Staram się nie polemizować z tekstami napisanymi przez innych autorów fpg24.pl. Przede wszystkim dlatego, że najczęściej się z nimi zgadzam. W dużej mierze tak samo jest zresztą z felietonem Marcina Chmielowskiego pt. „Córka lesbijki kontra Siergiej Szojgu”. Niemniej postanowiłem – jak to się kolokwialnie mówi – dorzucić do sprawy swoje trzy grosze.

Autor kreśli w tym tekście, ostatnio zresztą dość dobrze ugruntowaną w publicystyce europejskiej, wizję dwóch światów. Indywidualistycznego i liberalnego Zachodu oraz autorytarnego i przaśnego Wschodu. Ubiera to w słowa choćby tak:

(…) jeśli dobrze sięgam pamięcią, ta narracja rozkręciła się gdzieś około tak zwanej „secesji” tak zwanych „republik” Ługańskiej i Donieckiej, byliśmy przekonywani, oczywiście przez moskiewskie centrum decyzyjne, jego wasali i pożytecznych idiotów, o dekadencji i słabości Zachodu.

To wszystko prawda. Rosja próbuje wpłynąć na umysły Europejczyków i propagować właśnie taki, zakrzywiony obraz rzeczywistości. Zachód okazał się też nie taki słaby, a Rosja nie taka silna, jakby chciał Putin. Wydaje się zresztą, że na propagandę Kremla nabrali się nie tylko laicy, ale także specjaliści, którzy jednak przypuszczali znacznie gorszy przebieg pierwszych dni wojny dla Ukrainy. Rzecz w tym, że bardziej zakrzywiony może być w tym wszystkim wyniosły obraz samej Rosji niż krytyczny ogląd zachodniego sposobu życia.

Według Internetowego Słownika Języka Polskiego PWN dekadencja oznacza bowiem „rozkład dotychczasowych wartości moralnych, kulturalnych lub społecznych”. W Europie takie procesy rzeczywiście zachodzą, trudno im zaprzeczyć, można je co najwyżej różnie oceniać. Utrata znaczenia chociażby przez religię i zepchnięcie jej do przestrzeni prywatnej, wręcz intymnej, jest tego najlepszym przykładem. Niektórzy powiedzą, że to dobrze, ponieważ religia jest systemem opartym na myśleniu typu irracjonalnego, a jedynym neutralnym światopoglądem jest nawet nie radykalny laicyzm, ale ateizm. Rzecz w tym, że patrząc na historię dziejów, jedną z pierwszych oznak liberalizacji życia społecznego była właśnie tolerancja religijna. Niegdyś uważano to za manifestację myślenia rozumowego. Dzisiaj ten trend się zradykalizował, stał się wręcz własną antytezą, a imperatyw racjonalny rozumiany jest jako potrzeba rugowania religii, głównie chrześcijańskiej, z życia społecznego.

W tym miejscu tylko marginalnie można zaanonsować inny ciekawy wątek, jakim jest rola scjentystycznie ujmowanej i wzorowanej na metodach przyrodniczych nauki. Czy ma ona wieść bezwzględny prym, kosztem takich wartości jak pluralizm, demokratyzm, egalitaryzm? Czy wypowiedzi gremiów eksperckich co do sposobu ułożenia stosunków społecznych mają być ważniejsze niż popularne referendum albo parlamentarna ustawa? A jeśli tak, to po co nam w ogóle demokracja?

Nie inaczej, jak z religią, jest zresztą z kulturą świecką, przejawiającą się w nurtach sztuki współczesnej, postmodernistycznej, czy w końcu zupełnie przaśnej i skomercjalizowanej, która także nosi znamiona dekadencji. Kiedy ostatnio widzieliście Państwo coś naprawdę pięknego i monumentalnego, a stworzonego rękoma natchnionego człowieka?

Gdy chodzi natomiast o wartości społeczne, to świat Zachodu nie potrafi stworzyć koherentnej wizji samego siebie. Wbrew pozorom wcale nie uważam, aby wśród zachodnich elit dominowało myślenie liberalne w wydaniu indywidualistycznym i rzeczywiście zorientowane pro libertate. Raczej mamy do czynienia z myśleniem elitarystycznym, kolektywistycznym i pro securitate. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że od pasa w dół dominuje myślenie wolnościowe, a od pasa w górę autorytarne. Przejawia się to na wielu płaszczyznach. Chociażby unijnej federalizacji, która przecież jest trendem centralistycznym i biurokratycznym, w dużej mierze antydemokratycznym, bo prowokowanym na zasadzie top-down przez organizmy niepochodzące z wyboru (np. sądy europejskie). Widzę realne niebezpieczeństwa związane z tym, że na przykład nieznający rzeczywistości biurokrata z Brukseli będzie podejmował decyzje dotyczące drobnego polskiego przedsiębiorcy. Znowu mamy tu do czynienia z przykładem krytyki, która pozornie może współgrać z narracją rosyjskiej propagandy. Niemniej w rzeczywistości nie ma takiej polityki (używam tego słowa w znaczeniu podobnym do angielskiego „policy”), która nie miałaby jakichś wad lub niedociągnięć. Ci, którzy je punktują, nie mogą być z automatu wrzucani do worka z napisem „foliarze i pożyteczni idioci Kremla”. Mam wrażenie, że obecnie media promują taki uproszczony obraz dyskursu publicznego.

