Polska gospodarka potrzebuje informatyków, automatyków, robotyków, mechatroników, inżynierów, biotechnologów, lekarzy i jeszcze wielu innych kompetentnych pracowników. Decydenci polityczni słusznie odrzucają masowe „nachodźctwo” z Bliskiego Wschodu i Afryki, ale zdają się też rozumieć, że zapotrzebowanie na specjalistów rośnie, więc trzeba będzie sięgać także po imigrantów. Równolegle – i równie pilnie – należy jednak zatroszczyć się też o otwarcie nowych możliwości zawodowych Polakom.

Innovalabs/Pixabay

Polska ma szansę w miarę szybko dołączyć do najbardziej uprzemysłowionych krajów G20, o ile oczywiście Polakom uda się utrzymać dotychczasowe, dynamiczne tempo wzrostu gospodarczego. Nie stanie się tak jednak, jeśli zabraknie rąk do pracy. Prognozy są nieubłagane: w perspektywie zaledwie 20 lat w naszym kraju może zabraknąć aż 5 mln pracowników!

To porażająca liczba. Tym bardziej że – tak jak i wiele innych społeczeństw Zachodu – Polska szybko się starzeje. Populacja osób w wieku produkcyjnym spada od 2010 r. w średnim tempie 240 tysięcy osób rocznie. W ciągu tylko ostatniej dekady ubyło ok. 2,4 mln osób zdolnych do pracy, co rządzący usiłują uzupełnić otwarciem granic na pracujących imigrantów, zwłaszcza naszych wschodnich sąsiadów.

Zasoby się kurczą

W Polsce bezrobocie wśród ludzi młodych praktycznie nie istnieje. Według Eurostatu, pod względem bezrobocia, wynoszącego 3,4 proc. (dane z sierpnia br.), jesteśmy czwartym krajem w Europie – za Czechami (2,9 proc.), Holandią (3,2 proc.) i Maltą (3,2 proc.). Bezrobocie jest więc niskie i nadal spada. Wymusi to dalszy wzrost płac, ale – jak sądzą eksperci – także konieczność aktywizacji starszych pracowników.

To może jednak nie wystarczyć. W Polsce zasoby rąk do pracy będą się tylko kurczyć. Pomimo towarzyszących temu wątpliwości, mądre sięgnięcie po pracę doświadczonych obcokrajowców – często nieźle wykształconych albo z potencjałem na szlifowanie wiedzy i umiejętności – jest szansą, ale i wyzwaniem.

Jakub Bińkowski, członek zarządu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, w rozmowie z nami przypomniał, jak niekorzystny wpływ na rosnące niedobory ludzi na rynku pracy ma demografia. Dlatego należy w większym stopniu posiłkować się pracownikami z zagranicy. Dotyczy to nie tylko tych, którzy mogą przyjechać zza granicy wschodniej, ale także z terenów Azji: Wietnamu, Pakistanu czy Indii. Bińkowski zwraca uwagę, że należy tworzyć im odpowiednie warunki tak, by nie traktowali Polski jedynie jako kraju tranzytowego, ale zachęcić ich do pozostawania i osiedlania się nad Wisłą.

Konkurowanie o pracowników

Nie będzie to jednak łatwe. Gwoli prawdy: wiele działających w Polsce nie tylko korporacji, ale i firm rodzimych przez całe lata balcerowiczowego ścibolenia pieniędzy i tworzenia atmosfery i praktyki pseudokapitalizmu, nabyło „odruchu warunkowego” płacenia za pracę zdecydowanie mniej niż w innych, rozwiniętych krajach – przy towarzyszącej temu niskiej kulturze pracy i drenowaniu efektów. Tymczasem inne kraje unijne coraz ostrzej konkurują z Polską – zarówno o fachowców do prac fizycznych, jak i o dobrych specjalistów, mogących zajmować wysokie miejsca w firmach.

W Niemczech czeka aż 1,2 mln wolnych miejsc pracy. W Czechach i Holandii wakatów jest więcej niż bezrobotnych. W całej Unii Europejskiej w końcu sierpnia było 14,5 mln bezrobotnych, czyli mniej o 2 mln, licząc rok do roku. I to pomimo trwającej pandemii, licznych obostrzeń, lockdownów i najnowszego „wynalazku”, czyli lockdownu dla niezaszczepionych.

Wyzwaniem staje się też „podbieranie” migrujących Ukraińców do bogatszych krajów Wspólnoty, takich jak np. Niemcy, Szwajcaria czy Holandia. – Tu możemy próbować wykorzystywać nasze atuty w postaci bliskości ich rodzin, co daje im możliwość swobodnego odwiedzania swojego kraju, a także podobieństwo kulturowe i językowe – radzi Bińkowski. Te argumenty będą jednak tracić na znaczeniu wraz z przybywaniem imigrantów z dalszych terenów. – Dlatego coraz ważniejsza staje się sfera zabezpieczenia socjalnego dla tych ludzi, w tym zabezpieczenia dostępu do publicznej służby zdrowia i umożliwienia im szybkiego nabierania pełnych praw do pracy – uważa Jakub Bińkowski.

Potrzeba fachowców i specjalistów

Możemy wspierać imigrację z Azji Południowo-Wschodniej. Powinniśmy to jednak robić mądrze. Nie chodzi tylko o ilość kadr, które firmy będą musiały uzupełniać, ale także o ich jakość. Potrzeba ludzi o wysokich kompetencjach, a zarazem o szczerych chęciach do ich stałego podnoszenia, potrafiących się identyfikować z polskim biznesem i z polską gospodarką.

