Organizacje antyhodowlane znane są ze swojego antyrolnego nastawienia. Celami ich ataków padał już sektor drobiarski, produkcji mleka, hodowli zwierząt futerkowych, wieprzowiny czy wołowiny. Tym razem uwaga tych organizacji skierowana została w stronę sektora, który – w czystej teorii – powinien pozostawać poza obszarem ich zainteresowania. Wczoraj Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva! opublikowała informację, która ma odwodzić konsumentów od spożywania… miodu. Dlaczego?

Reklama

W ostatnich latach Polacy natknąć się mogli na wiele akcji mających na celu obrzydzenie konsumentom spożywania produktów odzwierzęcych. Stowarzyszenie Otwarte Klatki jesienią 2017 roku otrzymało grant w wysokości 0,5 mld USD, który przeznaczony miał zostać na „wzmocnienie całej struktury organizacyjnej Otwartych Klatek, by powiększyć możliwości, np. przez zatrudnienie nowych pracowników i „działania na rzecz walki o kury hodowane i zabijane na mięso”. Pieniądze trafiły na konto stowarzyszenia z Doliny Krzemowej, a dokładniej z Silicon Valley Community Foundation wspieranej przez Facebook. Efektem napływu funduszy było uruchomienie strony internetowej o wdzięcznej nazwie Frankenkurczak przedstawiającej informacje, które spotkały się z ostrą krytyką środowisk rolnych, które uznały je za nieprawdziwe i godzące w dobre imię sektora.

Ekohucpa

Od kilku lat możemy także obserwować szeroką kampanię mającą na celu ograniczenie spożywania jaj pochodzących z chowu klatkowego na rzecz tak zwanych jaj od „szczęśliwych kur”. Nie sposób nie wspomnieć, że Polska jest liderem w produkcji i eksporcie mięsa drobiowego w Unii Europejskiej).

Szerokim echem odbiła się także inicjatywa Białe kłamstwa uderzająca w wiarygodność polskiego sektora mleczarskiego. Była ona niemalże kopią bliźniaczej akcji amerykańskiej grupy PETA. Z działań organizacji z USA mogliśmy się dowiedzieć, że picie mleka powoduje trądzik, udary, choroby skóry oraz, że jest przejawem hołdowania idei białej supremacji. W Polsce natomiast manipulacje aktywistów poszły na tyle daleko, że jako zwierzę „mlekodajne” na bilbordach w centrum Warszawy przedstawiano dorodnego buhaja, czyli rozpłodowego… byka. I tu też nie da się nie zauważyć, że Polska jest jednym z wiodących producentów mleka i jego przetworów w Unii Europejskiej.

Mało? Od lat trwają ataki zielonych aktywistów wymierzone w sektor hodowli zwierząt futerkowych. „Interwencje”, pseudoraporty, dziesiątki wystąpień w zaprzyjaźnionych mediach – to tylko niektóre z trudności, z którymi muszą mierzyć się hodowcy. Absolutnym kuriozum było także choćby zaprezentowanie zdjęć ilustrujących rzekomo fatalne warunki panujące w polskich hodowlach. Okazało się jednak, że były to fotografie z publikacji naukowych ukazujących choroby zwierząt, z którymi przecież – jak ludzie – też muszą się one mierzyć. Tu także wspomnieć należy, że przez lata Polska była trzecim największym dostawcą skór zwierząt futerkowych na świecie, a od kilku miesięcy dzierży palmę pierwszeństwa, pozostając absolutnym liderem zarówno pod względem skali hodowli jak i jej jakości.

Co łączy te – i szereg innych – branż rolnych, w których stronę skierowane są celowniki aktywistów? Otóż łączy je silna pozycja na krajowym i międzynarodowych rynkach. Aktywiści pojawiają się tam, gdzie Polska odnosi sukces.

Pamiętać przy tym należy, że jednym z głównych źródeł finansowania organizacji antyhodowlanych są dotacje oraz środki płynące z 1 proc. podatku. Atakowanie najważniejszych części rodzimej gospodarki rolnej ma zatem wymierny sens, który – dzięki rozgłosowi – przekłada się na wysokość wpłat. Największe działające w kraju organizacje „ekologiczne” zarobić mogą w ten sposób nawet kilka milionów złotych rocznie. To opłacalny ekobiznes.

Dlaczego pszczelarstwo?

I tu sytuacja jest tożsama, Polska należy bowiem do unijnej czołówki producentów miodu. We Wspólnocie nie ma kraju, który nie parałby się pszczelarstwem. Do największych dostawców na Starym Kontynencie należą Rumunia, Hiszpania, Niemcy, Węgry, Włochy, Polska, Francja oraz Grecja.

W naszym kraju aktywnie działa niemal 80 tysięcy pszczelarzy, a przeciętna obsada pasieki to 22 rodziny pszczele. Największe gospodarstwa pszczelarskie znajdują się w województwie warmińsko-mazurskim, a najmniejsze na Śląsku. Branża, choć przynosząca zyski, boryka się jednak z głębokim kryzysem, bowiem w ostatnich latach, z powodu trudnych warunków atmosferycznych, produkcja miodu znacznie spadła. Niekontrolowany wciąż wydaje się także napływ podrabianego, syntetycznego miodu z Chin. Ma to także wpływ na spadki cen, które stawiają pod znakiem zapytania rentowność wielu gospodarstw pszczelarskich. Sprawia to, że osłabiona branża stała się łatwym celem dla aktywistów. Na uderzenie nie trzeba było długo czekać.

„Przemysłowa produkcja miodu polega na tym, że tysiące pszczół umieszcza się w małych pomieszczeniach lub tunelach i całkowicie kontroluje się kolonie (co łączy się z takimi praktykami jak: przedwczesne zabijanie owadów, miażdżenie larw, przymusowa ewakuacja uli, obcinanie skrzydeł i separacja królowej od reszty populacji, itd.). Naturalne populacje pszczół raptownie się kurczą, a w niektórych rejonach znikły już zupełnie. To dlatego, że intensyfikacja rolnictwa (i związane z nią ogromne użycie pestycydów) powoduje całkowity zanik ekosystemów i degradację środowiska” – pisze Fundacja Viva!.

Fakty są jednak odmienne. Polscy – i przecież nie tylko – pszczelarze mają ogromny wkład w rozwój populacji pszczół. Według raportu Earthwatch Institute, cytowanego wielokrotnie przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, pszczoły to najważniejsze zwierzęta na naszej planecie. Dla aktywistów ważniejsze jest jednak – jak się okazuje – zorganizowanie nagonki na ten niezwykle pożyteczny (co pozostaje poza wszelką dyskusją) sektor. Niestety, historia lubi się powtarzać.