Chyba nic nie przychodzi łatwiej, niż wydawanie pieniędzy. Sztuką jest wydać je tak, aby potem nie żałować dokonanych zakupów. Trochę podobnie jest z absorpcją środków z Unii Europejskiej w ramach Funduszu Odbudowy. Celem samym w sobie nie może być statystyka mówiąca o tym, ile z tego, co dostaliśmy, wydaliśmy. Najważniejsze w tym wypadku jest ustalenie, na co mają być przeznaczone te pieniądze i co z tego będzie miała polska gospodarka w długim okresie.

Faktycznie bowiem chodzi o to, aby pod względem dochodu na głowę, gonić najbogatsze kraje Unii Europejskiej. Konwergencja realna, bo o niej tutaj mowa, napotyka jednak na różnego rodzaju bariery. Początkowo proces ten przebiega dosyć szybko, potem jednak zaczynają się pojawiać wąskie gardła. Przejść przez nie jest znacznie trudniej i wymaga to nie tylko absorpcji unijnych funduszy, ale bardzo umiejętnego posługiwania się tymi środkami.

W Polsce przez lata funkcjonował model pozornych sukcesów w dystrybucji środków z UE. Dostaliśmy tyle to a tyle i dotąd wydaliśmy tyle to a tyle (tu przeważnie padał jakiś wysoki odsetek). Innymi słowy, jesteśmy świetni, bo wydaliśmy…

Nie twierdzę, że to źle, iż wydaliśmy, ale wciąż brakowało i w dalszym ciągu brakuje odpowiedzi na pytanie: i co z tego? Wielu pospieszy z odpowiedzią: jak to co, nie widzisz człowieku tych dróg, mostów, obwodnic, basenów etc.? Odpowiadam: widzę. I w dalszym ciągu pytam: i co z tego? Co z tego, jeśli chodzi o budowanie fundamentów nowoczesnej, innowacyjnej i konkurencyjnej gospodarki? Bo w długim okresie to się właśnie liczy. Bo to buduje dobrobyt obywateli. Polacy wciąż zarabiają mało. Płace w relacji do PKB są u nas jednymi z najniższych w Unii. Z tym należy coś zrobić. Ale warunkiem dobrze płatnych miejsc pracy są firmy, które mają zdolność, aby wprowadzić na rynek produkty atrakcyjne  pod kątem ceny do jakości dla potencjalnych klientów.

Pozytywny szok podażowy, który zrodzić się powinien w polskich przedsiębiorstwach, to podstawa skoku rozwojowego, na który wciąż czekamy. Aby ta wizja się ziściła, wspierać należy tę aktywność firm, która może do niego doprowadzić i to powinien być cel planów gospodarczych dla naszego kraju. Od dawna piszę, że zacząć trzeba od podatków. System podatkowy powinien premiować innowatorów poprzez takie konstrukcje prawne, które będą zmniejszać obciążanie dla tych, którzy czynią tu znaczne postępy. Duże pole do generowania innowacji jest w średnich firmach. To one bowiem dysponują lub mogą dysponować odpowiednimi możliwościami kadrowymi, finansowymi i operacyjnymi do zwiększania potencjału innowacyjności. Aby miały stosowną motywację do podejmowania takich działań, które przecież wiążą się z wydatkami i ryzykiem, potrzeba bodźców zewnętrznych. Polityka podatkowa, w ramach której w części absorpcja tego ryzyka następuje poprzez możliwość zastosowania ulg i zwolnień podatkowych, nad takim kierunkiem trzeba pomyśleć w najbliższym czasie. Można tutaj wprowadzić m.in.  pakiet punktów za innowacyjność będących podstawą do zmniejszenia danin. Punkty te byłyby przyznawane np. firmom, które skutecznie zgłosiły patent. Swego czasu w dyskusji publicznej była też propozycja premiowania podatkowego firm, które zwiększały dochód dzięki wyższej produkcji. Czemu w jakieś formule nie wrócić do tego pomysłu? Można, a nawet trzeba, udoskonalać estoński CIT, bo w obecnej formule pożytek z niego marny.

To oczywiście pewne szkice wymagające dopracowania. Ale jeśli mówimy o odbudowie, to od tego powinniśmy zacząć. Wpompowywanie kolejnych miliardów w gospodarkę to za mało, przekonało się o tym wiele państw Unii, które nie przeprowadziły stosownych reform. Po środkach unijnych został im jedynie problem z niepotrzebnymi inwestycjami takimi jak opustoszałe lotnika. Po drugiej stronie mamy z kolei Estonię, która z podatkami zrobiła porządek i to przyniosło wymierne efekty na drodze tego kraju do realnej konwergencji. Jakie?

Dla porównania udział płac w PKB Estonii wynosi o 10 pkt. procentowych więcej niż w Polsce (odpowiednio 50 proc. i 40 proc., dane za 2020 rok). Inwestycje w relacji do PKB wyniosły w Polsce w 2020 roku 17,1 proc., w Estonii ponad 30 proc. Liczba europejskich patentów przyznanych w przeliczeniu na mieszkańca jest w Estonii dwukrotnie wyższa niż w Polsce (dane za 2019 rok). W Estonii lepszy jest także (acz nie aż tak wyraźnie) wskaźnik nakładów na badania i rozwój w relacji do PKB (Polska = 1,32 proc., Estonia = 1,61 proc., także dane za 2019 rok). Statystyczny Estończyk jest także zauważalnie bogatszy od statystycznego Polaka. Innymi słowy, pod kątem kluczowych wskaźników decydujących o rozwoju Estonia wypada od nas dużo lepiej. Tam odrobiono istotną lekcję, u nas wciąż nie.

Dobry plan gospodarczy wymaga jasnego i właściwego zdefiniowana celów. Powinny to być takie wskaźniki jak liczba patentów. Niemcy mają rocznie niemal 100 razy więcej (tak: sto razy!) skutecznych zgłoszeń do patentu europejskiego niż Polska. Nakłady na innowacje w Polsce w relacji do PKB wciąż są wyraźnie poniżej średniej unijnej, tu także należy opracować cel i sposób jego osiągnięcia. Do tego nasza przewaga konkurencyjna w dalszym ciągu ma swoje źródło w niższych płacach. Te problemy trzeba rozwiązać, mówiąc o budowaniu odporności czy odbudowie gospodarki po pandemii.