Jesteśmy świadkami największego od kilkudziesięciu lat kryzysu humanitarnego w naszej części świata. Na skutek inwazji Rosji na Ukrainę do Polski napłynęła kilkumilionowa rzesza uchodźców zza wschodniej granicy. Na tę potrzebę Polacy odpowiedzieli serdecznością i życzliwością. Wielkie serca naszych rodaków to wspaniały pokaz solidarności. Jednak dopiero teraz przed nami największe wyzwania: społeczne, polityczne i gospodarcze. Reakcja na nie stanowić będzie prawdziwy egzamin dla naszego państwa.

Fot. PAP/Paweł Supernak

Eksperci szacują, że Ukrainę w wyniku inwazji Rosji ostatecznie opuści ponad 5 mln osób, z czego do Polski trafi co najmniej połowa. I nie są to szacunki odbiegające od rzeczywistości.
Integracja uchodźców to długotrwały i kosztowny proces. Będzie wymagał sporych wydatków z budżetu państwa i inwestycji w usługi publiczne. Wstępne szacunki mówią, że tylko do końca tego roku koszt pomocy wyniesie ok. 2,2 mld euro. W tej puli nie ma edukacji i opieki medycznej. Niewykluczone więc, że jest to kwota mocno niedoszacowana, a wyzwania dla polskich finansów publicznych (czyli podatników) w związku z napływem uchodźców będą znacznie większe. Doświadczenia migracyjne innych państw wskazują bowiem, że nawet po ustaniu działań zbrojnych do ojczyzny nie wracają wszyscy uciekający. Spora ich część zostaje w kraju, do którego dotarła, na znacznie dłużej. Część nawet na stałe. Niebawem przekonamy się, ilu uchodźców zdecyduje się pozostać w Polsce.

Na pierwszej linii frontu

Wyzwania, jakie w związku z tym kryzysem przed nami stoją, to wyzwania dotyczące nie tylko sfery ekonomicznej, choć gospodarka w takim przypadku zawsze trafia na pierwszą linię frontu. Mamy największą od 20 lat inflację, którą dodatkowo napędza konflikt na Ukrainie. Spowodował on duży wzrost cen surowców – i to nie tylko energetycznych, których ważnym źródłem była zarówno Rosja, jak i Ukraina, ale też zbóż czy metali. W wyniku wojny ich podaż została ograniczona, co w sposób oczywisty ma przełożenie na ceny, a w konsekwencji nie pomaga w walce z inflacją. Nasze finanse publiczne i tak zostały już mocno nadwyrężone dwuletnim okresem pandemii, stąd pytanie „jak długo stać nas będzie na pomoc Ukraińcom?” wcale nie jest bezzasadne. Wręcz przeciwnie, jest ono jak najbardziej na miejscu. Co prawda wicepremier Henryk Kowalczyk w poprzednim numerze „Forum Polskiej Gospodarki” deklarował: „To nie jest kwestia tego, czy nas stać. (…) Pomagać będziemy tak długo, jak będzie to potrzebne”, niemniej trudno przypuszczać, by była to pomoc nielicząca się z kosztami.

Potrzebne wsparcie

Pomoc musi być sensowna i taka, na jaką nas stać. Już dziś widać, że zarządzanie tym kryzysem wymaga wielopoziomowego zaangażowania nie tylko unijnego i NATO, ale także na szczeblach krajowych. Wszelkiego rodzaju specjaliści powinni wspomóc rząd w ocenie skutków społecznych i ekonomicznych fali uchodźczej, a przede wszystkim w przygotowaniu i wdrażaniu systemowych rozwiązań w zakresie pomocy. Na ten cel koniecznie musimy pozyskać środki z UE i wówczas w bezpieczny i zorganizowany sposób odpowiednio zarządzać tym kryzysem.