Od 2014 r. do Polski przyjechało ok. 2 mln Ukraińców i kilkadziesiąt tysięcy Gruzinów i Białorusinów oraz przedstawicieli innych nacji. Polska werbuje lekarzy z Ukrainy oraz informatyków z Białorusi. Ukraińcy coraz częściej jednak wybierają Niemcy jako kraj docelowy. Na razie – jak pokazują dane „Barometru Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service – jedynie 5 proc. imigrantów zarobkowych z Ukrainy pracuje umysłowo, a niecały procent zostaje dopuszczanych do zarządzania. Większość zatrudniona jest na niskim i bardzo niskim szczeblu.

skitterphoto/Pixabay

Zmieniające się podejście do polityki migracyjnej na rynku pracy wyznacza kurs na poszukiwanie coraz bardziej wykwalifikowanych pracowników. Według założeń procedowanej obecnie zmiany ustawy o cudzoziemcach, zatrudnianie obcokrajowców ma zostać ułatwione. Takie są przecież oczekiwania wielu przedsiębiorców. Ułatwienia dla migrantów zarobkowych polegają głównie na uproszczeniu i przyspieszeniu wydawania przedsiębiorcom zezwoleń, w tym na rezygnacji z wymogu posiadania przez cudzoziemca konkretnego miejsca zamieszkania oraz udowadniania źródła stabilnego i regularnego dochodu oraz na poszerzeniu katalogu okoliczności niewymagających zmiany zezwolenia na pobyt czasowy i pracę. A także – co istotne – na wydłużeniu do dwóch lat pozwolenia na pracę „na oświadczenie” przedsiębiorcy.

– Zmiana ustawy o cudzoziemcach idzie w dobrym kierunku. Szczególnie pozytywne są dwie rzeczy: wydłużenie czasu obowiązywania oświadczeń przedsiębiorców zatrudniających cudzoziemca do 24 miesięcy, a przez to ograniczenie biurokracji oraz wprowadzenie do ustawy obligatoryjnych terminów trwania postępowania o zezwolenie na pobyt i pracę cudzoziemca. Będzie mogło ono trwać nie dłużej niż sześćdziesiąt dni – tłumaczy w rozmowie z nami Monika Fedorczuk, ekspert ds. rynku pracy Konfederacji „Lewiatan”.

– Uproszczenia wymaga natomiast sposób pobierania odcisków linii papilarnych od cudzoziemca. Powinno to następować po prostu w tym momencie, gdy odbiera on zezwolenie. Chcielibyśmy też, by minister co roku, w stosownym rozporządzeniu, określał listę krajów, z których pracownicy mogą pracować na oświadczenia, ale także by poszerzył tę listę – dodaje.

Rezerwa wysokich kompetencji

To wszystko wydaje się więc układać w sensowną całość. Polska już teraz ma najwyższy spośród wszystkich państw Unii Europejskiej wskaźnik imigrantów z wyższym wykształceniem – wynika z najnowszych danych Eurostatu. Prawie 68 proc. obywateli UE i 60 proc. imigrantów spoza jej obszaru mieszkających w Polsce ukończyło studia wyższe.

Zdzisław Sokal, doradca społeczny Prezydenta RP podkreśla, że kwestia zatrudniania cudzoziemców ściśle wiąże się z problemem demograficznym, który dotyka także Polskę. W jego opinii w krótkim okresie – czyli do dwudziestu lat – nie ma innej możliwości uzupełnienia luki specjalistów, jak tylko przez migrację. W Polsce start zawodowy następuje dosyć późno. Przy rozwijaniu po 1989 r. szkolnictwa wyższego zaniedbano niestety edukację na poziomie zawodowym. Nieco lepiej jest na wyższym stopniu nauczania, gdzie mile widziani są także cudzoziemcy. – Na uczelniach wyższych, a mam przykład Uczelni Łazarskiego, na której wykładam, widać coraz więcej bardzo zdolnych studentów z zagranicy, między innymi z krajów arabskich, Indii i Pakistanu – zauważa Zdzisław Sokal.

Dobre jest to, że dyplomy uzyskane przez studentów zagranicznych w Polsce są honorowane na całym świecie. Mogą oni także uczestniczyć – nie tylko w Polsce – w stażach w globalnych firmach. – Tę przewagę konkurencyjną Polski nad wieloma krajami warto wykorzystać na rzecz poprawy liczby oraz jakości specjalistów na naszym rynku – dodaje doradca Prezydenta RP.

Równolegle z wdrażaniem nowej polityki imigracyjnej należałoby dokonać przeglądu rodzimych kadr. I sprawdzić, czy są w polskich firmach osoby, które pracują poniżej swoich możliwości lub szukają pracy wymagającej wyższych kwalifikacji, ale nie mogą jej znaleźć. Czasem, zamiast szukać za granicą, może wystarczyłoby rozejrzeć się we własnym przedsiębiorstwie i znaleźć pracowników, którzy zasługują na awans lub są zdolni do tego, by się przekwalifikować.

Na kompleksowe zarządzanie polskimi zasobami rynku pracy warto mieć systemowy pomysł. Należy przy tym – oczywiście – animować dobre prawo oraz sprzyjać realizacji projektów przychylnych zatrudnianiu specjalistów.