Pan Ardanowski, który o sprawach rolniczych coś tam przecież musi wiedzieć, twierdzi, że nasz rynek jest „zalewany” ukraińskim zbożem, co doprowadza polskich rolników do bankructwa. A co będzie, jak polscy rolnicy pobankrutują? Może właśnie o to chodzi, by ziemię należącą wcześniej do nich, a także polski rynek rolny, przejęły za bezcen „globalne korporacje” – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Wojna, jaką Stany Zjednoczone wraz z pozostałymi państwami NATO prowadzą na Ukrainie z Rosją do ostatniego Ukraińca, wchodzi w fazę przewlekłą. Co więcej – jeśli wierzyć znawcom przedmiotu, np. panu generałowi Komornickiemu – każdy dzień prowadzi do pogorszenia sytuacji Ukrainy, która praktycznie już utraciła około jednej piątej swojego obszaru. Wprawdzie jest rozkaz, że Ukraina osiągnie ostateczne zwycięstwo w postaci wyparcia Rosjan ze swojego terytorium, a nawet – jak oznajmił szef tamtejszego wywiadu – ustanowienia na obszarze europejskiej części Rosji strefy zdemilitaryzowanej – ale dzień ów chyba w odległą przyszłość się oddala. W związku z tym środowiska wspierające Ukrainę propagandowo sprawiają wrażenie, jakby coraz bardziej oddalały się od rzeczywistości, chociaż im też przytrafiają się zdumiewające wypadki przy pracy.

Oto „Gazeta Wyborcza”, która dla Ukrainy zrobiłaby wszystko, z koloryzowaniem na czele, 4 lipca cytuje jakieś ukraińskie uchodźczynie, według których „nasi żołnierze wciąż sami kupują buty i mundury; nie ma kasy na nic”. Brzmi to niewiarygodnie, zwłaszcza na tle złotego deszczu, który NATO, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, regularnie spuszcza na Ukrainę – no ale na tym świecie pełnym złości wszystko jest możliwe, zwłaszcza że i Pismo Święte przestrzega: „nie zawiążesz gęby wołowi młócącemu”.

A skoro już jesteśmy przy Piśmie Świętym, to wypada przypomnieć najważniejsze przykazanie o miłości bliźniego swego. Otóż bliźniego swego należy miłować „jak siebie samego”, to znaczy, że bardziej niż siebie miłować się go nie powinno. Co jest ponadto, to chyba od złego pochodzi. Toteż nie da się ukryć, że osoby i środowiska chłoszczące w swoim czasie polską Straż Graniczną za to, że nie chciała z otwartymi ramionami przyjmować turystów, którymi prezydent Łukaszenka zamierzał nas uszczęśliwić, musiały działać z podszeptu szatańskiego.

Coś chyba jest na rzeczy, skoro taki gorliwy sługa jak Wielce Czcigodny  Franciszek Sterczewski z Volksdeutsche Partei, co to urządzał gonitwy ze Strażą Graniczną, właśnie został przez policję złapany podczas jazdy po pijanemu na rowerze. Jak wiadomo, odmówił dmuchnięcia w alkomat, chroniąc się za murami immunitetu. Najwyraźniej szatan pozwala swoim faworytom dokazywać, ale do czasu, a potem następuje bolesny powrót do rzeczywistości. Co prawda nie musi on być specjalnie dramatyczny, bo znaczna część niezawisłych sędziów kolaboruje albo z rządem, albo z Volsdeutsche Partei, więc gdyby Wielce Czcigodny trafił właśnie na takiego, to nie tylko oczyściłby go on z zarzutów, ale jeszcze przyznał od podatników sowite odszkodowanie za męczeństwo dla praworządności – jak to miało miejsce w przypadku pana sędziego Żurka, którego męczeństwo Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu wycenił na 25 tys. euro.

Wróćmy jednak do miłości bliźniego, której nie powinno posuwać się dalej niż sięga miłość siebie samego. Otóż od pewnego czasu niezależne media, zarówno te rządowe, jak i te nierządne, rozpływają się we łzach nad Ukrainą, której putinowscy zbrodniarze nie pozwalają eksportować zboża. Światu z tego powodu zagraża głód – i tak dalej. Tymczasem pan Jan Krzysztof Ardanowski, który kiedyś był ministrem rolnictwa w rządzie „dobrej zmiany”, ale został z tego stanowiska wygryziony za sprzeciw wobec ustawy o ochronie zwierząt, aż wylądował u pana prezydenta Dudy na stanowisku przewodniczącego Rady do spraw Rolnictwa i Obszarów Wiejskich, daje do zrozumienia, że może być całkiem inaczej. Wprawdzie pan prezydent Duda nie tylko jest przodownikiem pracy w nadskakiwaniu Ukrainie, ale swoim przykładem próbuje zachęcać przywódców innych państw – a tymczasem pan Ardanowski najwyraźniej zaczyna sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. W wywiadzie dla „Naszego Dziennika” poinformował, że ukraińskie zboże niszczy polskie rolnictwo.