Warto, rozważając kwestię odpowiedzialnej pomocy ukraińskim uchodźcom, na chwilę zatrzymać się i przenieść na Węgry. Tam niedawno – już w trakcie rosyjskiej inwazji na Ukrainę – odbyły się wybory parlamentarne, w których czwarty raz z rzędu zwyciężył Fidesz kierowany przez premiera Wiktora Orbana. Większość, jaką uzyskał, wystarcza nie tylko do samodzielnego utworzenia rządu, ale nawet do zmiany konstytucji. W Polsce przez ostatnie 31 lat nikomu taka sztuka się nie udała. Gdyby to był sukces jednorazowy, w zasadzie jakoś specjalnie nie musielibyśmy się tym przejmować, natomiast uzyskanie takiego wyniku już po raz czwarty z rzędu dowodzi, że zdecydowana większość Węgrów popiera zarówno Fidesz, jak i Wiktora Orbana osobiście. Nawet w obliczu ostracyzmu, jakiemu Węgrzy poddawani są od czasu do czasu ze strony unijnych eurokratów. Warto więc postawić pytanie, skąd bierze się taka stałość politycznych sympatii u Węgrów?

Korona św. Stefana

Korzeni tej popularności powinniśmy doszukiwać się w początkach politycznej drogi Wiktora Orbana, o czym wspominał na tym portalu jakis zas temu w swoim felietonie Stanisław Michalkiewicz. Orban przedstawił wówczas węgierskiemu społeczeństwu program wyjścia z pułapki zadłużenia, w którą wpędził ten kraj premier Ferenc Gyurcsany. Rzeczowo wyjaśnił obywatelom, że państwo po uszy zadłużone w różnych międzynarodowych instytucjach traci swoją podmiotowość na europejskiej arenie, staje się wasalem polityki innych państw, więc trzeba jak najszybciej z tej pułapki się wydostać. I nie miał większych trudności ze zrozumieniem swojej intencji.

Warto też dodać, że w preambule nowej węgierskiej konstytucji znalazła się wzmianka o „koronie św. Stefana”. To inna nazwa terytorium Węgier sprzed traktatu w Trianon, podpisanego 4 czerwca 1920 r. Ten traktat to była kara za uczestnictwo Węgier w I wojnie światowej po „niewłaściwej” stronie. W rezultacie Węgry utraciły dwie trzecie terytorium państwowego. Węgrzy najwyraźniej intencję Wiktora Orbana zrozumieli, stąd to niezmienne od lat dla niego poparcie.

Najważniejszy interes

Dlaczego wspominam w tym miejscu o Wiktorze Orbanie? Bo jest to przykład polityka, który na pierwszym miejscu zawsze stawia interes swojego kraju i dba przede wszystkim o niego. Przez własnych obywateli postrzegany jest jako ten, który nie poświęca interesów państwowych Węgier dla żadnej, nawet najbardziej wydawałoby się szlachetnej, sprawy. Dlatego wygrał wybory po raz czwarty z rzędu.

Polski rząd stoi teraz przed ogromnym wyzwaniem. To walka z kryzysem migracyjnym, który może urosnąć do rozmiarów, w którym przebije wszelkie szacunki. Musimy pamiętać, że doświadczenia krajów, które miały do czynienia z falami masowej i niekończącej się migracji wskazują, że pierwotna empatia przeradza się w niechęć, która może narastać, natomiast współczucie i chęć pomocy będą się zmniejszać, jeśli zacznie brakować pieniędzy.

Nie można przybywającym do naszego kraju (nawet tym uciekającym przed wojną) udzielać przywilejów większych od tych, jakie mają mieszkający tu Polacy, którzy od lat ciężko pracują i płacą w tym kraju podatki. Pomoc nie może się opierać na kosztownych programach socjalnych finansowanych z publicznych pieniędzy. Takie rozwiązanie ostatecznie skończy się wpuszczeniem na rynek pustego pieniądza i dobiciem gospodarki. Pomocy należy udzielać sensownie i doraźnie. Ci Ukraińcy, którzy chcą zostać u nas dłużej, powinni mieć możliwość nauczenia się samodzielności i życia w naszym państwie, ale już na swój własny koszt.

Nie ulec pokusie

Tylko w taki sposób udzielimy realnej pomocy i nie doprowadzimy do narodowościowych animozji. Poniższe słowa kard. Stefana Wyszyńskiego są dziś wyjątkowo aktualne: „Nie oglądajmy się na wszystkie strony. Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. Chciejmy patrzeć w ziemię ojczystą, na której wspierając się, patrzymy ku niebu. Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulec pokusie zbawiania świata kosztem własnej ojczyzny”. Niech przyświecają one wszystkim, którzy są odpowiedzialni za organizowanie pomocy uchodźcom z Ukrainy.

Poprzedni artykułMagazyn FPG – #4/2022
Następny artykułZ tylnego siedzenia