Zachód ma też problem z implementacją reguł, które uważa za odróżniające go od Wschodu. Weźmy choćby na tapetę wolność ekspresji, będącą przecież obecnie pod ostrzałem nie prawicy i konserwatystów, lecz właśnie ośrodków eksperckich, elitarnych i europejskiej oraz amerykańskiej lewicy. Najprawdopodobniej okopali się oni po prostu na pozycjach, które z trudem wywalczyli i bronią status quo. Gremia te uważają wolność słowa za zagrożenie dla państwowości i rozwoju ludzkości, ponieważ w ten sposób w przestrzeni publicznej mogą pojawić się radykalne i groźne idee. Rzecz w tym, że jest to sposób myślenia każdego autokraty, który bardziej ceni bezpieczeństwo informacyjne i siłę sprawczą państwa niż wolność. W taki sposób myślał pewnie o działaczach Solidarności niejeden pracownik Służby Bezpieczeństwa. W tej naszej nowej rzeczywistości za radykalne uchodzą zresztą czasem idee, które takimi w ogóle nie są. Na przykład, że mamy do czynienia zasadniczo z dwiema biologicznymi płciami, że śledzenie kontaktów – fizycznych i cyfrowych – ludzi za pomocą dedykowanych aplikacji jest kontrowersyjne, albo że demokracja powinna mieć bardziej egalitarny, a nie elitarny charakter. W końcu coraz częściej nie możemy na Zachodzie dostatecznie swobodnie dyskutować o tematach kontrowersyjnych, ale mających podbudowę racjonalną, jak na przykład o obowiązku szczepień przeciw COVID-19, chociaż obie strony podawały tutaj warte odnotowania argumenty.

Czasami zapominamy też o tym, że Wschód to nie tylko Rosja. Są jeszcze społeczeństwa Azji wschodniej i południowej, które nawet w wydaniu demokratycznym są jednak inne od nas. Najwyraźniej jednak kolektywizm, centralizm i efektywność illiberalnych krajów Azji spodobała się zachodnim elitom, co najlepiej uwidoczniła pandemia i pojawiające się wówczas wypowiedzi medialne. W tej rzeczywistości przez długi czas totalitarne Chiny, Wietnam czy nieliberalny Singapur nieco bezrefleksyjnie traktowano jako wzorce do naśladowania. Cyfrowe śledzenie populacji uważano za mniej kontrowersyjne niż jej nieśledzenie. Gwałtowną kwarantannę w specjalnych centralnych izolacji (np. zamiast woluntarystycznej samoizolacji w domu) za pomysł godny naśladowania. Cenzura (nazywana „moderacją”) sieci traktowana była jak oczywistość, a wolność słowa za niebezpieczny kaprys. Rządzenie specjalnymi dekretami rządowymi za nieodzowne, a kontrola parlamentarna i sądowa za nieskuteczną przeszkodę w zwalczaniu zagrożeń społecznych. To nie są dobre prognostyki na przyszłość, ponieważ Zachód ostatnio żyje w permanentny stanie kryzysu. Od pandemii, przez wojnę, aż po zmiany klimatyczne. Jeśli będziemy ciągle z czymś walczyć i uważać, że wolność osobista, prywatność i inne fanaberie mogą poczekać, to czym się ostatecznie będziemy różnić od putinowskiej Rosji albo Chińskiej Republiki Ludowej?

Oczywiście, podniesione wyżej argumenty to zaledwie przyczynek do szerszej dyskusji o tym, czy Zachód rzeczywiście wie, czym jest i czym chce być. Ważniejsze jest jednak co innego. Czy ci, którzy mają odmienną wizję – o ile tylko nie używają przemocy wobec innych osób – mają prawo ją swobodnie artykułować i implementować? Jeśli nie, to mi się za taki Zachód zwyczajnie nie będzie chciało umierać.

Michał Góra

Poprzedni artykułZobacz, które światowe koncerny wspierają aborcję
Następny artykułSystemy bezzałogowe i amunicja krążąca GRUPY WB wylądują w Gruzji