Żeby to wyjaśnić, muszę cofnąć się do Adama i Ewy, to znaczy – do spotkania z pierwszym ambasadorem Ukrainy w Warszawie, panem Teodozjuszem Starakiem. Miał on odczyt na SGGW o tamtejszym rolnictwie i powiedział m.in, że o ile w zachodniej części Ukrainy, która wcześniej pozostawała pod władzą Rzeczypospolitej Polskiej, zachowała się jeszcze, co prawda w postaci szczątkowej, niemniej jednak, tradycja prywatnego posiadania ziemi, to na Ukrainie wschodniej, która od początku pozostawała pod Sowietami – już nie. Zapytałem go tedy, co rząd zamierza z tym fantem zrobić, a on na to, że istniejące kołchozy zostaną przekazane Niemcom lub Holendrom, a dotychczasowi kołchoźnicy będą tam pracowali w charakterze pracowników najemnych.

I nie tylko tak się stało, ale wykształcić się musiała stosowna świecka tradycja, bo pan przewodniczący Ardanowski również i dzisiaj mówi o „korporacjach”, które nie tylko kręcą całym ukraińskim rolnictwem, ale w dodatku faszerują ją wszystkimi chemiami, jakie tylko zostały wymyślone. Te „korporacje” produkują wielkie ilości zboża, które następnie inne korporacje sprowadzają do naszego nieszczęśliwego kraju. Rząd „dobrej zmiany” twierdzi wprawdzie, że to ukraińskie zboże jest przez terytorium Polski tylko „transportowane”, ale kto wierzy rządowi, wszystko jedno – czy temu utworzonemu przez obóz zdrady i zaprzaństwa, czy przez obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, ten sam sobie szkodzi. Pan Ardanowski, który o sprawach rolniczych coś tam przecież musi wiedzieć, twierdzi bowiem, że polski rynek jest „zalewany” ukraińskim zbożem, które jest tańsze od polskiego, wskutek czego polscy rolnicy nie mają komu go sprzedać, bo firmy skupujące nie chcą od nich odbierać nawet ziarna zakontraktowanego.

Dlaczego polskie zboże jest droższe – to sprawa osobna i tu nie miejsce, aby to sobie teraz rozbierać z uwagą. Ponadto twierdzi, że opowieści o „transportowaniu” ukraińskiego zboża przez Polskę można śmiało włożyć między bajki, ponieważ Polska nie dysponuje odpowiednią po temu infrastrukturą. W rezultacie – powiada pan Ardanowski – młyny i mieszalnie pasz otrzymują każdą ilość ukraińskiego zboża, co doprowadza polskich rolników do bankructwa.

No dobrze – a co będzie, jak polscy rolnicy pobankrutują? Pan Ardanowski nie wyklucza, że właśnie o to może chodzić, by ziemię należącą wcześniej do polskich rolników, a także polski rynek rolny, przejęły za bezcen „globalne korporacje”. Dlaczego jednak rządowi „dobrej zmiany” miałoby tak zależeć na „globalnych korporacjach”, że gotów jest doprowadzić polskich rolników do bankructwa, żeby tylko im dogodzić? Ponieważ pan Ardanowski tylko rzuca myśl („rzucam myśl, a wy go łapcie!”), to muszę tu odwołać się do mojej ulubionej teorii spiskowej związanej z amerykańską ustawą nr 447. Od pewnego czasu na tę sprawę jacyś pierwszorzędni fachowcy nałożyli surdynę, wskutek czego większość obywateli już o żydowskich roszczeniach zapomniała, dzięki czemu przygotowania do ich realizacji mogą odbywać się w ciszy. Utrzymanie tej ciszy jest możliwe również dzięki hałaśliwej wojnie na Ukrainie, do której – podobnie jak do wszystkich innych wojen – odnoszą się słowa militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny!”.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułNowe wyłudzenia eurodotacji o wielkiej wartości
Następny artykułPodatników czekają zmiany w przepisach o transakcjach z rajami podatkowymi