Hergé, jest rasistowska. Możemy przyjąć taką ocenę, ale tu podobnie, zakazując jakichkolwiek dzieł ilustrujących im współczesne czasy, pod pretekstem, że są niestosowne, używamy metod bliskich metodom stalinowskim, które polegały na wymazywaniu ze zdjęć rewolucyjnych twarzy tych, którzy stali się niewygodni – zaczynając od Trockiego.

Stany Zjednoczone już weszły w ten cykl. I tak w 2018 roku zmieniono nazwę nagrody literackiej imienia Laury Ingalls, nazwanej tak na cześć słynnej małej dziewczynki z warkoczykami, której losy można było śledzić godzinami w serialu „Mały domek na prerii”.

Powód? Ta powieść autobiograficzna w ośmiu tomach, autorstwa Laury Ingalls Wilder, która ukazała sie w latach 30. XX wieku, z bohaterką o tym samym imieniu i nazwisku, niosła w treści „uczucia antyamerykańskie i anty- murzyńskie”.

Co jest jeszcze bardziej niesłychane, książki takie jak „Huckleberry Finn”, „Chatka wuja Toma” i „Zabić drozda” autorstwa Harpera Lee (jedna z ulubionych książek… Baracka Obamy) zostały zaatakowane przez ruchy antyrasistowskie do tego stopnia, że wycofano je z programów szkolnych i bibliotecznych. Z tego powodu, że rasistowskie postacie w tych powieściach używały słowa „murzyn” lub „czarnuch”. I nic nie szkodzi, że tamte powieści, opisując rzeczywistość, jednocześnie ją potępiały.

Czy wkrótce podobny los czeka film Pancerniki Potiomkin, Październik i wszystkie świetne sowieckie filmy propagandowe? Czy przed emisją każdego westernu ukazującego Apaczów, Navajos lub Siuksów jako okrutnych i spragnionych krwi dzikusów, będzie emitować ostrzeżenia na temat charakteru pokazywanych obrazów? Czy zamierzamy „doprecyzowywać” trzy czwarte wypowiedzi filmowych Clinta Eastwooda i Charlesa Bronsona? Czy zabronimy filmu Mary Poppins, bo scena z kominiarzem zaczyna jawić się jako przykład negatywnego postrzegania „blackface”? Czy będziemy organizować debaty w tych stacjach telewizyjnych, które maja w programie emisje serialu Połnóc-Południe lub Diukowie Hazardu, którego bohaterowie jeżdżą pomarańczowym Dodgem Charger o imieniu „General Lee” z umieszczoną na dachu flagą Konfederacji?

Każde ustępstwo w stosunku do tego ruchu w głębi totalitarnego a który przyozdobiony jest świętoszkowatą moralnością, będzie skutkować kolejnymi ustępstwami. Będziemy preferowali, tak jak paryskie kino Le Grand Rex w przypadku filmu Victora Fleminga, usunąć z repertuaru dzieło bez walki, po prostu na prośbę jego dystrybutora (Warner Bros), aby nie ucierpieć z powodu ataków oskarżających nas grup antyrasistowskich stowarzyszeń.

Inny przykład? To próba kradzieży, jaka miała miejsce w zeszłym tygodniu z Muzeum du Quai Branly-Chirac, kradzieży słupa-totemu pogrzebowego ludu Bari z XIX wieku, po to aby, jak to ujął jeden z wandali: „zabrać go do domu” (czyli do Afryki). Sprawa jest tym bardziej żenująca, w momencie, kiedy przypominamy sobie przemówienie prezydenta z 2006 r. na inaugurację tego budynku muzeum, który miał na celu uczczenie wyniosłości sztuki ludów prymitywnych.

Ale prawdopodobnie czterej aktywiści-wandale – wśród nich jeden Kongijczyk – aresztowani, a następnie zwolnieni przez policję, nie słyszeli w ogóle o tym przemówieniu. Tak jak większość tych, którzy widzą historię i pamięć o przeszłości tylko i wyłącznie jako walkę między ofiarami i katami, dobrem i złem, a którzy ignorują przeszłość. I to właśnie wszystko tłumaczy. Znajomość historii zmusza do widzenia niuansów. Do zdziwienia, do powątpiewania. To prowadzi do rozmów o tym, że niewolnictwo było powszechne już w starożytnej Grecji i Ameryce Południowej, na długo przed przybyciem Krzysztofa Kolumba, który jest kolejnym celem ataków ruchu #BlackLiveMasters, jaki ma miejsce w ostatnich dniach. Należy tutaj tez przypomnieć o rozmiarach niewolnictwa, jakie istniało między plemionami afrykańskimi od zarania dziejów. Należy tez opowiedzieć historię dwóch książąt ze Starożytnego Miasta we współczesnej Nigerii, którzy po tym, jak zostali schwytaniu przez angielskich handlarzy niewolników, a następnie sprzedani jako niewolnicy w Stanach Zjednoczonych, wykupili sobie wolność, a następnie wrócili do ojczyzny, by zostać… handlarzami niewolników. Wspomnieć należy również o niewolnictwie praktykowanym, na wielką skalę, na Czarnoskórych i Europejczykach przez Arabów, i to aż do połowy XX wieku (Arabia Saudyjska oficjalnie zniosła tą formę niewolnictwa dopiero w 1962 roku, a Mauretania w 1980 roku). Należy tez przypomnieć sobie zwłaszcza to, co pisał Jean Bodin w Sześciu księgach republiki w 1576 roku na temat ówczesnego niewolnictwa: „Wszystkie miejsca na świecie są wypełnione niewolnikami, za wyjątkiem jednej krainy w Europie”. Dziś trzeba już dodawać, że Francja była tą krainą.

Źródło: Jean-Christophe Buisson/Le Figaro