Rynek łączy, polityka dzieli. Oddolna pomoc Polaków dla ukraińskich uchodźców może zostać zniszczona przez nieodpowiedzialne działania polityków. Nie jest to jednak powód, dla którego już teraz nie powinniśmy coraz mocniej instytucjonalizować naszego wsparcia – trzeba to jednak robić mądrze i najlepiej z dala od polityki. Karnawał dobroczynności ma krótkie nogi i już teraz powinniśmy się dobrze przygotować do pomagania nie tylko za tydzień, ale też za rok czy dwa lata.

Rynek to suma dobrowolnych wymian, a więc przestrzeń dalece przekraczająca wymiany towarów i pieniędzy. Dobrowolna wymiana może nie mieć swojej namacalnej waluty, może być też dyktowana potrzebą serca, a nie uczuciem ssania w portfelu. Tak dzieje się teraz, kiedy Polacy, zupełnie dobrowolnie, oddolnie i dzięki temu skutecznie, pomagają uchodźcom z Ukrainy. To, co teraz obserwujemy, to tak naprawdę triumf libertarianizmu, idei mówiącej, że ludzie, o ile im tylko na to pozwolić, są w stanie rozwiązywać problemy bez udziału państwa. Także te problemy, które państwa wywołują, bo niesprowokowany atak Rosji na Ukrainę jest właśnie tym – problemem wywołanym przez państwo rosyjskie.

Żyjemy jednak w rzeczywistości, w której państwa jak najbardziej są, niektóre z nich mniej złe, innej bardziej. Z libertariańskiego punktu widzenia te mniej złe to państwa mniej drapieżnie, mniej obdzierające jednostkę z jej wolności, te gorsze – potrafią zabrać ją w całości. Polska nie jest dobrze urządzonym państwem, ale w porównaniu z imperialistyczną, agresywną i autorytarną Rosją jest też państwem po prostu znośnym. Umożliwia zresztą, co jest ważne w kontekście obecnego kryzysu, skuteczne używanie wolności obywateli w celu pomocy uchodzącym przed Rosją Ukraińcom.

Tak ogromne zaangażowanie, jednocześnie kiełkujące w prawie każdym polskim mieście, jest świetnym przykładem oddolnej samoorganizacji, możliwej tylko wtedy, kiedy ludzie są wolni, choćby częściowo, i mogą dysponować swoim czasem i zasobami we względnie swobodny sposób. Jest to też jednak działanie kryzysowe, bardzo potrzebne, ale też narażone na duże ryzyka. Dobroczynne wzmożenie to taki trochę karnawał pomagania, świat na opak, w którym to cudze dobro, krótkotrwale, stawiamy wyżej niż własne. To szlachetny poryw serca, nie można jednak na jego podstawie zbudować żadnego dalekosiężnego planu pomocy ludziom, którym ta pomoc jest i będzie potrzebna. Atak Rosji na Ukrainę to nie jest nowa wojna sześciodniowa. Ostatnio, kiedy Rosjanie zaatakowali ten kraj, a było to w 2014 roku, do dziś nie opuścili przynajmniej części wówczas zdobytych pozycji. Tak zwane republiki na wschodzie Ukrainy są rosyjskimi wykwitami i znajdują się pod protektoratem Moskwy. Ta krótka wycieczka do Donbasu ma nam uzmysłowić, że sprawy mogą się przeciągnąć w czasie.

Model, w którym organizujemy charytatywne pospolite ruszenie, jest piękny. Ale nikt nie wytrzyma go na dłuższą metę. Powinniśmy myśleć o tym, co się dzieje w kontekście nie tygodni, ale miesięcy. Jeszcze bezpieczniej byłoby zaś szykować się na lata.

I tutaj serce to za mało. Potrzebne są plany, pomysły na to, jak zintegrować nową mniejszość ukraińską z Polakami, zapewnić tym ludziom szansę na rynku pracy i jednocześnie uniknąć tych problemów, jakie z falami migrantów przeżyły już w przeszłości inne kraje. Najważniejsze i najlepsze, co możemy i powinniśmy zrobić, to pozwolić Ukraińcom w Polsce na jak najszybsze poszukiwanie pracy, czym prędzej nostryfikować ich dyplomy i uprawnienia zawodowe, pozwolić im działać. Kolejny etap powinien polegać na takim zaangażowaniu Polaków i mieszkających już od jakiegoś czasu z nami Ukraińców w trzeci sektor, jaki pozwoliłby na rozwój prowadzonych w naszym kraju charytatywnych i pomocowych fundacji i stowarzyszeń. Potrzebne są ułatwienia podatkowe dla darczyńców, którzy mogliby skuteczniej zasilać zawodowców pracy charytatywnej. To oni mają najwięcej doświadczenia w dystrybucji wsparcia i to ci ludzie, pracujący między innymi w Caritasie, Polskiej Akcji Humanitarnej, czy Polskim Czerwonym Krzyżu najlepiej wiedzą, jak pomagać i nie wypalić się przy tym zawodowo, bo pomaganie na cały etat to ogromnie wyczerpująca praca. To te organizacje, ale też Polskie Stowarzyszenie Fundraisingu, którego jestem dyrektorem, wiedzą, na czym polega efektywne zbieranie środków na pomoc, ale również kultywowanie relacji z darczyńcami i raportowanie wydatków w sposób przejrzysty i nie budzący wątpliwości, co do tego, co stało się z pieniędzmi. I to właśnie ci ludzie powinni być koordynatorami długofalowej pomocy, bo to oni zostaną na placu, z którego do swoich obowiązków odejdzie ostatni wolontariusz.

Gdyby tak się właśnie stało, gdyby polskie organizacje charytatywne mogły teraz rozwinąć skrzydła i nieść pomoc tym, którzy nie potrafią sobie poradzić – byłby to najlepszy, bo jednocześnie dobrowolny, oddolny, ale też długofalowy model pomocowy. O taki model musimy apelować, lobbować za nim i szukać sojuszników dla jego realizacji. Najpewniej jednak dostaniemy coś zupełnie innego, czyli scentralizowany, oparty na przymusie i na dłuższą metę skłócający ludzi państwowy system redystrybucji.

Bo ktoś, kto ma młotek, wszędzie widzi gwoździe. Obecna władza kupująca poparcie polityczne kolejnymi transferami socjalnymi potrafi prowadzić politykę społeczną właśnie taką, opartą o kolejne „plusy”. I jeżeli spotka nas nieszczęście, jakie roboczo możemy nazwać „Uchodźcą plus”, to nie tylko dojdzie do skrajnie nieefektywnej alokacji zasobów. Dojdzie też do skłócenia Polaków i Ukraińców, osłabienia oddolnej pomocy, bo każdy już będzie miał poczucie, że za wsparcie zapłacił – w podatkach. Czeka nas również niechęć samych Ukraińców do samodzielnego wydobywania się ze swojego złego położenia i szukania w Polsce szans i możliwości, które przecież są tu też i dla nich. Zamiast tego polscy podatnicy, wyczerpani fatalną polityką fiskalną i jeszcze gorszą monetarną, gnębieni biurokracją, inflacją, nieczytelnym systemem podatkowym i innymi plagami, najpewniej posłużą jeszcze za agregat dostarczający finansowych transferów już nie tylko tym ze swoich rodaków, którzy kartę wyborczą oddali za czternastą emeryturę, ale też sąsiadom, którzy tak naprawdę ze wszech miar woleliby, żeby to wszystko się nie wydarzyło i zamiast czekać na zupę w Przemyślu, woleliby pójść do kawiarni w Kijowie.

Marcin Chmielowski
autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułKonfederacja przeciwko specustawie o socjalu dla Ukraińców
Następny artykułWojna wzmocni wzrost cen mieszkań